zrzut_ekranu_2026-07-13_115959.png

JFK Junior i tryumfalny powrót białej męskości
Znajdujemy się w epoce „tradycyjnej”, powrotu do „tradu”, tradycyjnego rocka i innych gatunków nie tylko muzyki, czyli formy, której sensem jest to, że się niewiele zmienia. W 1993 roku nikt nie uwierzyłby, że prawie dwadzieścia lat później wszystko pozostanie takie samo. Nie do pomyślenia było, że dziesięć lat po rozpoczęciu kolejnego tysiąclecia wszystko jest tak podobne do tego, co już znamy. To ostateczny cios dla „poptymizmu”, czyli przekonania, że żyjemy w czasach dynamicznych zmian – nie żyjemy [...] Panuje przemożne uczucie bezwładu, a tak naprawdę jedną z kluczowych rzeczy w realizmie kapitalistycznym jest obniżenie oczekiwań. Kapitalizm drastycznie obniża oczekiwania ludzi wobec kultury. Bo łatwiej jest standaryzować i masowo reprodukować przeciętność. Znacznie trudniej jest próbować powiedzieć nam coś naprawdę interesującego. A potem nawet tego przestajemy oczekiwać.
Mark Fisher w rozmowie z Agatą Pyzik, Londyn 2010
W swojej wypowiedzi sprzed kilkunastu lat brytyjski krytyk Mark Fisher, twórca pojęcia realizmu kapitalistycznego, odnosił się do stosunkowo mało rozpoznanego jeszcze wtedy recyklingu dawnych stylistyk we współczesnej kulturze. W 2010 roku dopiero zaczynaliśmy badać zjawisko obsesyjnej nostalgii, wtedy odnosząc je głównie do nostalgii za komunizmem w niektórych krajach byłego bloku wschodniego. Miała ona być skutkiem rozczarowania kapitalizmem. Nałożyło się na nie poczucie „wyczerpania” i bezalternatywności świata zabetonowanych przez kapitalizm politycznych pojęć takich jak równość czy socjalizm. Ten efekt, jak pamiętamy, został natychmiast zneutralizowany: narzekaczy nazwano blokującymi postęp homo sovieticusami, a nostalgię zmonetyzowano, oferując powrót do stylistyk z przeszłości. Fisher dostrzega dodatkowe, mroczne strony tego zjawiska: życie w realizmie kapitalistycznym sprawia, że przestajemy oczekiwać od kultury innowacji. Nie tylko nie przeszkadza nam permanentny recykling oferty kulturalnej, ale też sami tego recyklingu pragniemy. A powracanie w cyklu popkulturowych mód wciąż tych samych zjawisk jest wręcz gwarantem komercyjnego sukcesu określonych propozycji.
Ten permanentny brak wyobraźni w sztuce ma swoje dalece bardziej niepokojące skutki w wyobraźni społecznej i kulturowej, włączając w to dystrybucję i dynamikę ról genderowych, jakie społeczeństwo ma do zaoferowania kobietom i mężczyznom. Ogromny wpływ ma na to uczynienie kwestii seksualności i społecznych ról elementem obiegu kapitału, ich utowarowienie i uzależnienie od rynku. W ostatnich latach popkultura zdaje się przenosić swoje zainteresowanie z, najczęściej bardzo płytko rozumianego, feminizmu i upodmiotowienia kobiet ponownie na mężczyzn. Może to być zarówno skutkiem początku wyczerpywania się komercyjnego potencjału wątków kobiecych i feministycznych, jak i zwyczajnym powrotem – z ulgą – do patriarchalnych ustawień domyślnych.
Dlatego „kryzys męskości”, który stał się jednym z głównych punktów globalnej kulturalnej dyskusji w ostatnich latach, wydaje mi się częściowo naciąganą kategorią. Przedstawienia „okropnych” mężczyzn w kulturze sprawiają wszak, że wciąż o tych mężczyznach rozmawiamy, przestrzeń komunikacyjna nadal należy do nich. Trwa polityczna dyskusja o mężczyznach, zwłaszcza młodych, których niezadowolenie i frustracja zagospodarowane zostały przez prawicę, a ich wyobraźnia przejęta przez najprymitywniejsze skojarzenia z kobietami rodem z Męskich fantazji Klausa Theweleita. Z drugiej strony, obraz mężczyzny w mediach, popkulturze i sztuce ulega zmiękczeniu, czy to pod wpływem coraz silniejszej kulturowej i społecznej pozycji środowisk LGBT+, czy też po prostu dlatego, że jest kompatybilny z koniunkturą kapitalizmu. Wpływ feminizmu i krytyki patriarchatu na kulturę miał jednak wymierne skutki: nie wszyscy mężczyźni chcą uczestniczyć w patriarchalnym kulcie siły i przemocy, i aktywnie się z tego schematu wypisują albo przynajmniej tego pragną. Zazwyczaj w życiu nie można zająć pozycji na przeciwstawnych krańcach spektrum, mimo że kapitalizm wysyła nam sprzeczne sygnały i sugeruje, że wszystko jest dostępne. Trudno na przykład jest być jednocześnie samowystarczalną feministką i delikatnym kobieciątkiem, potrzebującym wsparcia mężczyzny, podobnie, jak wydaje się niemożliwe do pogodzenia bycie twardym macho i tradycyjną głową rodziny, jak i miękkim i wrażliwym mężczyzną, otwartym na eksplorowanie swojego wnętrza i niebinarnej seksualności. A w takim rozdaniu się obecnie znajdujemy.
SOFT BUT HARD
Bezpośrednią inspiracją mojego tekstu jest powrót do zbiorowej wyobraźni postaci takiego właśnie „soft- -but-hard”, miękkiego, ale wciąż tradycyjnie męskiego mężczyzny, jakim był John F. Kennedy Jr., syn zamordowanego w 1963 roku amerykańskiego prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Przez prawie całą dekadę lat dziewięćdziesiątych funkcjonował on jako powszechnie uwielbiany symbol seksu. Symbol, wydawałoby się, boleśnie niedzisiejszy: wysoki i dobrze zbudowany, ale bez przesady, gustujący w klasycznych garniturach. Już w latach dziewięćdziesiątych figura taka jak młody JFK musiała wydawać się reakcyjna. W końcu w latach osiemdziesiątych, epoce szybkich karier i pieniędzy, panowało przekonanie, że nieważne, z jakiej klasy pochodzisz, wszystko jest możliwe, a jeśli pracujesz wystarczająco ciężko, możesz zrealizować amerykański sen. Ekonomia była jednak nieubłagana i szybko okazało się, że ogromna część społeczeństwa nie mogła z tego boomu ekonomicznego skorzystać. Lata dziewięćdziesiąte na Zachodzie były, kulturowo i wizualnie, drapieżną reakcją na przesadę i kiczowatą ostentację lat osiemdziesiątych. Do głosu doszło, nazwane tak za powieścią Douglasa Couplanda, pokolenie X, pracujące w McDonald’s, pełne zwątpienia i ironicznego dystansu. Najntisy były epoką pełną sprzeczności – „brudna”, krytyczna wobec status quo awangarda w rodzaju grunge, tworzona przez przedstawicieli „white trash” – nieuprzywilejowanych białych – trafiała do mainstreamu, ale w modzie i designie zapanował szlachetny minimalizm i dyskrecja, przodek dzisiejszego „quiet luxury”, dyskretnego bogactwa. Zły smak zastąpił obowiązek dobrego smaku. Natapirowane fryzury wyparły włosy wygładzane prostownicą, a odblaskowe kolory wyparły biały i szary. Przesada lat osiemdziesiątych była domeną arywistów pnących się szybko po szczeblach firmowej hierarchii w nowego rodzaju pracach, związanych z promocją i rynkami finansowymi, teraz nastąpił powrót do „starych pieniędzy” i arystokratycznej elegancji. Symbolem tego stał się właśnie skazany na zgubę syn Kennedych.
Kult związany wówczas z osobą JFK Juniora był wyrazem zmęczenia banalnym karierowiczostwem i pogonią za pieniędzmi. Pożądano luksusu, ale bezwysiłkowego. Kto mógł sobie na coś podobnego pozwolić? Wyłącznie „stare pieniądze” i arystokracja. To powracający w kulturze mit milionera, z którym związek jest szczytem marzeń każdej dziewczyny. W kluczowym dla lat dziewięćdziesiątych serialu Seks w wielkim mieście JFK Jr. pojawia się – obok młodego Donalda Trumpa – jako obiekt aspiracji bohaterek. Zmęczona niezależnością Samantha, „pracująca dziewczyna” rodem z lat osiemdziesiątych, snuje fantazje o uwieszeniu się na silnym męskim ramieniu kogoś takiego, jak oni. Nieistotne, że doskonale sobie radzi, jest niezależna finansowo i wcale ich nie potrzebuje.
W duchu postmodernistycznego recyklingu, obecna epoka polikryzysu w interesujący sposób zdaje się być lustrzanym odbiciem lat dziewięćdziesiątych Ze względu na galopującą inflację powiększa się przepaść klasowa między biednymi a bogatymi. W dyskursie głównego nurtu nie wiąże się to jednak z krytyką najzamożniejszych, ale ich fetyszyzowaniem i aspiracją. Internet pełen jest porad, jak tanim kosztem wyglądać „bogato”. Popularność mody z lat dziewięćdziesiątych i trendów takich, jak „quiet luxury”, „clean girl” i minimalizmu potwierdza konieczność performowania bogactwa, nawet jeśli za pomocą najtańszych elementów z sieciówek.
Tym tłumaczę niesłychaną popularność serialu Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette pochodzącego od jednego z najważniejszych showrunnerów, Ryana Murphy’ego (American Horror Story czy Popular). Murphy wyczuł, że tak stylowe, jak i tragicznie zakończone małżeństwo JFK Juniora z Carolyn Bessette, współtwórczynią sukcesu Calvina Kleina i ikoną stylu lat dziewięćdziesiątych, doskonale odpowie na potrzeby obecnych czasów. Jest to historia ponadczasowa: książę i Kopciuszek z gminu, oboje idealnie piękni i perfekcyjnie oddający ducha epoki nieco już vintage, której estetyka od kilku lat ponownie zyskuje na znaczeniu.
Internet oszalał – serial miał dotąd sześćdziesiąt pięć milionów godzin oficjalnych odtworzeń i stał się jedną z najpopularniejszych produkcji roku. Jednak o wiele ważniejszy jest jego kulturowy oddźwięk – zwłaszcza najmłodsze pokolenie, które nie pamięta lat dziewięćdziesiątych, zaczęło kopiować wygląd bohaterów. Serial zainspirował pół miliona postów na TikToku i Instagramie, które oznaczono tagiem #JFKJR albo #CBK, skupiających się na powściągliwym, ale glamour stylu Carolyn Bessette, a światowe marki prześcigają się w budowaniu na „efekcie aureoli” bohaterki, proponując nieskończone wariacje współczesnych zestawów bazujących na jej stylu. Podobnie, tryumfalny powrót święci luzacki styl JFK Juniora. Nieskazitelne garnitury przełamywane zapożyczonymi z kultury afroamerykańskich dandysów, noszonymi tyłem do przodu czapkami ikonicznych dla lat dziewięćdziesiątych marek i tak zwany styl preppy, czyli elegancko sportowe zestawy noszone przez przedstawicieli wyższych sfer w prywatnych szkołach przygotowujących na prestiżowe uniwersytety. Nie trzeba dodawać, że nieprzypadkowo jest to styl wybitnie „wybielony”, kojarzony ze specyficzną klasą społeczną, czyli WASP – White Anglo-Saxon Protestant – grupą najbardziej uprzywilejowanych białych Amerykanów. Powrót tej stylistyki nie jest więc niewinny, to lustro naszej kolektywnej aspiracji, a ta jest bardzo, bardzo biała.
W Polsce być może mit Kennedych nie odbija się aż tak szerokim echem, jednak we wciąż najbardziej wpływowym kraju na świecie nazwisko Kennedy znaczy wszystko. Kennedy to amerykański wariant rodziny królewskiej, w dodatku naznaczony historiami rodem z greckiej tragedii: politycznie motywowanym zabójstwem i samobójstwami, wielkimi wpływami w świecie polityki i pieniędzy. Jest też kulturowo relewantny. Najważniejsze magazyny kulturalne opublikowały w związku z emisją serialu sążniste artykuły o JFK Juniorze.1 „The New Yorker”, magazyn amerykańskiej inteligencji, poświęcił serialowi i postaci JFK wielką redakcyjną dyskusję, jak i kilka długich esejów. Serial i jego bohater omawiany był zarówno jako elegia dla Generacji X, jak i dowód na kompulsywne podtrzymywanie przez Amerykanów „mitu Kennedych”2. Magazyny lajfstajlowe szczegółowo omawiały podobieństwo aktorów do odgrywanych przez siebie ikon, jak i adekwatne przedstawienia wnętrz i estetyki lat dziewięćdziesiątych.
I to właśnie kwestia odpowiedniej, udanej reprezentacji epoki zdaje się kluczem do sukcesu serialu. Mniejsze znaczenie w jego przypadku ma poziom aktorstwa czy reżyserii, większe – zgodność wyglądu postaci i obiektów z oryginałem. Widzowie skupili się na autentyczności kopii. Kiedy do internetu wypłynęły pierwsze zdjęcia z planu, mocno krytykowano nieautentyczność ikonicznych ubrań noszonych przez bohaterów. Murphy wyciągnął wnioski i zatrudnił przy produkcji dodatkowe kilkanaście osób, które zajęły się ściąganiem z sieci ubrań identycznych z tymi, jakie nosili bohaterowie. Wielu komentatorów chwaliło potem twórców za „autentyczność”.
W typowy sposób większość omówień skupiła się na powierzchni i reprezentacji. Pominięto może kluczowy element: odnowienie zainteresowania JFK Juniorem przypomina, że Kennedy cały czas zarządzają nie tylko zbiorową wyobraźnią Amerykanów, ale również ich aktualną polityką. Niesławny Robert F. Kennedy Jr., antyszczepionkowiec i zwolennik teorii spiskowych, jest obecnie amerykańskim ministrem zdrowia i jednym z głównych doradców Donalda Trumpa, kształtującym politykę zdrowotną tego kraju. Wielu innych członków klanu sprawuje pozycje publiczne, a kolejne ich pokolenia do tego aspirują i są do tych ról przygotowywane.
CIAŁO JFK John F.
Kennedy Jr. był mężczyzną klasycznie przystojnym aż do przesady. W opublikowanym pod wpływem jego ponownie wzmożonej popularności eseju JFK Jr. – historia mojej nieodwzajemnionej miłości znany pisarz Jeffrey Eugenides, autor między innymi Przekleństw niewinności, wprost opowiada o nim jak o greckim bożyszczu, które jakimś zrządzeniem losu zesłane zostało na ziemię. Eugenides studiował na uniwersytecie Browna rok niżej od Kennedy’ego i miał okazję często obserwować go na kampusie. Był to dla niego niepowtarzalny spektakl męskiego piękna.
I wtedy go zobaczyliśmy. Bez koszulki, w późnopopołudniowym słońcu, J.F.K. Jr. grał we frisbee, ubrany jedynie w czarne, sportowe spodenki, tenisówki i opadające białe skarpetki. To była Ivy League. Tutaj nikt nie uprawiał sportu. (A przynajmniej nikt, kogo znałem.) Nie byłem przygotowany na muskulaturę, anachroniczną męskość, które się na nim prezentowały. Budowa ciała Johna była tak klasycznie idealna, że mógłby rzucać dyskiem zamiast frisbee i być wykuty w kamieniu. Szukałeś w nim defektu i nie mogłeś go znaleźć.3
Tekst jest jednym wielkim listem miłosnym do niego, a nawet czymś więcej. Eugenides co chwila w tym eseju deklaruje swoją heteroseksualność, po czym mówi coś, co przeczy jednoznaczności jego deklaracji. Tak, jakby zdawał sobie sprawę, że JFK Jr. jako bóg jest dla niego – niskiego i szczurowatego – kompletnie nieosiągalny, zaakceptował to więc i dokonał sublimacji pożądania w pragnienie choćby znalezienia się w jego towarzystwie. „Nie odczuwam potrzeby posiadania. Nie chodziło nawet o to, żeby się do kogoś upodobnić. Chodziło o to, żeby się zbliżyć. Żeby mi pozwolono się zbliżyć.”4
Całkowicie zahipnotyzowany nawet po trzydziestu latach Eugenides w pewnym sensie reprezentuje nas wszystkich. Doskonale oddaje siłę rażenia JFK Juniora jako obiektu pożądania transcendującego seksualność. JFK Jr. mógłby być atrakcyjny dla każdego, bez względu na płeć czy seksualność, właśnie dlatego, że jego fizyczne piękno nakłada się na jego królewską aurę. Ucieleśnienie stylu „preppy” zdradza uprzywilejowanie i „dobre geny”. Ma burzę włosów i wielkie brązowe oczy odziedziczone po matce Jacqueline i chłopięcy przekorny wdzięk swojego ojca-prezydenta. Facet z klasą, który przełamywał elegancki styl zapożyczonymi od czarnoskórych raperów odwróconymi czapkami z daszkiem i kaszkietami. Jego męskość przypominała tę retro, jeszcze z lat osiemdziesiątych, w stylu Amerykańskiego żigolaka i Pretty Woman albo serialu Magnum z Tomem Selleckiem.
Miał magnetyczny, miły głos, był wysoki i wysportowany, z szerokimi ramionami i klatką piersiową, ekscytująco z dzisiejszego punktu widzenia pokrytą włosami. Podobno twórcy serialu bardzo długo nie mogli znaleźć kandydata do roli, który posiadałby tak nieprzystające do obowiązującego stylu męskości ciało. Żyjemy w końcu w czasach usuwania włosów u mężczyzn za pomocą metod tak inwazyjnych jak elektroliza, polegająca na wprowadzaniu elektronicznej sondy pod skórę. Przez cały serial JFK oddaje się ulubionym rozrywkom bogatych ludzi, czyli eleganckim sportom: jeździ konno i gra w squasha, ale też „zniża się” do ludu: biega po ulicach Nowego Jorku i jeździ na rowerze. Jest atrakcyjny w naturalny, niewymuszony sposób, odświeżająco „niehigieniczny”. On to po prostu „ma”: jego performowany od niechcenia wspaniały wygląd jest jedną z części składowych nadnaturalnej niemal, nadprzyrodzenie wspaniałej egzystencji, której nie da się wytłumaczyć racjonalnymi argumentami.
JFK Jr. nie był jednak orłem. Według standardów stawianych większości śmiertelników, dawał sobie radę tak sobie. Z wielkim trudem ukończył studia prawnicze, a pracę w kancelarii prokuratora okręgowego Nowego Jorku dostał tylko dzięki swojemu nazwisku. Potem bezskutecznie chciał się stać w oczach opinii publicznej „poważną osobą”, więc założył magazyn lajfstajlowo-polityczny, „George”, który znalazł się na krawędzi plajty już zaledwie po roku. Ostatecznie, przy znacznie zmniejszonym nakładzie, dotrwał do 2001 roku. Bardziej zbliżony do „Vanity Fair” niż poważnych publikacji politycznych, „George” został uznany za trywialny; dziś można powiedzieć, że wyprzedził swoje czasy. Właściwie z wielu względów można byłoby uznać jego życie za nieudane, zwłaszcza wobec przedwczesnej, spowodowanej przez połączenie niefrasobliwości i pewności siebie, śmierci w samolocie, którym nie potrafił dobrze sterować.
Jaki jest więc jego sekret? W końcu nie każdy bogaty młody mężczyzna, który założy trampki do garnituru i Ray-Banów, od razu staje się bożyszczem. Nie, w tym przypadku jest to końcowy etap stupięćdziesięcioletniej działalności pewnej rodziny, która za pomocą marketingu politycznego zmyła z siebie odium imigranckości i nie-białości. Przodkowie Kennedy’ego przypłynęli do Nowego Jorku w połowie dziewiętnastego wieku z trawionej skrajną biedą i wielkim głodem Irlandii wraz z setkami tysięcy swoich rodaków. W Wielkiej Brytanii aż do końca lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku można było zobaczyć na drzwiach pubów kartkę z napisem „No Irish, no blacks, no dogs” (Zakaz wstępu Irlandczykom, czarnym i psom). Irlandczycy w Stanach bardzo długo nie byli uznawani za w pełni „białych” obywateli. Kennedy, ubodzy katolicy, osiedlili się w Bostonie w 1949 roku i powoli, ale skutecznie gromadzili fundusze oraz zajmowali publiczne stanowiska. Już w drugim pokoleniu byli znanymi w Bostonie urzędnikami. Ojciec JFK seniora, Joseph P. Kennedy – biały suprematysta i sympatyk Hitlera – zbudował swoją fortunę na układach z gangsterami i półświatkiem, zarazem będąc dobroczyńcą takich wielowiekowych instytucji amerykańskich jak Yale i Harvard. Jego liczne potomstwo było wysyłane do najlepszych szkół, a sama rodzina żyła z ostentacją zaznaczając swoją pozycję.
Szybko zdobyli sympatię najwyższych elit i najbardziej poważanych rodzin w Stanach, takich jak Roosevelt czy Vanderbilt. Wraz ze zgromadzonym majątkiem i wpływami udało im się zmyć stygmę „katolickiego irlandzkiego motłochu”, w czym na pewno pomógł aryjski wygląd i fakt, że rodzina mówiła po angielsku. Wszystko skonsolidował mit JFK ustanowiony po jego tragicznej śmierci. Zapisawszy się w pamięci Amerykanów na zawsze, ta założycielska, publiczna, ogólnonarodowa ofiara z JFK była końcem pewnej nadziei i pewności siebie Ameryki, ale też uczyniła z Kennedych amerykańskich świętych. Zabójstwo JFK wyznaczyło wyraźną linię podziału w amerykańskim życiu politycznym – raz po raz pojawiała się sugestia, że gdyby żył, wszystko mogłoby potoczyć się lepiej. Rodzina Kennedych reprezentowała elegancję, a przede wszystkim nadzieję, która powracała, ilekroć w amerykańskim życiu politycznym działo się coś złego.
Takie nadzieje być może pokładano w młodym JFK, który nigdy ich nie spełnił. Pozostała fasada, powierzchnia, którą nowe pokolenia mężczyzn pragną kopiować. Sytuuje się ona pomiędzy nienawidzącym samego siebie, nieatrakcyjnym i fizycznie słabym, radykalizującym się incelem oraz umięśnionym, obdarzonym kwadratową szczęką „Chadem”, który ma dostęp do wszystkich tych kobiet, których nie ma incel. Elegancja JFK Juniora transcenduje ten binaryzm, jest czymś szlachetniejszym, obdarza aspirującego do niej mężczyznę symulakrum materialnego komfortu. W tym komforcie, bardziej niż o pieniądze, chodzi o niewymuszoną pewnością siebie, nieuchwytną „klasę”, to ona jest główną atrakcją. Stąd nieprzemijający powrót estetyki „old money” w modzie i popkulturze. Nic nie jest w stanie tego mitu unicestwić. Wykiwał go Brett Easton Ellis w American Psycho czy Strzępach, a niedawno również Otessa Moshfegh w swojej powieści Mój rok relaksu i odpoczynku, gdzie przedstawiła odpychającą karykaturę przedstawicielki elit. Co z tego, skoro większość czytała ją zachwycona i nie dostrzegła ironii, tylko dlatego, że bohaterka była ładna i szczupła. Magazyn o sztuce współczesnej „Frieze” poświęcił stylowi preppy długi artykuł, w którym cytowano między innymi Maxa Webera i jego Etykę protestancką i ducha kapitalizmu. W tej fundamentalnej pracy Weber argumentuje, że podwaliny dla nowoczesnego kapitału wykształciły się w wyniku kultywowania kalwińskiej cnoty ciężkiej pracy, która dokonała transformacji aktu akumulacji dóbr materialnych w symbol łaski. Z czasem ten religijnie usprawiedliwiany reżym, który miał uzasadniać bogactwo, zanikł i zastąpił go smak rozumiany jako sposób pielęgnowania intelektualnego i estetycznego dziedzictwa. Ten smak zastąpi religię jako dowód statusu i przynależności, stanie się synonimem zarówno klasy, jak i „klasy”. Kiedy nie ma już systemu pracy uzasadniającego nowobogacki styl, wszystko, z czym zostajemy, to symulakrum.
W podobny sposób to symulakrum przekłada się na świat polityki. Wzmożona fascynacja JFK Juniorem i serialem na podstawie jego życia ma swój rewers we współczesnej amerykańskiej polityce, gdzie rządzą kolejne pokolenia tej rodziny, jak wspomniany już RFK Jr. ze swoimi skrajnie reakcyjnymi poglądami. Choć trudno właściwie uznać je za poglądy – to przede wszystkim dyskurs umożliwiający utrzymanie władzy i statusu własnej klasy społecznej, który nie cofa się przed sięgnięciem po narzędzia najbardziej destrukcyjnej polityki. Gdyby RFK Jr. nie nazywał się Kennedy, byłby prawdopodobnie co najwyżej żałosnym jutuberem, próbującym dorobić się na fali popularności wellnessu. Niestety, dziś jest pierwszym ministrem zdrowia w historii Ameryki, który przyczynia się do śmiertelności dzieci jako propagator zakazu szczepionek, w wyniku czego do Stanów wróciło wiele chorób z przeszłości, takich jak polio, ospa, krztusiec czy świnka. Jak widać, mit Kennedych jest inspiracją dla Amerykanów bez względu na deklarowane poglądy. Podatna na niego jest zarówno prawa, jak i lewa strona obecnego dyskursu.
Co o nas mówi nostalgia za typami w rodzaju JFK Juniora? Świadczy o braku politycznej wyobraźni i tryumfie post-politycznej nostalgii. O coraz większym rozmijaniu się kultury z materialnym i ideowym umocowaniem rzeczywistości, której pełne zrozumienie zaczęło nam umykać, albo z którego wprost zrezygnowaliśmy. Wybieramy symulakrum. O estetyzacji polityki, która powoduje, że jej aktualna zawartość przestaje mieć znaczenie. O inherentnym klasizmie i rasizmie obecnego momentu, w którym rzekome przenikanie do głównego nurtu treści queerowych i podważających biały, męski monolit okazuje się wciąż jeszcze nie dość silne i znaczące, aby go spenetrować. O tym, że dla wielu powrót do tradycji byłby wielką ulgą.
Świadczy też o kapitulacji wyobraźni społecznej wobec elit. Love Story jest tylko jednym z przykładów tekstów kultury mnożących wokół nas obrazy życia osób uprzywilejowanych. Często dzieje się to pod pozorem krytyki, jak w Białym lotosie, jednak wciąż producenci czerpią zyski z estetyki, którą te obrazy wchłaniają. Być może więc odrodzenie zainteresowania mężczyznami takimi, jak JFK Jr. jest wyrazem demokratyzowania się stylu, który nie ma materialnego umocowania, ale jest pewnym skrótem, odniesieniem, wyrazem pragnienia legitymizacji przez świat elit. To pokaz braku politycznej wyobraźni, w którego ramach parweniusz może tylko bez końca replikować styl nieosiągalnych dla siebie elit, nawet nie dopuszczając do siebie myśli, że sam mógłby wytworzyć jakąkolwiek alternatywę wobec niego.
- 1. Inigo Thomas JFK Jr. and Me, „London Review of Books”, 4 czerwca 2026; Owen Myers, Why We Fell in Love with Love Story, „The Guardian”, 17 marca 2026.
- 2. Doreen St. Felix Love Story is a forgettable elegy for Generation X, „The New Yorker”, 14 lutego 2026; Naomi Fry i inni Love Story and why we cling to the Kennedy myth, „The New Yorker”, 14 marca 2026.
- 3. Jeffrey Eugenides My Unrequited Love Story with J.F.K., Jr., „The New Yorker”, 4 kwietnia 2026.
- 4. Tamże.

