Na rany fallusa. Połączenie z tym, co najtrudniej uznać
1.
A co, jeśli twój fallus jest źródłem najgłębszej rany? Jak to wypowiesz?
W patriarchalnej strukturze, która przypisuje mu podstawową wartość, zostaje ci tylko odwrócenie i odegranie konstytutywnych dla ciebie doświadczeń. Czyli to, co słowniki i lekarze nazywają perwersją i masochizmem. Obie praktyki są jak koła ratunkowe, zakładasz je i unosisz się na wodzie. Nie toniesz. Mają soczysty pomarańczowy kolor, z daleka są rozpoznawalne, więc wszyscy widzą, że nie umiesz pływać lub robisz to niewłaściwie. Ale płyniesz, ręka za ręką, noga za nogą. Koło podtrzymuje cię, otacza i jednocześnie przeszkadza ci – zwiększa opór, fale kierują nim lepiej niż twoje ciało. Czasem obracasz się wokół własnej osi.
Patriarchat daje ci jeszcze jedno wyjście: kastrujesz, siebie i innych. Odejmujesz siebie i sobie, do chwili, gdy zostanie z ciebie tylko kadłub. Wciąż możesz unosić się na wodzie, ale bez steru, jak konar kierowany prądem. Czasem wpadasz w wir lub grzęźniesz.
Rzadko mówimy o molestowaniu chłopców. Zdaje się, że nie mamy odpowiedniego języka, by wypowiedzieć takie doświadczenia. Humanistyczne słowniki katastrof pomijają ten rozdział. Jesteśmy zapraszani do odcinania znaczących fragmentów – ciał, afektów, emocji.
W pierwszych akapitach tego szkicu próbuję splatać ojcowskie (język psychoanalizy) i matczyne (wodne metafory). Nie wiem, czy ten wzór jest efektywny. Być może, ale w równaniu z niewiadomą przemocy (wobec chłopców) nie obejmuje jednej istotnej zmiennej: ambiwalencji, którą także rozumiem jako efekt połączenia różnych, może nawet przeciwstawnych sił i znaczeń.
Powyższe połączenie języków jest tylko powierzchniowe. Za pomocą wspomnianego splotu chciałbym krytycznie opisać dwa wybory, które symbolizują podstawowe i rozłączne skutki doświadczeń otwierających rany: primo, odwróć znaczenia i udawaj, że masz siłę; secundo, usuń zranioną część. Żadne z tych działań nie prowadzi do zagojenia ran.
Nie mogę się rozpędzić. Moje akapity są krótkie, zdania porwane, ich sensy równoległe – jakbym tego o czym myślę, nie mógł złapać w strukturze, w formie i kompozycji. Tak działa temat przemocy seksualnej wobec chłopców. Rozprasza, wprowadza chaos, lęk, ale i coś jeszcze, co zostaje głęboko w ranie.
Praktyki perwersji lub kastracji mają podstawę w cierpieniu. Rany sprawiają ból, nie ma w nich nic z przyjemności. Ranny jest ofiarą – a skoro nie może nią być, musi odwrócić lub odrzucić schemat, który skazuje go na tę pozycję. Tę część opowieści znamy dzięki współczesnym, psychoanalitycznie zorientowanym badaczom i badaczkom męskości1. Odcięcie od afektów i emocji to matryca wielu klasycznych czy patriarchalnych zachowań, do których zapraszamy kulturowo chłopców i mężczyzn. Fragmentaryczny, nadwartościowany, przyjmujący rolę oprawcy, nie ofiary – taki jest współcześnie dekonstruowany model męskości. Studia krytyczne odbierają mu wskazane supermoce i proponują powrót do tego, co było wcześniej: do preedypalnej sztuki bliskości, zrozumienia i miłości. Preedypalnej, czyli rozpoczynającej się w ciele, przed językiem a nawet – jak pisał Donald Winnicott – w wodach płodowych. Miłość matki ma być taką samą podstawą budowania tożsamości jak uznanie przez ojca. Mamy tu figurę wiązania, a nie rozcinania i fragmentaryzowania. W takim modelu wystarczy pracować z wyparciem, by wrócić pamięci to, co nieświadome. Cel to budowa połączenia między cielesnym i językowym, afektywnym i racjonalnym – już Hélène Cixous2 wskazywała nam te ścieżki. Dziś różne formy psychoterapii, opisując te dążenia, korzystają z terminu ciałoumysłu.
Co jednak, jeśli do czasu przemocowego przekraczania naszych granic żaden z fragmentów naszej tożsamości nie zdołał się dostatecznie uformować, a w latencji zostały one jeszcze osłabione przez przedwczesne splątanie z tym, co dla nas niepojęte? Co wówczas można splatać, wiązać, łączyć? Za pomocą jakiej metafory należałoby opisać takie słabe i zdewastowane fragmenty „ja” ?
Jeden z moich pacjentów z doświadczeniem wykorzystania seksualnego w dzieciństwie zapomina słowa. Gubi je. Zacina się na podmiotach, choć na innych sesjach, w innych kontekstach potrafi budować pełne zdania, czasem zatrzymuje się w ciszy. Gdy milknie, pojawia się niepewność i lęk. Czasem próbuje się z tego wydobyć, opisuje znaczenie brakującego słowa, jakby opływał desygnat dokoła. I rusza dalej. Wtedy podtapia mnie smutek, żal i tęsknota. Jego przeniesiony smutek, żal i tęsknota.
Wyobraź sobie, że doznajesz w ciele i afektach czegoś, co nie mieści się w twoim języku. Nie masz na to słów. Jesteś niemy, ale twoje ciało komunikuje. Tak działa trauma.
Wyobraź sobie chłopca, który myśli, że bliskość, wartość i miłość to seksualna penetracja. Wyobraź sobie, czego może pragnąć ten chłopiec. Nie wiesz? Wiesz, tylko trudno to nazwać i wypowiedzieć.
To część historii, której nie opowiadamy. Przez taką ranę przechodzi doświadczenie bliskości, wartości i miłości. Żadne z tych słów nie oznacza dojrzałości. To bliskość, wartość i miłość, o jakich pomyśleć może umysł, który nie nawykł jeszcze do tworzenia abstrakcyjnych form i konstrukcji. Bliskość myli się tu z penetracją, wartość z dostępnością i brakiem granic a miłość z zadowoleniem innego.
Czym innym są wyparte i zastąpione fragmenty doświadczeń, czym innym zaś te, które przeszły przemianę, nim zostały sformułowane, ukształtowane. Taka rana nie tylko krwawi, taka rana staje się też wyrazem miłości. Niestety nigdy naraz. Te stany zostają rozszczepione, zmieniają miejsce, nie mogą się połączyć w umyśle, który jeszcze nie potrafi tego zrozumieć. Ale łączą się w ciele, które umie to wszystko poczuć. Ucieleśniony umysł dziecka potrafi to zmetabolizować poza symbolem i prawem.
To historia, która nie ma języka. Ma tylko doświadczenie i ciało. Język miłości, przywiązania i relacji czyni z ofiary molestowania kogoś, kto poza wszystkim, zostaje jeszcze porzucony. Obok rany penetracji powstaje rana zerwania. Oba te afekty należałoby spleść, by zobaczyć dynamikę przemocowych doświadczeń. Kto się odważy? Kto odrzuci obronne rozszczepienie i opowie nam historię wielokrotnego i podwójnego znamienia zapisanego na dopiero kształtującym się podmiocie?
Pierwszą część tego doświadczenia mogą opowiadać dziewczynki – kultura podpowiada im rolę ofiary, potrafi je za to niecnie wynagradzać. Daje im zakorzenioną w doświadczeniach ciała histerię, zapoczątkowaną w erotyczności histrionię albo borderline rozumiane jako znak emocjonalnej niestabilności. Lubimy myśleć, że tak zatytułowane rozdziały wypełniają tylko opowieści kobiet. Do dziś pokazują to statystyki diagnoz3.
Jak zatem połączyć taką chłopacką opowieść ze światem? Na jakim stelażu ją upiąć, jak uformować? Chłopcom dajemy narcyzm4, a przecież problemem nie jest tu fakt wyjątkowości ich rany i odrzucenia, tylko brak gotowości, by usłyszeć ich historie. Toteż frazy: nie ma słów, nie ma języka; zastąpić można by konstatacją: nie ma gotowości, by słyszeć. Nie ma miejsca, by przyjąć. Bo przecież oni mówią, bez słów, ale te historie nie chcą się scalić nawet w umyśle dorosłego podmiotu. Mężczyzna z raną penetracji? Nie, mężczyzna może nosić tylko ranę odrzucenia, a i ta powinna się szybko osłonić stwardniałą, bliznowatą tkanką.
Zatem fallus może być, może go też nie być. Nie może być dziurawy i pragnąć wypełnienia miłością. Sam musi się napompować krwią i usztywnić. Tak, w tym miejscu rezygnuję z pełnej metaforyzacji, abstrakcyjny fallus przeplata się z cielesnym penisem, słowo nie zmienia się tu jednak w ciało, ale wiąże z nim, nadpisuje się na skórze albo ucieleśnia – jak afekty, zanim staną się emocjami. Zdanie inicjalne: a co, jeśli twój fallus jest źródłem najgłębszej rany?, splata się tu ze zdaniem: a co jeśli twój penis jest miejscem najgłębszej rany?
2.
Wyjaśnienia domaga się również główna metafora: „rana”. W dzisiejszej nomenklaturze popularniejszy jest termin „trauma”, którego użyłem raz, w trzecim metakomentarzu. Nie chcę pisać „trauma”, by nie płynąć w nurcie nadużywania tej figury, zamiast tego wracam do jej greckiego znaczenia źródłowego: rana.
Rana przemocy doświadczonej w dzieciństwie przekracza zdolność przetworzenia doznawanego bólu. Zupełnie jak trauma. Jednocześnie trauma nie zakłada, choć może, splątania bólu i pragnienia, pewnego rodzaju zależności, które ryzykownie chcę nazwać rytem i jednocześnie raną miłości. To splątanie bólu i pragnienia może być skutkiem długotrwałych doświadczeń seksualnej przemocy. Taka rana jest dla mnie miejscem, w którym miesza się traumatyczne i miłosne, jest też miejscem tworzenia się nowej tożsamości. Nie podmiotu, a tożsamości. Miejscem, w którym afekty zmieniają trajektorie budowania siebie i (przyszłych) relacji. To zmiana względem założeń wyjściowych, mówiących nam jak powinna kształtować się podmiotowość (tak, odwołuję się tu do normy). W ranie to, co do tej pory ustrukturyzowane, ulega rozpadowi i ponownemu złożeniu. Tyle że wieżę z tych drewnianych i kolorowych klocków układa dziecięca ręka. Niewprawnie i z drżeniem, wywracając konstrukcję raz po raz. Właściwie układa ją tylko po to, by ją przewrócić – to wzór, o którym przypominać będzie niezabliźniona rana.
Znowu jedną metaforę przekładam na kolejną. Ale robię coś jeszcze. Prowadzę nas w stronę zabawy, która nie ma być symbolem, a działaniem. Ma być tym, co żywe w procesie powtórzenia i w możliwości rekonfiguracji. Choć zdaję sobie sprawę, że słowo „zabawa” wydaje się tutaj tak samo nieadekwatne jak słowo „miłość”.
Thomas H. Ogden pisze, że żywy (proces) to taki, który nie podlega epistemologicznym celom psychoanalizy (czy szerzej psychoterapii), nie odwołuje się do lepszego rozumienia siebie (szczególnie tego, co wyparte lub odszczepione). Zdaniem współczesnego psychoanalityka żywa psychoanaliza to psychoanaliza ontologiczna, która „za cel nie stawia sobie rozumienia nieświadomych znaczeń marzeń sennych i zabawy, ale przede wszystkim zajmuje się bawieniem i śnieniem jak wspierającymi rozwój doświadczeniami, które angażują całość psyche-somy”5. Tak jak Winnicott uznaje, że nie interesują go rzeczowniki (używanie zabawy do rozumienia), ale czasowniki: bawienie się, aktywność, która „zapewnia bycie żywym i realnym”6 . W historii psychoanalizy dołącza więc do Wilfreda R. Biona i Winnicotta, nie do Freuda i Klein odwołujących się w swoich pracach do epistemologii. Z historii psychoanalizy odrzuci również Sándora Ferencziego7, który w ramach swojej metody dążył do ponownego odegrania z pacjentami ich zranienia.
Przeniesienie wniosków z historii psychoanalizy na literacki proces twórczy może być dla nas pouczające. Zanim zaczniemy pisać o przemocy, ranach i traumie, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego to robimy? Nie umiemy inaczej i powtarzamy pętlę nadużyć wobec samych siebie – wkładamy palce w nasze rany i pokazujemy je innym (co łączy się na przykład ze wspomnianą na początku szkicu perwersją); czy kierują nami inne pobudki? Ogden zapytałby, czy ta zabawa w tworzenie literatury wspiera nasz rozwój, wzbogaca nasze doświadczenia. Jeśli je tylko ponawia, to doświadczenie układania wieży z klocków nie daje przyjemności, bo ta ostatnia leży w jej przewracaniu (zilustruję to niżej odwołaniem do literatury). Te ostatnie zagrożenia w kontekście pisania-badania oświetlił Dominick LaCapra8.
Psychoanalityczne figury są poręczne. To cwany system, który potrafi pochłonąć i opisać wszystkie doświadczenia. Potrafi też z metapoziomu opisać sam siebie. Ale ten język nie pomaga mojemu pacjentowi, który gubi słowa. Jest protezą, którą możemy wstawić w miejsca językowych ubytków, ale wszyscy wiemy, jak działają protezy: nie czujemy ich. Muszę więc słuchać mojego pacjenta w innych rejestrach, poza językiem. Słuchać jego ciała i głosu, nie słów. O tym również mówi nam ta cwana (albo: żywa) współczesna psychoanaliza9.
Wrócę jeszcze do poczynionego rozróżnienia na ranę i traumę. Powtórzę to, co wydaje mi się najtrudniejsze: w moim rozumieniu długotrwałej, seksualnej przemocy wobec dzieci, w ranie, obok tego, co traumatyczne, mieści się także to, co równie trudne do pojęcia przez wczesny lub latentny umysł, ale co niesie inne doznanie niż ból. Boję się słowa „przyjemność”, ale właśnie ono się tu nasuwa. Przyjemność rozumiana jako powtórka, jako coś znanego, coś mającego znaczenie między osobami, które są w (przemocowej) relacji.
Pisząc to, chciałbym się przed tym obronić, zaprzeczyć temu wzorowi, ale ten unik nie rozpracuje blizny. To usztywnienie zdaje się odzwierciedleniem fragmentacji przeżyć, rozszczepienia. W tym, co sztywne czy zamrożone, nie ma ruchu i życia, nie krąży krew.
3.
Literatura opisująca traumy (sic!) daje nam kilka zestawów estetycznych narzędzi: absurd, groteskę, chaos, rozproszenie-fragment. W tych historiach nie zaglądamy głęboko w ranę, raczej zostajemy na powierzchni. Nie znam literackich opowieści, gdzie miesza się ból i niedojrzała dziecięca miłość do podmiotu, który zadaje ów ból i jednocześnie odpowiada na pragnienie uznania oraz bliskości. Znamy inne. Te, które fragmentaryzują i pokazują nam niemożliwość cierpienia. Takim tekstem jest na przykład Małe życie Hanyi Yanagihary, książka, która sprzedała się w wielomilionowym nakładzie. Czy to nie jest dziwne? Nie umiem połączyć tych dwóch faktów: tekst o głęboko, doszczętnie zranionym chłopcu i miliony czytelników. Jakie nasze potrzeby spełniła Yanagihara, dając nam tę książkę? Dlaczego chcemy czytać o seksualnej przemocy wobec Jude’a? Czego szukamy w tej historii?
Zawieszę to pytanie. Spróbujcie je sobie zadać. Ester Perel mówi, że dobre pytanie jest jak brama. Naciśniecie klamkę?
Tymczasem przyjrzyjmy się temu, jak autorka Małego życia przedstawia afektywne stany zranionego chłopca, który jest również martwym mężczyzną. Tak, chłopiec-mężczyzna Jude jest martwy za życia, stał się zombie, a jego historia podana przez Yanagiharę nie mówi o nadziei i ratującej sile miłości. Jude musi umrzeć, ale nim dotrze do tego punktu, ponowi (nieświadomie) pętlę swojej historii.
Zajmujące – jeśli w kontekście historii przemocy w ogóle można użyć tego słowa bez oskarżenia o patologię – jest więc to, w jak przejrzysty sposób autorka prowadzi czytelników przez tę historię. Język (w moim przypadku język polskiego przekładu) nie jest gęsty ani nie poszerza odniesień w znaczeniu literackim. Jednocześnie struktury całej opowieści i życia Juda przypominają proces spiralnego odtwarzania ran poniesionych w dzieciństwie i w relacjach, których częścią był główny bohater. Po spirali, czyli po pętli, ale z jednoczesnym przesunięciem. Proszę sobie jednak wyobrazić spiralę, która leży – rozciąga się horyzontalnie, nie wertykalnie. Tak właśnie przebiega życie Jude’a – znajduje się on kawałek dalej i jednocześnie w takim samym miejscu, co wcześniej – idzie po spirali. Choć czasownik „idzie” powinienem stąd wymazać. Ciało Jude’a zostaje okaleczone. Na skutek wenerycznych chorób i samochodowego wypadku jego kręgosłup nie utrzymuje ciała w pionie. W jego historii, którą stwarza samodzielnie, ból kręgosłupa oddelegowany zostanie do dolnych kończyn. To problem z nogami jest tym, co zauważyć – choć nie nazwać – mogą przyjaciele bohatera. Mamy tu więc dwie figury charakterystyczne dla tworzenia przemocowych historii. Po pierwsze, Jude przesuwa wagę swojego problemu (kłopoty z kręgosłupem zdają się być bardziej dolegliwe dla całego ciałoumysłu niż te z nogami); po drugie, zmuszony, raczej je pokazuje, zamiast nazywać. Noga jest jak fallus. Samoistnie otwierające się rany, pękająca skóra, niegojące się miejsca – tak pracuje ciałoumysł Juda. Można je/go zewnętrznie odkażać, obmywać, opatrywać, ale to właściwie nie ma znaczenia. Nie przynosi ukojenia bohaterowi, tylko tym, którzy mu pomagają.
Jude sam zada sobie kolejne rany – w ten sposób odnowi znaczenie tej pierwotnej. Jako molestowany chłopiec rzuca swoim ciałem o ściany aż do ogłuszenia, później odkryje, że do tego samego pożądanego (nie)miejsca przeniesie go fizyczny ból nacinania skóry na rękach i nogach. Oto chirurgiczna precyzja zastępowania skomplikowanych afektów fizycznym bólem i jednoczesnego odtwarzania tego, co było. Ta strategia będzie działać do czasu, aż bliznowata tkanka opancerzy całe ciało, uzbroi je tak, że nawet lekarz nie będzie mógł znaleźć miejsca, by wbić w nie igłę i dożylnie nakarmić dewastowany organizm. W taki sposób nieżywe wygrywa z żywym. Yanagihara precyzyjnie pokazuje nam dynamikę rozszczepienia i podmiany afektów kotwiczonych w cięciu: od naporu tego, co niemożliwe do utrzymania, przez przesłonę z fizycznego bólu, do stoicyzmu następnego poranka. Obiektem, który chroni i prowadzi w miejsce rany, nie jest druga osoba, lecz woreczek z żyletkami i wacikami nasączonymi alkoholem.
Zatrzymaj się tu chwilę i pomyśl o tym: żyletka przynosi spokój i ukojenie. Rozumiesz, czujesz to? Nie ból, ale i ukojenie bólem.
Ciało Jude’a jest tablicą, na której bohater zapisuje historię swoich afektów i doświadczeń. Nie ma innego języka. Nie chce mówić. Do nikogo. Wielokrotnie wybiera milczenie. Nikt nie wie, co z tym zrobić. Wszyscy widzą, co się z nim dzieje, ale nie są w stanie mu pomóc. Zostają w gniewie (lekarz) lub rozpaczy (przybrani rodzice, przyjaciel i późniejszy partner). Relacje Jude’a są takie, jakie potrafił zbudować. Są chwiejne, ich dynamika jest zablokowana. Diady, których jest częścią, przypominają pracę jego nóg. Raczej ciągnie je po powierzchni, z wysiłkiem dostawiając stopę do stopy, dalej pozostanie mu czołganie, a w końcu amputacja. Kwalifikując kształt tych relacji, można użyć pięknego słowa Willie’ego Jurga10 – koluzja – czyli nieuświadomiona zmowa oparta na nieświadomych motywacjach psychologicznych lub kombinacji konfliktów wewnętrznych dwóch lub więcej osób zaangażowanych w bliską, dynamiczną relację. Koluzja kontra para poranionych, niesprawnych nóg, które dzięki bolesnej współpracy mogą przenieść ciało w inne miejsce, ale tylko po wytyczonej spiralnie drodze. Czy ciało nie komunikuje jaśniej niż psychoanalityczny język?
Retrospekcje pokazują nam galerię oprawców, materiał teraźniejszy ujawnia związki z przyjaciółmi, partnerami i przybranymi rodzicami. Jude nie odróżnia jednych od drugich. To jest dla niego niemożliwe. Linia jego poznawczego horyzontu ginie, jest niewidoczna jak w nocy. Yanagihara opowiada to tak, że nie możemy ruszyć z miejsca, nie mamy azymutu. Jesteśmy uziemieni. Jesteśmy w koluzji z Judem aż do jego śmierci, którą ostatecznie zada sobie, wprowadzając powietrze do żyły.
To kolejna stacja. Zatrzymaj się i pomyśl o metaforze, która zmienia życiodajne w to, co zabójcze. W jakim miejscu jest ciałoumysł, który w tlenie znajduje śmierć? Jaki ma to związek z miłością, w której ulokowana jest przemoc i cierpienie? Nadmiar tlenu bywa zabójczy w żyle, nadmiar miłości bywa zabójczy w ranie, nie daje się jej zasklepić, zrosnąć. Wszystko zależy od proporcji. Czy to nie są podobne figury?
Centralne miejsce w galerii oprawców Jude’a zajmuje brat Luke. Nie dlatego, że zadał mu najwięcej bólu, ale dlatego, że obdarzał go również tym, czego chłopiec pragnął.
To kolejny moment, w którym pisząc ten szkic, widzę, jak nad klawiaturą zastygają mi dłonie i raz po raz zaciskam pięści. Nie umiem czegoś napisać. Akapity zmieniają mi się w osobne fragmenty. Zupełnie jak na początku. Zupełnie jak u mojego pacjenta, który gubi słowa. To moment próby połączenia tego, czego nie da się łatwo połączyć: pragnienia miłości i przemocy.
Yanagihara też nie ma na to słów. Pokazuje nam, jak jedno zmienia się w drugie – przemoc w opiekę, opieka w przemoc. Spójrzmy. Najpierw scena, w której brat Luke daje Jude’owi zestaw żyletek:
Jude kiwnął głową, chociaż już dawno się przekonał, że obietnice brata Luke’a są bez znaczenia. Ale wtedy brat Luke powiedział, że nauczy go pewnej tajemnej metody, czegoś, co mu pomoże pozbyć się frustracji. Następnego dnia nauczył go się ciąć i podarował mu gotową torebkę z żyletkami, chusteczkami nasączonymi spirytusem, wacikami i bandażami. […]
Kiedy się ciął, czuł, jakby wypuszczał z siebie truciznę, brud i wezbraną w środku złość. Czuł, jakby ożyło jego dawne marzenie o pijawkach […]11
Tę scenę zestawię z epizodem, którego głównym aktorem jest Willem, przyjaciel i partner Jude’a. Role i czyny Luke’a i Willema zostaną jednak odwrócone. Kat (brat Luke) stanie się obiektem opieki, partner (Willem) obiektem przemocy. Cytuję:
Nagle Willem, zanim zdążył pomyśleć, szarpie Jude’a, próbując zedrzeć z niego ubranie, a Jude się broni, ale nie może użyć lewej ręki i w ogóle nie jest najsilniejszy; wrzeszczą na siebie bezgłośnie. Willem przygniata Jude’a, wciska mu kolana pod obojczyki, tak jak nauczył go kiedyś trener na planie, bo ta metoda zarazem paraliżuje i boli, po czym zdziera z Jude’a ubranie, a ten protestuje panicznie, grożąc i błagając na przemian. Do Willema dociera mgliście, że każdy, kto by ich teraz zobaczył, pomyślałby, że to gwałt, ale on nie gwałci Jude’a – on szuka żyletki.12
Dziecięca bliskość przekroczenia i przyjemności odtwarza się w bliskości ochrony i gwałtu. Wciąż suniemy po spirali, utykamy w przesunięciach i odegraniach, które doprowadzą do dysocjacji, rozpadu i śmierci. Musi tak być, ponieważ nie da się czegoś wypowiedzieć.
Zestaw żyletek podarowanych Jude’owi przez brata Luke’a zostanie przejęty przez Willema. Jeden wprowadzi ten obiekt w ciało Luke’a, drugi będzie chciał go usunąć. Obaj zrobią to w geście opieki. Pierwszy pomoże bohaterowi przetrwać, drugi odbierze mu obronny mechanizm. Paradoks życia, które nie żyje.
Jude „[n]awet jako dorosły nie wiedział, co tak naprawdę myśli o bracie Luke’u”13. To zdanie może mówić nam o efekcie manipulacji pedofila. Jego znaczenie łatwo oddelegować oprawcy, ale to nie oświetli ran Jude’a. „Co tak naprawdę” wydarza się w ranach Jude’a, który będzie je otwierał żyletką? Co tak naprawdę wydarza się w scenie z zacytowanego wyżej fragmentu? Ratunkowy gwałt – rana miłości – martwy żywy. Te trzy zestawienia łączą niepołączalne. Te trzy zestawienia to tylko słowa. Yanagihara nie odważy się napisać tego, co tak naprawdę czuł jej bohater. Nie ominie tego, po prostu będzie stała przed drzwiami tego pytania a my utkniemy tam razem z nią. Otworzyć mógłby je tylko Jude. A my musielibyśmy pojąć, że do tego zamka nie ma klucza, są tylko żyletki. Ale to zbyt trudne. Kontynuujmy więc opis przerwanej sceny:
I nagle ją słyszy, brzęk metalu o płytkę, więc palcami chwyta żyletkę za krawędź i odrzuca za siebie, a potem dalej rozbiera Jude’a, zdzierając zeń ubranie z brutalną skutecznością, która go zdumiewa. Dopiero ściągnąwszy bieliznę, spostrzega cięcia: sześć równoległych poziomych kresek wysoko na lewym udzie, i puszcza Jude’a i odsuwa się od niego jak od zarażonego.14
Tej diadycznej dynamiki nie da się odmienić nikomu. Życie nie urośnie, pozostanie małe. Tytuł książki Yanagihary jest przejmująco adekwatną metaforą losu molestowanego chłopca.
4.
Co powinno znaleźć się w wygłosie tekstu o niemożliwości połączenia afektów, o przymusie cięcia i fragmentaryzacji? Jaką szansę na „większe życie” mają chłopcy doświadczający molestowania? Nie wiem. Może jak z Judem – nie ma tu nadziei, zostaje tylko odegranie lub (auto)kastracja, bo tylko taką historię umiemy opowiedzieć, nie łącząc tego, czego połączyć nie umiemy.
Tymczasem mój pacjent wciąż do mnie mówi. Najmocniej łączą nas te poranione, dziurawe zdania.
- 1. Por. Gunnar Karlsson Męskość jako projekt: kilka uwag psychoanalitycznych, przełożył Filip Mazurkiewicz, „Teksty Drugie” nr 2/2015; David Moss Thirteen Ways of Looking at a Man. Psychoanalysis and masculinity, Routledge, London-New York 2012.
- 2. Do tej pory w języku polskim najpełniej i najciekawiej o przeplotach feminizmu i psychoanalizy pisała Joanna Bator, por. tejże Feminizm, postmodernizm, psychoanaliza. Filozoficzne dylematy feministek drugiej fali, słowo/ obraz terytoria, Gdańsk 2002.
- 3. Współczesne korelacje płci i diagnoz – w sposób ideowo uproszczony – opisuje Jessica Taylor w swojej książce Seksowna, ale szalona. O systemowym etykietowaniu psychiatrycznym kobiet i dziewczyn, przełożyli Aleksandra Małecka i Miłosz Biedrzycki, Ha!art, Kraków 2025.
- 4. Psychologizujące teorie, których celem jest wyjaśnienie powstania i opis współczesnych rodzajów oraz doświadczeń męskości, w centrum rozważań umieszczają kategorię narcyzmu. Ten rozumiany jest jako efekt utraty dziecięcej omnipotencji lub/i bliskiej więzi z matką. Tak powstający brak/rana/słabość „ja” i towarzyszące mu odcięcie od emocji mają nas kierować w stronę budowania obronnych, patologicznych, często aspołecznych modeli dorosłości. W podobny sposób: aspołecznie i przemocowo, opisywane są rodzaje męskości pobierające patriarchalną dywidendę. Na końcu obu procesów: powstawania podmiotu narcystycznego oraz powstania męskości patriarchalnych, mamy podobieństwo. Ostateczny efekt rozwoju psychologicznego – konstytucja fałszywego/obronnego self nadbudowanego na ranie/pustce – pokrywa się z obrazami patriarchalnie rozumianych (więc fragmentarycznych i często przemocowych) męskości.
- 5. Thomas H. Ogden Co to znaczy żywy. Dociekania psychoanalityczne, przełożyła Danuta Golec, Oficyna Ingenium, Warszawa 2025, s. 13.
- 6. Tamże, s. 14.
- 7. W odmienny sposób pisze o tym Agnieszka Sobolewska w tekście Przeciw Prawu Ojca. Próba ucieczki z psychoanalitycznej wieży Babel, „Czas Kultury” nr 4/2021, s. 106-112.
- 8. Dominick LaCapra Historia w okresie przejściowym. Doświadczenie, tożsamość, teoria krytyczna, przełożyła Katarzyna Bojarska, Kraków 2009.
- 9. Por. Lech Kalita Rytmy otchłani. Rozważania o wczesnych stanach umysłu, Oficyna Wydawnicza Fundament, Warszawa 2022.
- 10. Jürg Willi Związek dwojga. Psychoanaliza pary, przełożyła Maria Szwecow-Szewczyk, Oficyna Wydawnicza Fundament, Warszawa 2014.
- 11. Hanya Yanagihara Małe życie, przełożyła Jolanta Kozak, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2023, s. 467 i 468.
- 12. Tamże, s. 601.
- 13. Tamże, s. 481.
- 14. Tamże, s. 601.

