Wiek Męski – Wiek Klęski

Przemysław Witkowski
W numerach
13 lip, 2026
Czerwiec
2026
6 (832)

Chmury nadciągają i ciemność zapada. Przeszłość odeszła. Zawrócić się nie da. Mężczyzna stracił i kompas, i busolę. Znane mu wzory nie dają przed burzą schronienia. Stał się tą „nieszczęsną istotą”, która dawniej królując w dżungli, dziś źle znosi proces udomowienia. Nie umie przyjąć nowej formy ani starej porzucić. Tymczasem, ciągłość norm i zwyczajów na wielu polach została całkowicie zerwana.

PĘKAJĄCE PŁYTY TEKTONICZNE
Męskość jest dziś „toksyczna” i „samotna”. Depresja, radykalizacja i używki – to jeźdźcy apokalipsy, którzy sieją wśród panów spustoszenie. Efekt? Liczba samobójstw wśród mężczyzn czterokrotnie przewyższa liczbę samobójstw wśród kobiet. Sześć razy częściej mężczyźni popadają w alkoholizm. Co drugi mężczyzna przed czterdziestką chce głosować na ultrakonserwatywnych nacjonalistów. Śmierć, zaćpanie i zapicie albo fantazje o powrocie do przeszłości – w ten czy inny sposób wszyscy oni chcą się wymeldować z aktualnej rzeczywistości. Wyjątkowo niegościnna musi być to dla nich kraina. To przecież najprostszy wniosek, jaki można z tego wyciągnąć. A mimo to, mało kto go wyciąga.

Świat bowiem, w którym mężczyzna był miarą prawa i sprawiedliwości, odszedł w przeszłość. Mężczyźni nie trzymają już w rękach rodzinnych finansów. Ich groźba i wymierzana przez nich kara straciły swoją moc kontroli. Ojcowie zawiedli. Zbyt zajęci pracą, zalani w pestkę, zgryźliwi lub nieobecni, złożyli broń albo ciągle powtarzają dawno niedziałające mantry: posprzątaj w pokoju, weź się w garść, załóż rodzinę, pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj. Nadziei nie przynoszą ani film, ani literatura, zajęte ciągle jeszcze przepracowywaniem przemocowej przeszłości krainy męskiej dominacji. Tu ciągle samiec to sprawca i bestia, manipulant i narcyz, w najlepszym razie zwykły nieudacznik.

Jeśli wskaże się go jako ofiarę – ciągle spotka się pewnie z uśmiechem politowania. Albo co gorsza, zostanie z miejsca uznany za ciężkiego reakcjonistę. I często w efekcie się nim staje, bo tylko w tych kręgach chcą słuchać o ich krzywdzie. W innych są oni przecież grupą uprzywilejowaną, koroną stworzenia – białym mężczyzną z klasy średniej w równie średnim wieku, dzierżącym w swej dłoni wszystkie ważne sznurki, polityki, sztuki i światowej gospodarki. Cóż jednak, kiedy oni sami nie odnajdują się w tym opisie? Kiedy są czarni albo smagli? Za biedni, za starzy, za młodzi, za grubi, za chudzi, urodzeni w złej dzielnicy, w nikogo nieobchodzącej wsi lub miasteczku? Najwyraźniej nie ma to znaczenia, bo mężczyzna to przecież mężczyzna. Każdy jest taki sam, jak wycięty ze sztancy. I każdy zajmuje najwyższe piętro patriarchatu, nieprawdaż?

SPOCENI, ZMĘCZENI I SPIĘCI
Nie ma dla nich już nawet nadziei, że wyrównają sobie owe namacalne braki, wstępując w związek małżeński. Nie zyskają szacunku jako mąż i ojciec – szanowany i słuchany, choćby tylko przez żonę i dzieci. Przejeżdża po nich bowiem dodatkowo walec rosnących oczekiwań coraz to bardziej wyemancypowanych kobiet, które na dodatek konkurują z panami na rynku pracy, podgryzanym przez automatyzację, robotyzację i sztuczną inteligencję. Rolnik szuka żony coraz bardziej bezskutecznie. Kobiety są bowiem lepiej wykształcone, bardziej mobilne i rzucają dodatkowo na szalę kapitał urody, byleby się tylko wyrwać z biedy. Mężczyźni z prowincji są dzisiaj dużo bardziej bezradni niż one. Rzadko imponują, nie znają wysublimowanych kodów, nie mają w sobie luzu, są spoceni, zmęczeni i spięci.

Kiedy nie jest się chirurgiem, prawnikiem czy rzutkim biznesmenem, singielstwo z nagrody staje się karą i zamiast licznych gier i zabaw w podgrupach, na większość nieszczęśników czeka głównie samotność. Cóż im z wolności seksualnej i tej od rodzinnych obowiązków, kiedy nie ma z kim z niej skorzystać? Na erotycznym „wolnym rynku” „drobni przedsiębiorcy” przegrywają na całej linii. Zresztą podobnie jak i na tym gospodarczym. Rozwarstwienie zachodzi więc też w kwestii seksu. Niewielki procent mężczyzn dominuje tę zabawę, zostawiając większość na lodzie. Seksualizacja świata – uczynienie seksualności jednym z ważniejszych aspektów życia człowieka jako osoby społecznej – połączona z fantastycznymi wzorcami ciała, rozrywki i relacji, których feeria przewija się codziennie w mediach społecznościowych, to kolejny walec, który po nich przejeżdża. Nie mają czasu, siły i samozaparcia, żeby poddać swoje ciała rygorom norm. A kiedy nawet mają, to nie wiedzą, że obraz, na którym się wzorują, to czyste symulakrum. Ciała poddane nie tylko tresurze, ale całemu koktajlowi hormonów, sterydów i peptydów, cięte i liftingowane, ostrzykiwane i odsysane i oprócz tego korygowane za pomocą filtrów i innych narzędzi manipulacji obrazem.

A jednak jest to podawane im jako efekt ciężkiej pracy, wytrwałości i dobrej diety, i to praktycznie niezależnie od wieku. Jeśli więc ty, widzu, nie masz takich efektów, źle jesz, źle ćwiczysz, ogólnie jesteś beznadziejny. Influenserzy nie grają więc uczciwie, a ich widzowie popadają w coraz głębsze kompleksy.

NADDATEK KRYJE BRAK
I nagle wyrasta z tej grupy rzesza onlyfanów, inceli, koneserów przemocowej pornografii, a wszyscy dziwią się ich radykalizacji. Tymczasem nie ma w niej nic zaskakującego. Kiedy bowiem tąpnięciu męskiej dominacji towarzyszyć zaczyna zalew nierealistycznych wzorców, których pełny jest TikTok i Instagram, ofiary tego procesu skaczą na główkę w fantazję. A kiedy płyty tektoniczne zaczynają się ścierać także w polityce, nie powinno zaskakiwać, że ci, którzy najbardziej desperacko chcą stać się znów kimś, łapią się na lep najróżniejszych ekstremizmów. I właśnie wśród mężczyzn guru tych ruchów najłatwiej jest zarzucać sieci. Kiedy się bowiem spojrzy na to, co obiecują – this is a mens world, baby. „Naturalne role” oparte na mocnych, binarnych podziałach, zakazy aborcji i negowanie przemocy rodzinnej – wszystko to w efekcie osłabia pozycję kobiety w każdym związku. To obietnica powrotu do przeszłości, której dokładny kształt zależy od tego, gdzie w czasie prawica chce ulokować swoją arkadyjską wizję – czy w latach pięćdziesiątych, w przedwojniu, wieku dziewiętnastym, przed rewolucją francuską czy może w wiekach średnich. Ci, którzy ulegają tej wizji, pragną ożywienia czasów, które w tych fantazjach oznaczają powrót męskości jako centralnego punktu organizacji społeczeństwa. I albo mówią to wprost, albo wynika to z wprowadzenia w życie ich rozwiązań. Czy ostatecznie Bóg to sprawi, król czy wódz – nie ma znaczenia. Jak również fakt, że przeszłość, którą chcą wskrzesić, jest całkowicie zmyślona.

Na tym żyznym polu sieją i żąć chcą dziś jednak nie tylko ekstremiści. Trenerzy osobiści i szamani, coache i samozwańczy terapeuci, raperzy i youtuberzy, politycy i publicyści – wszyscy chcą podać swój jedyny skuteczny sposób na bycie prawdziwym mężczyzną. Ich ucieleśnieniem stają się ludzie tacy jak Andrew Tate realizujący wizję życia godną flirtującego z korwinizmem trzynastolatka. Stosowanie się do ich porad dotyczących żywienia, randek, ubierania i ćwiczeń ma przywrócić mężczyźnie męskość i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki usunąć wszelkie strukturalne problemy, które miażdżą sny i marzenia tej uciśnionej grupki. Czy sprzedają suplementy czy kursy, to chcą zawrócić rzekę kijem, a mącą jedynie w głowach. A przed ekranami, na salach, gdzie wygłaszają swoje wykłady, w pisanych przez nich książkach, zatapia się coraz większa rzesza zagubionych poszukiwaczy jakiegokolwiek sensu ich egzystencji – mężczyzn.

GNIEW NASZ POWSZEDNI
Nie da się już jednak ich usypiać tanią rozrywką, tłustym jedzeniem, alkoholem i trawką. Zauważyli, że nie dla nich prawdziwe raje, bo te z natury rzeczy znajdują się w miejscach trudno dla nich dostępnych. Ich prace, jeśli je dostaną, będą powtarzalne i nudne, a przede wszystkim, słabo płatne. Ich ciała nie będą tymi z instagramowych fitnesowych profili. Ich żony, jeśli w ogóle je znajdą, raczej nie będą supermodelkami, gwiazdami porno czy influenserkami. Niewiele odłożą, a starość dopadnie ich, kiedy sypać się będzie system opieki zdrowotnej, z tym emerytalnym na dokładkę. Nie zajmą się nimi wówczas dzieci, bo dzietność spada w globalnej Północy w zatrważającym tempie. Tatuaż, kolczyk i otyłość brzuszna – to ich czeka z większych przygód. Mało który osiągnie coś więcej. A oczekiwania mają rozbudzone, łącząc sentyment za dawnym światem, z fantazjami, które czerpią w tym współczesnym.

Nie znajdą też pociechy we współczesnej gospodarce. Amerykański sen się skończył, a wraz z nim mit awansu od pucybuta do milionera. Mężczyzna, jeśli nie urodził się w odpowiedniej kaście, żadnej kariery nie zrobi. Pierwszego miliona ani nie zarobi, ani nie ukradnie. Pozostanie klasowo tym, kim się urodził – i to tylko, jeśli będzie miał szczęście. Wzrasta bowiem rozwarstwienie ekonomiczne i stale kurczy się klasa średnia. Elon Musk czy Donald Trump mogą nas zwodzić narcystycznymi opowieściami o własnej pomysłowości i obrotności, ale faktem jest, że bez majątku rodziców nigdy nie dotarliby tam, gdzie są. Ich baseballowe czapeczki, „luźny” język i pałaszowanie zestawów z maka mogą jeszcze jakiś czas pozwalać im skutecznie grać rolę swojaków – przaśnych i dosadnych „jednych z nas” – ale przydatność tych tricków do spożycia już się kończy.

Dlatego podskórnie wzrasta wśród mężczyzn napięcie, którego nie da się już spacyfikować za pomocą inkarceracji. Więzienia są pełne, czy to amerykańskie czy polskie. A gros więźniów to przecież mężczyźni. Kryminalizacja spraw błahych zamieniła nasze życia w eksperyment stanfordzki. Tymczasem lud żąda igrzysk – lud żąda kaźni. Wystarczy przeczytać sekcję komentarzy pod informacją o jakimś głośnym medialnie akcie, żeby dostrzec, jak bardzo łase na krew są osoby, które się w niej wypowiadają. Być może to tylko fantazje, ale zdaje się, że z badania ich podstaw uczyniliśmy sobie religię na psychoterapii. Dlaczego tu nie bierzemy ich na poważnie? Gdzie zmieścimy tych wszystkich uwięzionych mężczyzn? Co zrobimy z tą nieszczęsną nadwyżką? Ilu jeszcze potrzebować będziemy policjantów? Ilu katów? Jak długo da się jeszcze uprawomocnić tę kryminalizację?

RESTYTUCJA PRZEZ APOKALIPSĘ
Alternatywa jest jednak niezbyt wesoła. Jeśli „humanitarna” opcja uwięzienia zawodzi – nadchodzi czas wielkiej „maszynki do mięsa”. Najbardziej niebezpieczni są bowiem ci, którzy swoje fantazje ubierać lubią w mundur. Świadomi, że w feminizującej się kulturze to męska agresja jest najbardziej wypieraną i demonizowaną emocją; zamiast jej unikać, postanawiają popłynąć w nią pod pełnymi żaglami. W jej ubóstwieniu, mają nad większością kobiet pełną przewagę. Wojna to bowiem od wieków żywioł zdecydowanie męski. Związane z nią kody i zwyczaje, prawa i hierarchie i ich wszystkich bardzo długie trwanie, pozwalają szybciutko wrócić w koleiny heroizmu i śmierci. Te zaś ze sobą splecione sprzedają mężczyznom w sekularyzującym się świecie fantazje o życiu, może i ciężkim i krótkim, ale wprost ociekającym od sensu jedności i siły, mocy i walki, śmierci w błocie, ale za sprawy od nas tysiąckroć większe – Boga, Naród, Ojczyznę, w nagrodę dając chwałę i sławę, choćby tylko w pieśni. Nie ma to nic wspólnego z realiami wojny, ale nie da się ukryć, że bardziej niż Remarque czy Aleksijewicz, narrację przejmują aktualnie w tej materii Mishima i Jünger.

Tymczasem, istniejący pięć tysięcy lat w różnych emanacjach – od koryosów, przez templariuszy po freikorpsy – praindoeuropejski wzorzec Männerbundu, bractwa wojowników, na naszych oczach się rozpadł. Ostały się z niego chuligańskie harce, zorganizowane grupy przestępcze, żołnierze Chrystusa i samozwańczy umundurowani „milicjanci” – „rodacy”, „kamraci”, „patrioci” i „obrońcy”. Wszystko to jak na razie jest na szczęście bardziej farsą niż tragedią. Niezależnie, na ich bazie rodzą się jednak akceleracjonistyczne z ducha fantazje o restytucji „dawnego raju” poprzez apokalipsę. Gdy bowiem grzmieć zaczynają armaty, dziwnie niewiele kobiet biegnie przebrać się w mundur. Tymczasem szeregi „mobików” wszelkich Donbasów tego świata zasilają chętnie najróżniejsi szukający sensu w przemocy i ideologii mężczyźni. Listonosze i rekonstruktorzy, nauczyciele i kierowcy, kibice i doktoranci – gdy tylko dać im sens i kierunek, odkrywają, że nie ma jak armia. Tu bowiem znów mężczyzna jest bohaterem, choćby tylko w opowieści. Smutna praktyka dopiero ich spotka. Obcięte kończyny, PTSD i płytki grób na polu walki. Jednak na początku tej opowieści są raczej w filmie akcji, książce historycznej. Grają w Counter Strike’a. Na początku tej opowieści są w końcu kimś, zmieniają historię.

Cała ta zabawa nie wydarza się jednak przypadkiem. Gdzieś musi bowiem trafić ta „nadwyżka” mężczyzn, już przecież zupełnie niepotrzebnych – ani do pracy, ani do prokreacji. Ich smutek i złość muszą zostać gdzieś rozładowane. Czy będzie to wojna, czy czysto fantastyczna „obrona granic” przed „zalewem” „obcych” – nie ma większego znaczenia. Ich czas i energia muszą zostać jakoś zagospodarowane. Byleby nie skierowali jej przeciwko wąskiej warstwie, do której spływają realne zyski. Profity bowiem z całego tego systemu zbierają tylko najzamożniejsi, „ci, co kiedyś pluli najdalej, i śpiewali / najgłośniej, co odpisywali na sprawdzianach”. To oni uruchamiają maszynerię produkującą mięso armatnie. Tryby gospodarki dobrze smaruje krew, a krew męska jest tu smarowidłem wykorzystywanym najczęściej. Nie ma się co łudzić, że akuratnie nas to ominie. Prędzej czy później Mars upomni się i o nas.

NIESPECJALNIE ATRAKCYJNE ALTERNATYWY
Sprawa zdaje się być przegrana już na wstępie. Psychoterapia, która mogłaby pomóc mężczyznom się odnaleźć, jest droga i mało dostępna. Tylko klasie wyższej może się zdawać, że temat ten jest tak powszechnie znany i lubiany, że aż nudny. Spotkania są drogie, a terapia na NFZ to dla większości bajki. Podobnie zresztą wizyta u psychiatry. Nie dość, że dla wielu blokadą jest tu cena, to jeszcze etykietką „świra” szafuje się nader łatwo i często. Masz depresję – jesteś „słaby”. Masz ADHD, jesteś „dziwny”. Masz schizofrenię, jesteś „grubo jebnięty”. I tak można by lecieć przez temat bez końca. Istniejące ciągle dawne wzorce męskości są tu kulą u nogi, a nie są w stanie przynieść żadnej ulgi. Podobnie religia napełnia nas ciągle poczuciem winy za czyny zwykłe i banalne, ale nie jest w stanie podać pomocnej dłoni. Ojcowie mogą jeszcze psuć nam humor, ale ich scenariusz życia nie jest nam dostępny. Można więc konserwować przeszłość i kąpać się w niej dyskursywnie, lecz w żaden sposób nie zmyje to z nas znoju dnia powszedniego, nie zdejmie ciężaru, nie przyniesie ulgi. Duchy dawnych praw i dni mogą nas co najwyżej przestraszyć i zmęczyć.

Alternatywne narracje zdają się dziś niezwykle mało dla mężczyzn atrakcyjne i dostępne. Być może dlatego, że w przestrzeni publicznej często konstruują je kobiety. Może i pełne dobrych intencji, ale mimowolnie w tym kontekście dość mocno opresyjne. Cóż bowiem innego robią, jak nie womansplainują nam męskość? Budują model, który wynika z ich oczekiwań, ale jest przecież opowieścią konstruowaną z zewnątrz. Mają więc mężczyźni móc płakać i się przytulać. Powinni mówić o uczuciach z łatwością i regularnie. Agresja, nawet ta w sporcie, jest trefna. Wszystko to jest sprzeczne z całymi wiekami socjalizacji mężczyzn. Nie żeby byli oni z natury niezdolni do takich postaw i relacji, ale wybierając tę sztancę, mierzyć się muszą nie tylko z własnymi przyzwyczajeniami i wdrożonymi w ich wychowaniu normami, ale z całym pozostałym światem męskim.

Nowa męskość słyszy o sobie wówczas od reszty mężczyzn regularnie, że jest „frajernią”, że „zostanie przez babę wydymana”, że „jest ciotą”, że „nie ma jaj” i że „jest śmieszna”. Z drugiej strony ma jednak brać na siebie – wobec kobiet, dzieci, zwierząt, przyrody, homoseksualistów, krain skolonizowanych, wyzyskiwanych i tak dalej – wszelkie winy tych, którzy nią pogardzają i robią w męskości tę samą ciemną robotę, która była robiona w niej zawsze. Zbiera więc cięgi za „kulturę gwałtu”, za molestowania i mobbing, za dyskryminację i „męskie spojrzenie”, za przemoc domową i nierówne pensje. Wybór tej ścieżki jest więc drogą przez mękę. Nie dość, że musi się przecierać szlaki, to jeszcze żeńska strona i fanatycy dawnego porządku zrobią tym pionierom dyskursywną ścieżkę zdrowia, że aż im odbiją nerki. Tylko naprawdę wytrwali wytrzymają ten ostrzał. A że nie będzie to liczne grono, to chyba oczywiste. Niewiele miejsca zostaje tu na dumę i zadowolenie z tego, kim się jest. I naprawdę ciężko jest się ciągle bić w piersi.

PŁYNĄC W MROK, BRNĄC W CIEMNOŚCI
Jeśli więc dalej będziemy traktować mężczyzn jak marudzące dzieci albo co gorsza uważać ich bolesne spazmy za naturalne dla etapu tracenia przywilejów, to spotka nas za to, jako społeczeństwo, bardzo bolesna kara. Kiedy bowiem zaprzeczaliśmy w ostatnim trzydziestoleciu jakimkolwiek innym problemom społecznym, one nie znikały, gdy udawaliśmy, że ich nie ma. Bardzo szybko swoje odpowiedzi na nie zaczynali konstruować prawicowi populiści. Niczego przy tym nie rozwiązali, bo nie o rozwiązanie owym politykom chodziło. Żerowali i żerują raczej na trwaniu problemów w zaognieniu, pozorują walkę z patologiami, by zaciskać pętlę na wolnościach obywatelskich, biorąc do tego w kieszeń publiczne pieniądze. Zresztą rozwiązanie owych problemów nie leży zupełnie w ich interesie. Chodzi im bowiem o trwanie tej walki, a nie jej zakończenie.

I już widać to w głosowaniach. We wszystkich krajach Zachodu to właśnie mężczyźni dominują wśród wyborców prawicowych populistów. Ci znaleźli język, którym sprzedają im swoje narracje. A prawdziwym „wielkim resetem”, który może zmienić naprawdę wszystko, jest właśnie wojna, w której – uwierzcie – to mężczyżni zwyciężą, niezależnie od tego, która strona tego konfliktu przyszłości wygra. Czy czeka nas więc globalna wojenna apokalipsa? Czy znów zagubieni mężczyźni dadzą się porwać szczurołapom z Hameln, tak jak to się stało w roku 1914? Czy patriotyczne pieśni poprowadzą ich raz jeszcze do okopów? To są pytania, które powinniśmy zacząć sobie stawiać. I komu służy to upuszczanie krwi? I czy rzeczywiście nie ma już alternatywy? Jeśli bowiem nie znajdziemy nowych narracji, które pozwoliłyby mężczyznom odnaleźć się w świecie gwałtownych zmian, jakie zachodzą w geopolityce, seksualności, estetyce i gospodarce, to czeka nas bardzo mroczna przyszłość, a kobiety – o wiele mroczniejsza.

Udostępnij

Przemysław Witkowski

jest adiunktem na Uniwersytecie Civitas; opublikował między innymi książki: Chwała Supermanom. Ideologia a popkultura (2017), Laboratorium Przemocy. Polityczna historia Romów (2020), Faszyzm, który nadchodzi (2023), Partia Rosyjska (2023). Był doradcą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego i członkiem gabinetu politycznego MKiDN. Od 2024 roku jest zastępcą dyrektora Instytutu Myśli Politycznej imienia Gabriela Narutowicza.