julia_holewinska.jpg

Julia Holewińska. Archiwum prywatne

By dramaty żyły

Z Julią Holewińską rozmawia Agata M. Skrzypek
Przedstawienia
29 kwi, 2022

Rozmawiamy dziś o konkursie dramaturgicznym Aurora, do którego nabór kończy się już za dwa tygodnie.

Już za dwa? Szybko!

Może w takim razie przypomnijmy osobom, które jeszcze nie wysłały swoich sztuk, jakie są założenia tego konkursu?

Aurora, Nagroda Dramaturgiczna Miasta Bydgoszczy, to konkurs skierowany do autorów i autorek, dramaturgów i dramaturżek z prawie trzydziestu krajów na północ, wschód i południe od Polski. Zbiorczo określamy je „Wschodem”, natomiast nie chodzi tu wyłącznie o państwa byłego bloku sowieckiego, ale o szeroko rozumiany tygiel kulturowy. Teksty można nadsyłać w języku polskim, angielskim, rosyjskim oraz od tego roku, a raczej w tym roku, ukraińskim. W zeszłej edycji spłynęło do nas prawie trzysta dramatów z szesnastu krajów. Główną nagrodą w konkursie jest pięćdziesiąt tysięcy złotych i piękna statuetka autorstwa Malwiny Konopackiej, a dla finałowych tekstów przewidziana jest publikacja w antologii. W tym roku – podobnie jak w poprzednim – wszyscy finaliści zostaną uhonorowani nagrodami ZAiKS, który jest partnerem konkursu.

Czy na podstawie zeszłorocznych zgłoszeń można powiedzieć, co we współczesnym wschodnim dramacie piszczy? 

Z pewnością nie to, że twórcy mówią jednym głosem! To byłoby niemożliwe przy prawie trzystu zgłoszeniach. Ale na przykład wśród tekstów rosyjskich, których otrzymaliśmy bardzo dużo, gatunkowo dominowały komedie bulwarowe i farsy. 

W tym roku nie dowiemy się, z czego śmieją się tamtejsi twórcy.

Postanowiliśmy wykluczyć Rosję spośród grona zaproszonych państw. To była trudna decyzja, okupiona awanturami, łzami i dyskusjami, bo wśród autorów i autorek rosyjskich z pewnością jest wiele osób, które sprzeciwiają się wojnie. Ale było dla nas oczywiste, że Rosja jako agresor wojenny, nie będzie miała prawa do udziału w Aurorze.

A inne motywy i tendencje w dramaturgii?

Chyba dwanaście tekstów było swojego rodzaju trawestacją wątku Medei. Zresztą jeden z nich, AntyMedea Lashy Bugadzego, znalazł się w finale. Wiele dramatów polskich dotyczyło rewizji Kościoła katolickiego, na pierwszy plan wysuwając postać księdza. Myślę, że po finałowej piątce widać, jak różnorodne tematy i estetyki były brane na warsztat. Dokonując tego wyboru nie mieliśmy jasno określonych kryteriów, które tekst musi spełniać, by zostać wyróżniony. Liczyło się to, żeby był dobrze napisany i mówił coś ważnego o świecie.

W tym sensie Aurora rzeczywiście trzyma rękę na pulsie, podobnie jak Teatr Polski w Bydgoszczy, który od zeszłego sezonu funkcjonuje też jako artystyczny azyl dla opozycyjnych artystów i z Białorusi, i z Ukrainy.

Wymyśliliśmy ten konkurs razem z Wojtkiem Farugą, pracując nad programem Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Chcieliśmy rozpocząć dyskusję o Wschodzie, zachęcić do przypatrywania się temu, co się tam dzieje, ponieważ w naszym mniemaniu Polska też jest jego częścią. Wszyscy autorzy i autorki finałowych sztuk zjawili się w zeszłym roku w Bydgoszczy i uczestniczyli w przygotowaniu szkiców scenicznych, które zorganizowaliśmy w ramach Festiwalu Prapremier. Dziś, czyli rok później, żyjemy już w zupełnie innej, wojennej, rzeczywistości, ale z autorami i autorkami nadal jesteśmy w kontakcie. Mikita Iłinczyk, opozycyjny białoruski dramatopisarz i laureat Aurory, rozpoczyna rezydencję w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, podobnie jak Lena Laguszonkowa, która w dramatycznych okolicznościach musiała uciekać z Ukrainy i jest teraz u nas. Użyję militarnej metafory: ten konkurs to był strzał w dziesiątkę.

Chcieliśmy rozpocząć dyskusję o Wschodzie, zachęcić do przypatrywania się temu, co się tam dzieje, ponieważ w naszym mniemaniu Polska też jest jego częścią

Mówi pani, że jury nie oceniało tekstów według żadnych konkretnych kryteriów, tymczasem ja gdzieś uwewnętrzniłam w sobie przekonanie, że na Aurorę najlepiej nadsyłać utwory o zaangażowanej tematyce społecznej. Przestrzeliłam?

Tworząc założenia konkursu, który, mam nadzieję, będzie się rozwijał w kolejnych edycjach, celowo nie czyniliśmy ścisłych założeń. Teksty mają traktować o współczesnym świecie, ale w jaki sposób to będzie podane, to otwarta sprawa. O współczesności można przecież mówić poprzez historię. Albo komedię. Bardzo trudno jest napisać dobry tekst komediowy, coś o tym wiem!

Mimo to żadna rosyjska sztuka komediowa nie załapała się na finał.

One w dużej mierze nie były dobre literacko. Ja oczywiście mówię i czytam dobrze po rosyjsku, ale to Agnieszka Lubomira Piotrowska i Davit Gabunia – pozostali członkowie jury – dokonywali pierwszego odsiewu tekstów w tym języku. Komedie odpadły, bo faktycznie nie były zbyt błyskotliwe językowo, co nie oznacza, że nie podjęto w nich żadnych tematów.

W takim razie jak odróżnić dobrze napisany, pionierski tekst dramatyczny od nieudanego eksperymentu?

To jest bardzo trudne pytanie, bo przecież ja sama, choć jestem autorką dwudziestu tekstów dramatycznych, dramaturżką i od sześciu uczę studentów pisania dramatu, tego nie wiem. To, że znalazłam się w jury Aurory wynikało z pewnego pragmatyzmu: musieliśmy po prostu tę nagrodę postawić. Mieliśmy z Wojtkiem pół roku na stworzenie międzynarodowego konkursu z noblistką na czele kapituły! Nie uważam się za największy autorytet w ocenianiu tekstów. Podczas prac kapituły chętnie słuchałam najpierw tego, co mówią moi koledzy i koleżanki. Z ich debat wynikało, że dobry dramat musi mieć ciekawą historię i być dobrze napisany, ale jest to zawsze subiektywna ocena. Zawsze powtarzam moim studentom i studentkom, że ja ich nie nauczę pisać. Mogę jedynie intuicyjnie mówić, co na scenie zadziała, a co nie. Natomiast to, co sobie osobiście cenię w dramacie, to uczciwość w przeprowadzeniu tematu i warsztat – w znaczeniu posługiwania się wiedzą, umiejętnie przeprowadzony risercz i przełożenie tej wiedzy na język sceniczny. Wybór tej piątki był trudny, stąd też long lista. Jestem bardzo ciekawa, o czym będą pisać ludzie w tym roku.

Czyli to znaczy, że dotychczas wpłynęło mało zgłoszeń i stąd decyzja o przedłużeniu terminu naboru?

Nie, zrobiliśmy to ze względu na wojnę. Zdajemy sobie sprawę z tego, że sytuacja nie sprzyja twórczości, a wielu autorów i autorek ukraińskich jest teraz po prostu na froncie lub na emigracji. Możliwość nadsyłania tekstów po ukraińsku jest też ukłonem w ich stronę. Do kapituły dołączyła wspaniała artystka z Ukrainy, która pomoże nam w wyborze i ocenie tekstów w tym języku. Samych zgłoszeń jest już dużo, będzie ich pewnie jeszcze więcej, ponieważ autorzy i autorki najchętniej nadsyłają je w ostatnich dniach. W zeszłym roku listonosz przychodził do teatru z kopertami pięć razy dziennie, przeklinając nas pod nosem. W tym przyjmujemy teksty drogą mailową.

To dobra wiadomość dla wszystkich, którym zależy na dobrostanie lasów. Tradycja drukowania kilku egzemplarzy sztuki oraz obowiązek dołączania do zgłoszenia także wersji elektronicznej na płycie CD chyba nie znajdują dziś uzasadnienia.

To było nasze niedopatrzenie, za które biję się w pierś.

Dramaty to twardy orzech do zgryzienia, nie wiadomo, kiedy funkcjonują najlepiej, czy na scenie, czy tylko w wyobraźni, tymczasem zwycięski Dark Room Mikity Iłinczyka otwiera oryginalną ścieżkę performatywnej lektury. Przypomnijmy, że to tekst napisany „dla teatru lalek i sieci Internet”. Autor umieszcza w nim liczne linki, współrzędne, prowadzi czytelnika przez Google Maps, zostawia całe wypowiedzi w języku i piśmie birmańskim, które trzeba zeskanować, bo przecież nie przepiszemy tych słów bez odpowiedniej klawiatury. Jedną stronę można „czytać” kwadrans, choć właściwie więcej tam interakcji z telefonem, niż tradycyjnie pojmowanej lektury.

Tak, Dark Room cechuje nadzwyczajna odwaga. Mamy tu do czynienia ze zrównaniem obrazu z zapisem tekstowym, wykraczaniem poza tradycyjne ramy. Gdy czytałam ten tekst, miałam poczucie, że ja bym tak nie umiała. Zdradzę tajemnicę alkowy, że reżyserzy i reżyserki zaproszeni do przygotowania szkiców scenicznych trochę się go bali. Byli nim zainteresowani, ale z zastrzeżeniem: „czy ja temu podołam?”, ponieważ to zupełnie nowy język, zupełna dezynwoltura Mikity. Już się nie mogę doczekać tego, co powstanie jesienią, gdy będzie pracował nad swoim nowym tekstem z aktorami w TPB.

Podoba mi się też, że Dark Room uwzględnia naszą współczesną percepcję. Myślę, że nie ja jedna regularnie przerywam lekturę, by spojrzeć w telefon, a tego dramatu po prostu nie da się czytać bez podłączenia do sieci.

To przysporzyło też sporo trudności tłumaczowi i redakcji, musieli zorganizować swoją pracę wokół innych niż zwykle kwestii edytorskich i językowych. Ja wróżę temu tekstowi ogromną karierę, podobnie jak i autorowi. Gdy odbierałam Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną, która całkowicie zmieniła moje życie zawodowe, miałam dwadzieścia siedem lat. W tym samym wieku jest teraz Mikita. Czuję, że oddaję to dobro, które kiedyś sama otrzymałam.

Czy wie pani, jakie są dalsze losy innych dramatów wyróżnionych w Aurorze? Czy ten konkurs pomógł wejść im w obieg teatralny?

Tak, razem z Dark Roomem swoje czytanie performatywne w Teatrze Dramatycznym w Warszawie miała też AntyMedea. Lashy Bugadzego. Matka Gorkiego Leny Laguszonkowej też miała swoje czytanie – w Teatrze Śląskim. Mikita i Lena pracują nad wspólnym tekstem, co – w okolicznościach wojny – wydaje mi się niezwykle cenne i w pewnym sensie wzruszające.  Poza tym dramaty są tłumaczone także na inne języki. Tekst Tijany Grumić ma być wystawiany w Gruzji. Do naszego teatru wpływają prośby o udostępnienie tekstów, a niektóre miały już swoje realizacje. Celem stworzenia long listy było zresztą to, by dramaty zaczęły krążyć w obiegu teatralnym. I tak, Aurora rzeczywiście rezonuje.

Moją uwagę zwróciły też burzliwe losy najnowszego utworu Leny Laguszonkowej Mój sztandar zasikał kotek.

Ten tekst nadesłany został na konkurs już w czasie wojny. Lena kończyła go w schronie. Został przetłumaczony, ukazał się w „Dialogu” 1 i miał swoje czytanie sceniczne w reżyserii Klaudii Hartung-Wójciak w Bydgoszczy. Niebawem tekst będzie czytany w TR Warszawa.

To chyba nieczęsta praktyka, by prezentować tekst, który dopiero stanie w konkursie w szranki z innymi. To ciekawe, że Aurora, instytucjonalny, duży konkurs, rozszczelniła swoją formułę, by zareagować na to, co się aktualnie dzieje.

Aurora niczego niepotrzebnie nie utajnia, nie wymagamy godła, chcemy, by dramaty żyły i krążyły. Nie żądamy wyłączności na wyróżnione teksty. Mamy poczucie, że wykluczanie wcześniej zainscenizowanych dramatów jest koszmarem, bo autorzy często piszą na konkretne zamówienie. Jeśli później nie mogą korzystać z tego tekstu dalej, jego żywot staje się bardzo krótki – wystawiony raz i do widzenia. Jestem przeciwna realizowaniu współczesnych dramatów tylko raz, przeciwna myśleniu, że w teatrze liczy się tylko to, co nowe i jeszcze bardziej aktualne. A jednocześnie mamy przecież trzecie i trzydzieste wystawienia klasyków. W zeszłym roku w finale znalazła się Autobiografia na wszelki wypadek Michała Buszewicza 2, która wcześniej miała swoją premierę. Jako dramatopisarka zawsze będę bronić stanowiska, że teksty muszą żyć. Czasem warto się zatrzymać i recyklingować to, co już istnieje. To tyczy się także dramatów. Wiąże się z tym jeszcze jedna sprawa. Razem z Wojtkiem postanowiliśmy zaprosić do tworzenia szkiców scenicznych reżyserów z dorobkiem, mimo tego, że często czytania proponuje się studentom lub świeżo upieczonym absolwentom wydziałów reżyserii. Uznaliśmy, że tak świeże teksty potrzebują doświadczonego oka. Co więcej, coraz częściej zdarza się, że uznanych reżyserów nikt już do czytań nie zaprasza, a to przecież bardzo ciekawa forma teatralna, w której można sobie na wiele pozwolić.

Jestem przeciwna realizowaniu współczesnych dramatów tylko raz, przeciwna myśleniu, że w teatrze liczy się tylko to, co nowe i jeszcze bardziej aktualne. Jako dramatopisarka zawsze będę bronić stanowiska, że teksty muszą żyć

To miał być wywiad zachęcający do nadsyłania zgłoszeń na Aurorę, ale ja się wciąż zastanawiam nad tym, czy pisanie dramatów w ogóle ma sens. Mały odsetek spośród tych, które są publikowane, ma szansę na realizację w teatrze.

Pod tym względem w prozie jest jeszcze gorzej: sporo napisanych powieści nigdy nie opuszcza szuflady. Myślę, że sama publikacja to już jakieś światło dzienne dla dramatu, zwłaszcza, że tutaj można działać od razu na dwóch polach, teatralnym i filmowym. Bo coraz więcej dramatów trafia też z filmu, podobnie jak scenariusze filmowe przechodzą do teatru. Jako dramatopisarka i inicjatorka konkursu dramaturgicznego głęboko wierzę, że to ma sens. Z rozmów, które odbywam, często wynoszę wrażenie, że teatr już się przesycił tekstami pisanymi na scenie. Ja osobiście już kiedy słyszę, że scenariusz ma być pisany w improwizacjach czy przez aktorów, tracę ochotę na oglądanie spektaklu. Oczywiście, jest to praktyka uprawiana również w teatrze, który współprowadzę i nie zamykam się na nią, ale wierzę, że wciąż wiele można opowiedzieć dramatem.

Moje wątpliwości wynikają też z tego, że obserwuję zjawisko kapitalizacji tematów społecznych przez organizatorów konkursów na dramat. Polega ono z grubsza na tym, że gdy w świecie wydarza się coś interesującego lub ważnego, od razu pojawia się „call for drama”. Mnie takie inicjatywy od razu dystansują i odbierają przyjemność ze znalezienia w sobie autentycznej potrzeby podjęcia tematu. Ciekawi mnie, co pani o tym myśli.

Cóż, sama wzięłam udział w jednym z tego rodzaju konkursów. ZAIKS i Program 2 Polskiego Radia zapraszali do stworzenia słuchowiska poświęconego muzyce. Ale rzeczywiście, rynek nie udźwignie stu dramatów o aborcji, powstaniach śląskich czy Dębie Bartku. Dlatego my nie zdecydowaliśmy się na narzucanie tematu. Oczywiście, sam Festiwal Prapremier, którego częścią jest Aurora, ma swoje idiomy, w zeszłym roku było to „Odzyskiwanie”, w tym „Oświecenie”, a w przyszłym „Pole walki”. Ale nie wyobrażam sobie, bym miała teraz czytać kilkaset tekstów o oświeceniu – choć uważam, że nigdy się nie zrealizowało w Polsce – bo chyba umarłabym z nudów. To rzeczywiście bardzo kapitalistyczne myślenie: potrzebujemy tekstu, wy piszcie, my wam nic nie zapłacimy, ale wybierzemy jeden. To jest niedobre, Aurora tak nie robi i nie będzie robić.

Do tej pory to hegemoniczna Gdynia decydowała o tym, który dramat jest najlepszy w kategorii: „tak ogólnie”. 

Jako beneficjentka Gdyni nie powiem złego słowa o Gdyńskiej Nagrodzie Dramturgicznej. Ale widzę, co się dzieje, gdy laureaci stają się „autorami jednego dramatu” i idą do muzeum. Przypadek Joli Janiczak pokazał, że da się dwa razy wygrać. To bardzo dobrze! Zresztą uważam, że konkursy są potrzebne choćby dlatego, że dają autorom szansę na duże pieniądze (których w teatrze raczej nie ma) oraz na zaistnienie w obiegu, bo osoba bez nazwiska nie przebije się do niego inaczej. A teatr ma wtedy możliwość wyłowienia kogoś, kto nie jest jeszcze znany. To obopólna korzyść.

Z drugiej strony, prócz nowych nazwisk trzeba też dobrych okazji do pracy dla osób już teatr tworzących, ale może nie na wyżynach prestiżu czy rozpoznawalności. Przecież tylko największe nazwiska mają gwarancję ciągłości zatrudnienia i widzialności.

Ale wydaje mi się, że my nie mamy dziś takich dużych nazwisk w dramacie, które, jak kiedyś Mrożek czy Różewicz, funkcjonowałyby w mainstreamie. Więc co robić – trzeba pisać. Dramatopisarz ma pisać.

  • 1. Druk. w numerze 3/2022.
  • 2. Druk. w „Dialogu” nr 3/2021.

Udostępnij

Julia Holewińska

Dramatopisarka, zastępczyni dyrektora ds. programowych Teatru Polskiego w Bydgoszczy, członkini Kapituły AURORY. Nagrody Dramaturgicznej Miasta Bydgoszczy.

Agata M. Skrzypek

Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W „Dialogu” drukowane były jej sztuki Narzędzia ojca (nr 12/2019) oraz Na zaliczenie. Rewia udramatyzowana (nr 5/2021).