Kiedy powiedział, że odchodzi na emeryturę, kolejka rodziców jęknęła głucho. Był przecież mistrzem ceremonii, gdy tak stał z termometrem w drzwiach przedszkola. Każde dziecko witał po imieniu, mierzył temperaturę, pomagał zdezynfekować rączki i zaganiał do właściwej szafki. Z nowego rytuału, którego się obawialiśmy, zrobił zabawę – dzieci nie mogły się doczekać.
Jego teatr to były poranki, od szóstej do ósmej trzydzieści. Potem jeszcze otwierał drzwi spóźnialskim, zamiatał, coś naprawiał, na pewno miał jakąś robotę, ale po południu już go nie było. Najtrudniejsze zadanie spadało na... czytaj więcej




