zrzut_ekranu_2025-05-16_105909.png

Paweł Demirski "W imię Jakuba S.", Teatr Telewizji, 2025, reż. Paweł Demirski.

Teatr Telewizji: tego jeszcze nie grali

Magda Piekarska
W numerach
16 Maj, 2025
Kwiecień
2025
4 (818)

Kiedy trzynaście lat temu na scenie Teatru Polskiego Marzena Sadocha i Michał Kmiecik przygotowali performans zatytułowany Czy pan to będzie czytał na stałe?, spektakl-protest skierowany wobec nierozumiejących potrzeb instytucji kultury urzędników i polityków, adresata padających ze sceny zarzutów reprezentował na widowni Radosław Mołoń, dolnośląski marszałek. Mógł nie czytać kontekstów i nie wiedzieć, że słowa, które ze sceny kierował do niego Jakub Giel

Chcę bawić się z tobą w chowanego i pożyczać ci moje ubrania i mówić ci, że podobają mi się twoje buty i siedzieć na schodach kiedy się kąpiesz i masować ci kark i całować ci stopy

napisała Sarah Kane i że pochodzą z jednego ze spektakli emblematycznych dla najnowszej historii wrocławskiego teatru – Oczyszczonych w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Ale jakieś pojęcie o teatrze miał.

Siedzieliśmy obok siebie, więc w oczekiwaniu na rozpoczęcie przedstawienia ucięliśmy sobie pogawędkę. Przyznał w niej, że akurat widzem Polskiego jest po raz pierwszy, ale kilka lat wcześniej był w Legnicy, grali coś na blokowisku, i to było nawet ciekawe. Tłumaczył, że podlegają mu i niepełnosprawni, i kultura. I że nie może znać się na wszystkim. A jeśli chodzi o teatr, to najbardziej lubi Teatr Telewizji, ten z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych – zwłaszcza ZemstęŚluby panieńskie. To mu się podoba.

NAJWIĘKSZY TEATR ŚWIATA
Radosław Mołoń, tak się składa, że mój równolatek, to przedstawiciel jednego z ostatnich pokoleń, dla których Teatr Telewizji był nawet jeśli nie formatującym doświadczeniem, to mocno w edukacji kulturalnej obecnym. Można było nigdy nie zbłądzić przed żywą scenę, ale z teatrem miało się do czynienia wielokrotnie za pośrednictwem medium, które w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych było obecne w każdym polskim domu. Także rasowi teatromani spędzali poniedziałki, ten jeden w tygodniu dzień, kiedy teatry robiły sobie wolne, przed telewizorami. Oglądania spektakli Teatru Telewizji (i cotygodniowego pisania recenzji ze spektakli) wymagały co ambitniejsze polonistki.

Zemsta, ta w reżyserii Jana Świderskiego z 1972 roku i Śluby panieńskie Andrzeja Łapickiego z 1986, które oglądał dolnośląski marszałek, to tytuły ze Złotej Setki Teatru TV. Ale kto z roczników siedemdziesiątych nie zaczynał swojej przygody z teatrem na ekranie od Igraszek z diabłem Jana Drdy w reżyserii Tadeusza Lisa z 1979 roku? Komu nie odczarował trudnych początków przygody z literaturą staropolską Mikołaj Grabowski w Opisie obyczajów z 1990? Kto nie zaczynał towarzyskich spotkań od cytatu ze Scenariusza dla trzech aktorów Bogusława Schaeffera: „Nikodemie, czytałem Metafizykę Heideggera i nic nie zrozumiałem”. „Czytałeś ją uważnie?”, „Tak, ale nic nie zrozumiałem”, wypowiadanego w charakterystycznej manierze, z przeciąganiem samogłosek? Kto, mieszkając na odległej prowincji, nie spotykał się po raz pierwszy (a czasem i jedyny) z twórczością mistrzów – Erwina Axera, Zygmunta Hübnera, Konrada Swinarskiego i Tadeusza Kantora – właśnie za pośrednictwem ekranu?

To se ne vrati – wypadałoby westchnąć na te sentymentalne wypominki, i byłoby w tym sporo trzeźwej racji. Dekady największej popularności Teatru Telewizji i tego wspominanego z nostalgią wspólnego kodu kulturowego to czas ledwie dwóch kanałów telewizyjnych, które sprawiały, że premiera każdego z wcześniej wymienionych tytułów (i wielu, wielu innych) była zbiorowym doświadczeniem. Sukces, ten na miarę naprawdę światową, załamał się po transformacji. Choć trzeba przyznać, że równia pochyła, po której zjeżdżał Teatr Telewizji, widoczna w coraz węższym gronie publiczności, była stosunkowo długą prostą – jeszcze w 2008 roku, już sporo czasu po przemianie TVP w stację z mało wymagającym repertuarem telenowel i kabaretów, Szkołę żon w reżyserii Jerzego Stuhra oglądało milion czterysta tysięcy widzów, sześć lat później Rewizora w tej samej reżyserii – milion. Dziś połowa tego drugiego wyniku stanowi rekord oglądalności. A mimo że widownia generalnie topnieje (wzrostowy trend w ostatnim okresie należy traktować jako odbijanie się od absolutnego dna) i że „sky is the limit” w wynikach oglądalności można między bajki włożyć, to – zgodnie z  reklamowym hasłem, jeśli chodzi o publiczność – Teatr Telewizji wciąż pozostaje największym teatrem świata.

POSZERZANIE MARGINESU
Dziś – trzeba to powiedzieć jasno – transmisja 1989 Katarzyny Szyngiery, pokazy Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję Mateusza Pakuły czy Mianujom mnie Hanka, monodramu Grażyny Bułki to  sensacje, które rzadko przekraczają ramy internetowej bańki gromadzącej ludzi, którzy – zawodowo lub nie – interesują się teatrem. Po latach posuchy, kiedy za rządów PiS repertuar telewizyjnej sceny zdominowały „słuszne ideologicznie” propozycje i nazwiska (a „niesłuszne” dostały zakaz wstępu, który dotknął choćby Białego dmuchawca1 Mateusza Pakuły z Julią Wyszyńską w roli głównej), przyjście Michała Kotańskiego na stanowisko dyrektora Teatru Telewizji, to nie okazja do buńczucznych haseł w stylu „make Teatr Telewizji great again”, ale raczej do pracy u podstaw na rzecz poszerzania tego marginesu widzów zainteresowanych tą propozycją. A w kolejnym etapie, tym, który jeszcze nie nadszedł – może i do wymyślenia na nowo części związanych z Teatrem TVP formatów.

Z perspektywy widzów personalna zmiana obudziła nadzieje. Na powrót do jakości, ale też do dialogu między Teatrem TVP a tym, co wyznacza rytm i  wartość współczesnego teatru – ta  łączność za czasu rządów Prawa i Sprawiedliwości została ewidentnie zerwana. Michał Kotański wraz ze swoim zespołem zadbał o to, żeby na ekranach pojawiły się najważniejsze pozycje repertuarowe ostatnich lat – w tym, poza wymienionymi wcześniej, także Spartakus. Miłość w czasach zarazy w reżyserii Jakuba Skrzywanka (produkcja Teatru Współczesnego w Szczecinie), wyreżyserowana przez Katarzynę Minkowską w poznańskim Polskim Cudzoziemka z fenomenalną Aloną Szostak w roli Róży, Zapiski z wygnania, poruszający monodram Krystyny Jandy w reżyserii Magdy Umer albo – całkiem niedawno – Cząstki kobiety Kornéla Mundruczó i Matki. Pieśni na czas wojny Marty Górnickiej.

Ten program będzie kontynuowany – w  planach repertuarowych Teatru TVP pojawiają się między innymi wyreżyserowany przez Annę Smolar Melodramat z repertuaru warszawskiego Powszechnego, Zemsta w reżyserii Michała Zadary z Teatru Komedia oraz Cezary idzie na wojnę Cezarego Tomaszewskiego, a także reaktywowana specjalnie z tej okazji Wycinka w reżyserii Krystiana Lupy, która we wrocławskim Teatrze Polskim miała premierę w 2014 roku. Dwa lata później, kiedy dyrektorem Polskiego został Cezary Morawski, spektakle wyprodukowane za poprzedniej kadencji zaczęły spadać z afisza. Ten los oficjalnie nie dotknął Wycinki, ale jej ostatni wrocławski pokaz odbył się w listopadzie 2016, w ramach Olimpiady Teatralnej, i przebiegał w atmosferze wiecu przeciwko polityce nowej dyrekcji. Spektakl był później prezentowany za granicą, między innymi w Kanadzie, jednak za każdym razem jego twórcy musieli toczyć o te wyjazdy walki – dyrektor żądał od Lupy zmian w obsadzie, na co reżyser, ze względu na sposób pracy nad przedstawieniem, nie mógł się zgodzić.

Wycinka nie będzie zresztą jedynym powrotem do teatralnej historii, która wydawała się już zamknięta – jeszcze głębiej producenci Teatru TVP sięgną w wypadku brawurowego Kwartetu na czterech aktorów Bogusława Schaeffera w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, z Janem Fryczem, Andrzejem i Mikołajem Grabowskimi i Janem Peszkiem. Spektakl miał premierę w Teatrze Stu w październiku 1991 roku, czyli ponad trzydzieści trzy lata temu – nowa realizacja, której teatralną premierę zaplanowano na 17 marca, oznacza powrót na scenę aktorskiego kwartetu.

NADRABIANIE ZALEGŁOŚCI
Jednak w pierwszym sezonie to właśnie nie wycieczki w odleglejszą historię, ale nadrabianie zdecydowanie świeższych zaległości, czyli transmisje i rejestracje najważniejszych spektakli teatralnych ostatnich lat, rozgrzewały emocje widzów, którzy siadają przed telewizyjnymi (albo komputerowymi, bo udział odtworzeń poprzez platformę VOD znacząco wzrósł w ciągu ostatniego roku) ekranami. Część traktuje te projekcje jako powrót do ulubionych przedstawień, inni jako uzupełnienie zaległości, okazję do obejrzenia głośnych spektakli, których nie udało im się zobaczyć na żywo. Część tych propozycji rozgrzewa emocje (i  internetowe fora) do czerwoności – tak było z 1989, pokazywanym już w tym roku spektaklem Ale z naszymi umarłymi w reżyserii Marcina Libera na podstawie książki Jacka Dehnela albo z Jak nie zabiłem… – o ostatniej inscenizacji pisała – z zachwytem – między innymi Joanna Szczepkowska, a – krytycznie – na swoim profilu Zakonnica bez przebrania, czyli zakonnica-blogerka Benedykta Karolina Baumann, wyrzucając Mateuszowi Pakule plucie i oddawanie moczu na Kościół katolicki, a także – kompletnie ignorując osobiste doświadczenie, które stało się podstawą scenariusza – że nie odwiedził hospicjum księdza Jana Kaczkowskiego.

Bez wątpienia – pierwszy rok działania Teatru TVP pod dyrekcją Michała Kotańskiego jest artystycznym sukcesem. Pierwszym tego potwierdzeniem były nagrody przyznane w czerwcu ubiegłego roku, podczas dwudziestej trzeciej edycji Festiwalu Teatru Telewizji Polskiej i Teatru Polskiego Radia „Dwa teatry”, który po trzech latach przerwy (były prezes TVP Jacek Kurski przeniósł go do Zamościa) wrócił do Sopotu. Werdykt został zdominowany przez spektakle wprowadzone do repertuaru Teatru TVP przez Kotańskiego – Grand Prix przyznano ex-aequo twórcom 1989Zapisków z wygnania, nagrody aktorskie za role w Cudzoziemce dostali Alona Szostak i Michał Sikorski. Jedynym wyróżnieniem dla spektaklu zrealizowanego za poprzedniej dyrekcji była nagroda dla Arkadiusza Brykalskiego za rolę w Apetycie na czereśnie, wyreżyserowanym przez Annę Srokę-Hryń spektaklu muzycznym z tekstami Agnieszki Osieckiej (premiera we wrześniu 2023 roku). Można było dyskutować, czy udało się przenieść ten spektakl na ekran, nie tracąc jego siły (co okazało się możliwe między innymi w  wypadku Jak nie zabiłem… Pakuły, ale zdecydowanie w mniejszym stopniu przy Spartakusie Skrzywanka), ale koniec końców bilans całości okazał się pozytywny.

ZAGRAJ TO JESZCZE RAZ, SAM
Gorzej jednak z emocjami tak zwanego zwykłego widza, który w 2024 roku najbardziej lubił te piosenki, które zdążył już całkiem dobrze poznać. Największym przebojem ubiegłego roku w Teatrze TVP nie jest bowiem żadne z głośnych, nagradzanych albo budzących kontrowersje przedstawień, ale pokazane po śmierci Stanisława Tyma Rozmowy przy wycinaniu lasu z 1999 roku w jego reżyserii, które zebrały przed ekranami 481 tysięcy widzów. Barierę 400 tysięcy widzów udało się zresztą przekroczyć jeszcze jednemu archiwalnemu spektaklowi Teatru TVP – Namiętnej kobiecie z 2010 roku w reżyserii Macieja Englerta z Martą Lipińską w roli głównej. Dobry wynik miał też Deprawator Macieja Wojtyszki, przeniesiony z Teatru Polskiego w Warszawie, z Andrzejem Sewerynem, Wojciechem Malajkatem i Pawłem Kruczem – obejrzało go 370 tysięcy widzów. O takich wynikach nie ma mowy w wypadku spektakli Szyngiery, Pakuły czy Umer. Najpopularniejszą nowością nie był jednak wcale musical o kulisach polskiej transformacji (315 tysięcy widzów za pierwszym razem, 287 tysięcy przy powtórce) – usytuował się na drugim miejscu, za Miłością (323 tysiące), produkcją Teatru TVP wyreżyserowaną przez Błażeja Peszka, w której wystąpili Anna Polony i Jan Peszek. Ryzykowny pomysł rozbicia Pięknej Zośki w reżyserii Marcina Wierzchowskiego na dwie, prezentowane w tygodniowych odstępach części, przełożył się na sporą widownię (295 tysięcy przy pierwszej części, 221 przy drugiej). Wysoko w rankingu oglądalności stoją Zapiski z wygnania (283 tysięcy), Jak nie zabiłem… (267 tysięcy) oraz Powrót do Reims w reżyserii Katarzyny Kalwat (240 tysięcy).

Coś się jednak wyraźnie zmieniło pod koniec roku – produkcja Teatru TVP, czyli Wizyta starszej pani2 w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej z Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik przebiła szklany sufit, nad którym były już tylko wyniki zarezerwowane dla archiwalnych, tak bardzo kochanych przez publiczność spektakli – oglądało ją ponad 500 tysięcy osób. Więcej w ostatnich latach zgromadziły tylko Dziady. Śladami Adama Mickiewicza, produkcja z 2023 roku, w której trójce reżyserów (Jarosław Gajewski, Jarosław Kiljan i Magdalena Małecka-Wippich) udało się – przy wyborze trzech zaledwie scen z polskiego arcydramatu – zmieścić całą opowieść w zaledwie godzinie.

Jeśli chodzi o premiery za nowej dyrekcji, do magicznej granicy 500 tysięcy widzów udało się zbliżyć Grażynie Bułce z nagradzanym wielokrotnie monodramem Mianujom mnie Hanka śląskiego Teatru Korez w reżyserii Mirosława Neinerta, który zgromadził przed ekranami 459 tysięcy widzów. Ostrożnie można szacować, że dotychczasowy trend uległ odwróceniu i widownia po ulubionych piosenkach coraz chętniej sięga po nowe.

APETYT NA NOWE
Wyniki pokazują też, że spora część nowej lub nowo-starej widowni, wracającej do tej formuły po latach przerwy, robi to z pominięciem telewizji jako takiej – publiczność Teatru TVP oglądanego za pośrednictwem platformy VOD wzrosła najbardziej, czyli o 42 procent w roku 2024 w stosunku do roku poprzedniego, a jeszcze więcej (o 62 procent), jeśli wziąć pod uwagę okresy od maja do grudnia, kiedy repertuar zasadniczo się zmienił. Ale rośnie też widownia w tradycyjnych kanałach odbioru – w okresie maj-grudzień 2024 przybyło dwa i pół miliona widzów w stosunku do roku poprzedniego, co w  przeliczeniu na średnią widownię projekcji daje wzrost z 233 tysięcy do 284. I jest to uczciwy wynik, zwłaszcza jeśli zdamy sobie sprawę, w jakiej niszy się poruszamy i o ile każdy z poniedziałkowych seansów (nawet tych w TVP Kultura, gromadzących o wiele mniejszą niż TVP widownię – średnio 31 tysięcy) bije na głowę, jeśli chodzi o publiczność, jakikolwiek żywy teatr w Polsce.

Apetyt budzą plany Teatru TV na najbliższe miesiące, z uwzględnieniem „opakowania” telewizyjnych przedstawień. Oprócz cyklu „Postscriptum”, rozmów z twórcami po premierowych seansach, prowadzonych przez Grażynę Torbicką i  Agnieszkę Szydłowską, na odświeżonej stronie Teatru Telewizji pojawił się kolejny, z realizowanych w formie podcastów pogłębionych wywiadów prowadzonych przez dramaturga Jana Czaplińskiego pod hasłem „Inne ujęcie”. Teatr Telewizji organizuje też konkurs dramaturgiczny „Narracje nieobecne”. Trwa nabór tekstów do jego pierwszej edycji, której tematem jest pandemia COVID. Werdykt zostanie ogłoszony podczas Festiwalu „Dwa Teatry”, który potrwa od 27 do 30 czerwca w Sopocie.

Ale największą ciekawość budzi repertuar, a w nim subtelna zmiana akcentów, bo obok rejestracji i transmisji najciekawszych spektakli, będących w  repertuarach polskich scen, o których wspomniałam wyżej, coraz większego znaczenia nabierają znów samodzielne produkcje, do których zostali zaproszeni między innymi Paweł Demirski, dla którego będzie to debiut w Teatrze Telewizji, i Wojciech Smarzowski. Pierwszy z nich przygotuje telewizyjną inscenizację W imię Jakuba S.3. ze swoim tekstem, którego wersja z 2011 roku, w reżyserii Moniki Strzępki była jednym z najważniejszych spektakli poprzedniej dekady. W nowej, telewizyjnej wersji pojawią się między innymi Marcin Czarnik, Małgorzata Kożuchowska, Marta Malikowska i Jacek Poniedziałek. Z kolei Smarzowski wyreżyseruje Winnego na podstawie tekstu Stanisława Brejdyganta, z autorem w głównej roli. Jan Holoubek zrealizuje Biedermanna i podpalaczy Maxa Frischa, obsadzając w tytułowej roli Andrzeja Seweryna, a Krzysztof Zanussi – autorskie przedstawienie zatytułowane CV z Marcinem i Jędrzejem Hycnarami. Premiera Po co ten spacerek? w reżyserii Agnieszki Glińskiej, z Mają Komorowską mówiącą słowami polskich poetów, zainauguruje cykl widowisk poetyckich. Taki zestaw obiecuje intrygujący miks – do pewnego stopnia generacyjny i światopoglądowy, bardziej gatunkowy. Także jeśli chodzi o  temperaturę wypowiedzi artystycznych, którą z pewnością podniesie telewizyjny spektakl Demirskiego, na nowo, czternaście lat od prapremiery, wpisujący się w  niecichnącą debatę o ludowej historii Polski.

Warto zastanowić się nad możliwościami poszerzania pola odbioru – nowa strona Teatru Telewizji ma funkcje ułatwiające odbiór spektakli, z którymi – zwłaszcza w  premierowych terminach – telewizyjna platforma VOD miewała problem: transmisje startowały z opóźnieniem, a rozmowy w  „Postscriptum” bywały znienacka ucinane. Być może jednak ze względu na popularność platform streamingowych myślenie w  kierunku zakładki „teatr” na którejś z nich miałoby większy sens niż mnożenie wciąż jednak niszowych form odbioru? Bo choć trudno będzie mierzyć się telewizyjnej scenie ze współczesnymi władcami masowej wyobraźni, to warto zadbać o to, żeby zwyżkowy trend odbijania się od dna potrwał jak najdłużej, jakkolwiek żmudny i powolny miałby być.

Na pewno też niektóre z przenoszonych na ekran spektakli, te, które tracą na tym transferze – obok wymienionego Spartakusa w opinii wielu zaprzyjaźnionych widzek i widzów to także przypadek Ale z naszymi umarłymi – wymagają alternatywnej dla prostej rejestracji formy, która pozwoli zachować więcej ze specyfiki i temperatury przedstawienia, mówiąc inaczej – wymyślenia telewizyjnej wersji na nowo. Zwyczajnie szkoda ich potencjału, tymczasem w przypadku Spartakusa, opowieści o sytuacji młodych pacjentów szpitali psychiatrycznych, opartej na reportażach Janusza Schwertnera, pokazywanego poza VOD tylko na TVP Kultura, skończyło się na niezbyt zawrotnej, nawet w kontekście wyników tej stacji, grupie niespełna 15 tysięcy widzów. Szkoda, bo tytuł ten byłby w stanie uruchomić szerszą publiczną dyskusję, podobną do tej, która przetoczyła się (wprawdzie głównie przez internetowe fora) po telewizyjnym pokazie spektaklu Pakuły.

Wydaje się jednak, że jeśli chodzi o Teatr Telewizji, jego publiczność jest wciąż w stanie nienasyconego głodu – najciekawiej zrobi się, kiedy zaległości w  prezentacji dorobku polskich scen z ostatnich lat zostaną nadrobione i decyzje dotyczące transmisji i przeniesień trzeba będzie podejmować na bieżąco, bez pliku recenzji i wyników obrad jury najważniejszych festiwali. Co wtedy zatryumfuje? Skłonność do artystycznej prowokacji czy „teatr bezpieczny”, który nie konfrontuje widzów z tym, co dla nich niewygodne?

Ciekawa jestem też momentu, kiedy ławkę reżyserów i reżyserek odpowiedzialnych za nowe produkcje Teatru TV uzupełnią nowe pokolenia, zarówno te ze świata filmu, jak i  teatru – umówmy się, nawet nie wspominając o Zanussim, Glińska, Smarzowski, a nawet Demirski to  już nie są młodzi zdolni gniewni. Z  większą niecierpliwością niż na kolejne wyniki oglądalności czekam więc na telewizyjne teatralne produkcje Jagody Szelc, Agnieszki Smoczyńskiej, Anny Jadowskiej, Katarzyny Minkowskiej, Katarzyny Kalwat czy Agnieszki Jakimiak.

  • 1. Druk. w „Dialogu” nr 12/2008
  • 2. Druk. w „Dialogu” nr 9/1957.
  • 3. Druk. w „Dialogu” nr 6/2024

Udostępnij

Magda Piekarska

Dziennikarka, recenzentka, współprowadzi pasmo teatralne w Radiu Wrocław Kultura, publikuje na łamach kwartalnika „nietak!t ” i w portalu teatralny.pl.