zrzut_ekranu_2025-05-13_092925.png

Kabiny są otwarte
Love is blind ma jakieś sto milionów edycji i oglądałam niestety prawie wszystkie. „Niestety” jest nieprzypadkowo użytym słowem. Zażenowanie swoją postawą towarzyszyło mi przy oglądaniu każdego z odcinków i przy pisaniu każdej z linijek tego tekstu, co znacznie opóźniało proces jego powstawania. Trzeba jednak odwlekać moment publikacji, który dopiero odsłoni ten realny wstyd: wszyscy będą mogli zajrzeć do miejsca, które zna jedynie algorytm Netfliksa, wierny towarzysz intymnych pragnień. I można mi wtedy skutecznie zarzucać hipokryzję, przecież często zwracam uwagę na miałkość tematów, którymi się zajmujemy, a właśnie wezmę na warsztat sprawy naprawdę niegodne człowieka zaangażowanego. Z drugiej strony, eksponowanie tego wstydu w dzisiejszym świecie wygląda na gwiazdorzenie, skoro telewizja streamingowa towarzyszy naszej codzienności częściej niż niszowa poezja, a funkcjonowanie w kołowrotku późnego kapitalizmu i nadciągającej apokalipsy wyrzuca nas często na obszary ciemne i wywołujące poczucie obcości. Wychowałam się jednak w uniwersum, w którym reality show było nie tylko niegodną rozrywką dla aspirującego intelektualisty, ale też po prostu wymagało jednoznacznego moralnego potępienia. W Podcastexie analizującym pierwszą edycję Big Brothera autorzy śmieszkują z oficjalnego listu protestujących przeciwko TVN-owi, a ja wspominam, że podejście ówczesnych sygnatariuszy było mi bliskie: film i lektura Orwella były typowymi przeżyciami formacyjnymi dla nastolatki. Eksperymenty z przesuwaniem granic pomiędzy życiową, a telewizyjną kreacją uznawałam za mocno podejrzane.
Ale już wtedy nie okazałam się od nikogo lepsza i zamiast poświęcać każdą minutę książce profesora Waleckiego, dałam się tej rzece porwać i kibicowałam śmiechowi Manueli, chociaż niestety wygrał Janusz, jak to bywa w Polsce. W każdym razie, przyznaję, marnotrawiłam swój cenny czas na te, mało sensacyjne, za to naprawdę trudne do oglądania dłużyzny.
Reality TV wygląda z mojej perspektywy najczęściej jak połączenie kolonii zuchowej z repertuarem wodzirejskim polskiego wesela: bohaterowie są na siebie skazani, przebywają w niewielkiej przestrzeni, nie mają telefonów, spędzają czas albo na naprawdę absurdalnych rozmowach, albo na dziwnych, wymyślanych przez produkcję konkursach: wyścigi w workach, piosenki o deszczu, robienie jajecznicy na czas. Ten rodzaj nudy może nawet bywać wciągający, ale raczej tylko dla uczestników w realnym czasie trwania. Bywa nieciekawy już w zapośredniczonych sprawozdaniach, kiedy na przykład próbujemy opowiedzieć koleżance, co zabawnego działo się podczas obierania ziemniaków na obozie harcerskim. Utrwalony telewizyjną kamerą staje się najczęściej po prostu nieznośny. Mimo to – patrzymy – właśnie na to chcemy patrzeć.
Ani następna edycja Big Brothera, ani wysyp kopii tych programów, w których producenci starali się wymyślić tak zwane „naddatkowe cokolwiek”, umieszczając we wspólnej, ograniczonej przestrzeni różne grupy: biednych i bogatych, łysych i blondynki, czterdziestki i dwudziestki, patocelebrytki – zupełnie mnie już jednak później nie przyciągały. Może dlatego, że uczestnicy coraz mniej przypominali Gulczasa czy Monikę Sewioło, a coraz bardziej po prostu wygenerowane przez AI manekiny. Przez wiele lat, od czasu pierwszej edycji (nie licząc streamingów z komisji sejmowych czy kamerki ukrytej w gnieździe sokołów) stroniłam od reality shows. I pewnego dnia, w poszukiwaniu łatwej dopaminy, odpaliłam akurat Love is blind.
Love is blind założenie ma, powiedzmy sobie, pachnące Odwiecznym. Pochyla się bowiem nad jedną z największych tajemnic ludzkości: procesem zakochania i powodami, dla których ludzie łączą się w pary. Na oczach kamer wyznacza też, nie gorzej od Platona, granice pomiędzy ciałem a duszą, skoro początkowo odizolowani bohaterowie w specjalnych kabinach słyszą tylko swoje głosy. Mogą zobaczyć siebie nawzajem dopiero w przypadku, kiedy jedna ze stron się oświadczy i zostanie przyjęta. To może być konfrontacja dość przykra, generująca liczne dramaty, kiedy to bohater nosi kolczyk, ma nie ten kolor włosów, czy po prostu nie pasuje do wygenerowanego przez godziny w kabinach obrazu w głowie. Potem: krótkie wspólne wakacje w luksusowym kurorcie, następnie mieszkanie razem w wyizolowanych warunkach, ale już z ekranami telefonów i ślub po sześciu, siedmiu tygodniach od rozpoczęcia eksperymentu. Przed ołtarzem można przed oczami kamer powiedzieć „tak” lub – co bardzo istotne – „nie”. I wierzcie mi, pierwszą edycję obejrzałam z ciekawości, a już drugą głównie dlatego, że za pierwszym razem nie byłam w stanie domyślić się po montażu, która z par faktycznie weźmie ślub. To może niekoniecznie dobrze świadczyć o prawdziwej dramaturgii napięć pomiędzy uczestnikami, za to doskonale świadczyć o typie produkcji, na który łatwo się nabiera ktoś taki, jak ja.
Można zarzucać programowi oczywiście te wszystkie rzeczy, które już od lat im zarzucamy, więc miejmy to szybko za sobą. Reality shows, zwłaszcza takie o uczuciach, w ordynarny sposób korzystają z naszych najgorszych odruchów, zacierają granicę pomiędzy ludzkimi emocjami i inscenizacją, mamią nas obietnicą bajkowego rozwiązania albo satysfakcji z oglądania porażek, napędzają naszą skłonność do odczuwania wyższości wobec innych. Kreują nowych, niekoniecznie potrzebnych bohaterów mediów społecznościowych, a nie prawdziwe historie. Pokazują ludzi przebranych w piękne ubrania (w amerykańskiej edycji przez kilka sezonów bohaterki nosiły ten sam rodzaj obcisłej satynowej sukienki) a jednocześnie udają, że chodzi nam wszystkim o Wnętrze człowieka. A do tego wszystkiego: utrwalają też naprawdę konserwatywne w naszych czasach przekonanie, że ślub heteroseksualnej pary to jedyne szczęśliwe zakończenie, na jakie zasługujemy w życiu.
Nie jesteśmy już przecież tacy głupi. Nawet jeśli nie czytaliśmy książek Evy Illouz o tym, że romantyczny model miłości został utowarowiony, a poczucie sukcesu uzależnione od pozostawania w postrzeganej jako spełniona relacji, to znamy chociażby terapeutyczne rolki na Instagramie. Z nich wynika coraz częściej, że miłość to decyzja, a nie jakieś tam czary, a tak naprawdę to zanim się zakochasz, idź na terapię i rozwiąż testy na temat swoich stylów przywiązania. A tu proszę, lewicowo zorientowana publicystka przyznaje się, że ogląda program, który wygląda jakby został wymyślony w co najmniej Polsce – prawdziwy sukces to nie tylko więź z innym, ale też dopełnienie rytuału: przedstawienie partnera rodzinie, biała suknia z koronkami, ceremonia z dobranym kolorystycznie kwieciem.
Może po prostu to wszystko z ciekawości: czy da się zainscenizować właśnie ten proces? Skoro bowiem miłość to decyzja: tak lub nie, Love is blind pochyla się głównie nad jej fenomenem, który faktycznie może łączyć tak zwane „życiowe prawdy” z prawdą ekranu. Zakochanie zakochaniem – zdaje się mówić show – ale powiedzmy sobie szczerze, ważniejsze jest uzgodnienie profili politycznych i stylu życia: co zrobić, żeby polubić wspólne psy, jaką wybrać antykoncepcję, czy da się żyć we wspólnym domu z kimś, kto nie lubi zdrowych przekąsek albo nic nie mówi w ciągu dnia.
Love is blind funduje nam rollercoaster emocji; najpierw należy rozwiązać czechowowskie trójkąty z kabin, w których mimo iż nikt nie widzi wybranka, ale każdy widzi rywalki, wymienia przez ścianę traumatyczne historie, listy, a nawet prezenty: symboliczne i te, pozbawione tej mocy (jak majtki Polki, która wzięła udział w szwedzkiej edycji). Niewielu potrafi zdecydować, w kim zakochał się bardziej. Miłosne spotkania bez udziału mowy ciała, a z udziałem kamer, bywają interesującym rodzajem przedstawienia wymuszającego inny rodzaj autoprezentacji, nierzadko wykorzystującej emocjonalny szantaż, łzawe historie z przeszłości, które – przysięga bohater – „opowiadam tylko tobie i nikt wcześniej ich nie usłyszał”.
Wszystko kończy się łzami, oświadczynami i eliminacją tych, którzy z tej układanki odpadną. Potem bohaterowie muszą skonfrontować się ze swoim i cudzym ciałem, a zobaczenie na żywo osoby, której przez ścianę wyznawało się miłość, planowało aparaty ortodontyczne dla przyszłych dzieci, śpiewano ballady gitarowe, rozmawiano o wysokich progach duchowości: bywa momentem zapalnym i czasami nawet kończącym eksperyment.
A kiedy nawet rozwiążemy i tę sytuację – chociaż wahanie i niemożność dopasowania w głowie głosu do ciała może trwać niekiedy aż do ostatecznego „tak” (lub „nie”) – musimy borykać się z piekłem wspólnych wakacji w kurorcie, kurorcie piękniejszym od tych w Białym Lotosie. Gdy już mija i to, bohaterowie dostają telefony, a w nich same problemy: byłe dziewczyny, mroczne historie z przeszłości. Później z jakiegoś powodu również bohaterowie muszą spotkać się z rodzinami, a przynajmniej znajomymi: matkami przeciwnymi i nieufnymi, wspierającym rodzeństwem, różnymi religiami i zawartościami szaf. Pokonawszy te wszystkie trudności, bohaterowie najczęściej mówią „nie”, co dokonuje się przy całym spektaklu organizacyjnym wesela: wybieranie sukni, przekonywanie babci. Dlatego w japońskiej wersji jednak większość uczestników uznaje, że to trochę za dużo; wszystkie pary kończą swoje związki przed samą ceremonią, bo takie absurdy może są dobre w telewizji, ale mogli je wymyślić tylko w USA: dostawanie kosza w białej sukience i na oczach rodziców wydaje się naruszać japońskie konwencje telewizyjne, a może – po prostu – ludzką godność.
No właśnie, powiedz mi, która edycja Love is blind jest twoją ulubioną, a powiem ci, jaki jesteś. Właściwie najciekawszym elementem oglądania programu jest porównywanie wersji z różnych krajów. Minusem tego zajęcia jest konieczność obejrzenia więcej niż jednej edycji. Oczywiście obserwacje związane ze zwyczajami komunikacyjnymi Północy i Południa, Wschodu i Zachodu nie są odkrywcze: w brazylijskich i argentyńskich ludzie wydają zakochiwać się w pięć minut, rozmawiać o łączącej ich energii, tańczyć, dużo śpiewać i krzyczeć, skakać i śmiać, nawet przez ścianę. Potem zdają się też i podwójnie, ekstatycznie cierpieć. Polskiego widza może to jednak paradoksalnie przekonywać o wiele bardziej niż pierwotna edycja amerykańska, która wydaje się w największym stopniu wyreżyserowana, najmniej bliska prawdy. Tam wszyscy bohaterowie wydają się mieć dużo większą, wbudowaną w komunikacyjne schematy, świadomość bycia częścią widowiska, jakby każdy z nich wychował się na planie filmowym. Sieczki słów łączą w sobie najgorsze elementy papek z kultury terapeutycznej. Z punktu widzenia Europy Środkowej najbliżsi naszym temperamentom są Szwedzi: poważni, nieprzesadni, niepotrafiący grać według reguł telewizyjnej inscenizacji. Najpierw rzeczowo rozważają za i przeciw z kamienną twarzą, a później mówią: „tak”.
Ale i tak najpiękniejszym widowiskiem pozostaje japońska edycja: wraz ze swoją kulturą rozmowy, ale też skrupulatną i pragmatyczną analizą emocji. Uczestnicy wydają się zachowywać od początku do końca pewnego rodzaju godność, o którą wszystkim nam dzisiaj chodzi, nie tylko w telewizji. W przekładzie Netfliksa padające w rozmowach słowa wydają się eleganckie i precyzyjne. „Chciałabym przejść przez to doświadczenie bez niepotrzebnego żalu” – mówi bohaterka, odkrywająca, że kabinowa relacja się nie uda. „Nie miałam szans cię poznać i nie chciałam wejść w tę mgłę” – mówi inna, kończąca relację dwa dni przed ślubem – „chociaż w krótkim wspólnym czasie doświadczyłam również i szczęścia” – a widz może udawać, że to kolejny film Hamaguchiego. Droga jednej z uczestniczek, Midori kończy się szczęśliwie, chociaż w trakcie trwania programu niewiele na to wskazywało. Dziewczyna najpierw szczególnie mocno zakochuje się w głosie, walczy o partnera z inną uczestniczką, a później przechodzi rozczarowanie jego wyglądem. Analizując swoje wątpliwości co do tego, czy w ogóle potrzebuje małżeństwa, do samego końca wydaje się nie mieć złudzeń. Wszystko kończy się szczęśliwie i to wcale nie tylko dlatego, że mąż, Wataru, pamiętał z kabiny nawet wspomniane tylko raz imię psa: pan Lupin. Może właśnie dlatego im się udało? A może jednak dlatego, że byli najbardziej dopasowani klasowo i kulturowo – oboje posiadali doświadczenie studiowania poza Japonią? W jaki sposób program oszukał nas na tyle, że wątpiliśmy w tę relację o wiele bardziej niż w inne?
Żyjemy w czasach definiowania na nowo wszystkich możliwych relacji, w tym i przyjacielskich, i rodzinnych, więc wizja heteroseksualnego raju zmiksowanego z piekłem może wydawać się mało odkrywczym performansem. Wciąż lubimy jednak oglądać te spektakle, w których sami chcielibyśmy zagrać. Zadajemy sobie pytania o to, co jest głównym składnikiem naszych afektów i jak dużą rolę w byciu z kimś jedną drużyną odgrywają zewnętrzne kostiumy, coraz mocniej i mocniej kształtowane przez nudne, algorytmicznie dopasowane kryteria piękna. Ale też wizja zakochania się w dopasowanym do naszych potrzeb, bezcielesnym głosie, wydaje się dystopijnym rozwiązaniem, dobrze znanym nam z dość upiornej przecież wizji z filmu Spike’a Jonze’a. Brak ciała nie oznacza automatycznie duszy, a wydaje się być w dzisiejszym randkowym świecie kuszącą sprawą.
Na szczęście, na ziemię sprowadza nas jeden z uczestników ostatniej edycji, który w kabinach uwodzi dwie dziewczyny naraz i mówi obu, że przypominają mu właśnie głos Scarlett Johansson ze wspomnianego obrazu – idealnie odpowiadają na jego wewnętrzne potrzeby. Zmiana warunków, w których uwodzimy, nie oznacza automatycznie tego, że zaczniemy uwodzić na innych zasadach. Życie bywa zazwyczaj silniejsze niż inscenizacja. Nawet jeśli dotyczy ona osób pozbawionych ciała.

