Ostatnia niedziela życia

Igor Piotrowski
W numerach
13 Maj, 2025
Kwiecień
2025
4 (818)

ŚMIECH I STRACH

Był to blondyn z, jak to się mówi, nieco garbatym nosem

Wilki z Akademii Pana Kleksa, okrzyk „Muminku, uciekaj, tu jest policja!” na widok policjanta Paszczaka, film dokumentalny o tragicznym porwaniu synka Charlesa Lindbergha, Medium Jacka Koprowicza, które obejrzeliśmy, korzystając z nieuwagi rodziców bawiących się świetnie w innej części domku letniskowego, wszystkie te traumy, wszystkie te horrory były niczym w porównaniu do odczucia przeszywającego dreszczu, który wywoływał sygnał programu 997. Człowiek bał się pójść do kibla, podejść do drzwi, przejść do drugiego pokoju. Zamieszczane obecnie pod dawnymi odcinkami programu Michała Fajbusiewicza komentarze przypominają o tamtym strachu. Na te dreszcze składała się sama materia spraw (codzienne przestępstwa z morderstwami na czele) i sposób ich prezentacji (drastyczne zdjęcia, znakomite stopniowanie napięcia podkreślane sugestywną ilustracją muzyczną). Program rozpoczął swoje istnienie jesienią 1986 roku1 i emitowa ny był w środy zwykle po dwudziestej drugiej, więc piszący te słowa dopiero co kończył siedem lat i powinien być (zwłaszcza w dzień powszedni!) w łóżku. Na różny sposób jednak program ten do mnie wtedy docierał: w przebłyskach, podglądanych fragmentach (były noclegi u  babci, wakacje i inne okoliczności dłuższego niespania lub nieszczelnej kontroli). Pewnie również ciekawość konkurowała z bojaźnią, podkręcając zainteresowanie.

Potem w mojej pamięci następuje jednak jakaś luka. Myślę, że pokrywa się ona częściowo z zawieszeniem emisji programu w roku 1993, po kuriozalnym zakazie występowania w nim funkcjonariuszy policji wydanym przez komendanta głównego Zenona Smolarka (szefowie tej służby zasługują na osobny rozdział w poczcie komików polskich).

Fajbusiewicz powrócił jednak z nowym studiem i nieco zmienionym formatem, a wkrótce innym dniem i godzinami nadawania (nieco wcześniejszymi2), we wrześniu roku 1995. A wtedy od roku byłem już w liceum wśród osób o podobnym poczuciu humoru. Fajbusiewicz ograniczył makabrę, zdynamizował akcję, upakowując przynajmniej trzy rekonstrukcje w pół godziny, ale dostarczył kapitalnego materiału do wspólnego śmiechu dorastającym nastolatkom. Przestaliśmy się więc w połowie lat dziewięćdziesiątych programu 997 bać, a zaczęliśmy drzeć z niego łacha.

Oczywiście z różnych rzeczy można się było śmiać w telewizji publicznej połowy tamtej dekady, ale zostawiam je  na boku. Myślę, że najważniejsza w przypadku Magazynu Kryminalnego 997 była esencja – obecnie użyłbym chyba słowa – wernakularności (niewykluczającej bynajmniej skutecznej realizacji celów, jakie sobie ten program stawiał). Pamiętam, jak na zimowisku u schyłku lat dziewięćdziesiątych nagraliśmy nigdy niezmontowany (urok magnetycznej kamery wideo) film, będący parodią dowolnej sprawy programu. Rozmowy po pijaku, spotkanie z  mordercą z zastosowaniem efektu zamazania konturów w momencie zabójstwa, scena odnalezienia zwłok. Sztuczność gry aktorskiej, nienaturalność dialogów, czapka z charakterystycznym napisem, która została na miejscu, prezentowana do kamery z  właściwym komentarzem. „Może ktoś z państwa…?”

NIGDY NIE ROZMAWIAJ Z NIEZNANYM MĘŻCZYZNĄ W CZARNYM GARNITURZE! TRANSGRESJE Z OKOLIC TRANSFORMACJI

Zwrócił na siebie uwagę dość specyficznym zamówieniem – zawsze prosił o sto gramów wódki i porcję salami

Pierwsza sprawa zaprezentowana w  programie 997 w październiku 1986 roku dotyczyła morderstwa popełnionego 2 kwietnia tamtego roku na poznańskim osiedlu Kraju Rad 18. Dwudziestosześcioletnia Beata Kirylczuk (na zdjęciach pełen makijaż, fryzura z epoki) sprzedawała za pomocą ogłoszenia w gazecie „Głos Wielkopolski” telewizory kolorowe Pal/Secam różnych producentów (Blaupunkt, Grundig). Przywoził je  „narzeczony”, „właściciel warzywniaka”, który „jeździł niekiedy do RFN”. Jak się zdaje, morderca Beaty podał się za jednego z klientów, być może był nim „nieznajomy trochę pijany młody człowiek ubrany w  komplet dżinsowy”3. Apel milicji kierowany był między innymi do „osób, które nabyły większą ilość wody kolońskiej Brut, gdyż zginęło jej kilkanaście sztuk”, tę skradł bowiem morderca. Na filmie widzimy nie tylko biżuterię, telewizory, ale również niemiecką torbę foliową z napisem „Quelle”, w której poszukiwany wyniósł kasetkę z pieniędzmi. „Stalowy” fiat 125p rodziny S., ważnych świadków w sprawie, nie wyróżnia się na tle pokazywanych samochodów, w  których pewną rolę odgrywa szary fiat narzeczonego Beaty. Zwracają uwagę puste przestrzenie osiedla Kraju Rad – obecnie przemianowanego na Wichrowe Wzgórza – poza wysokimi szesnastokondygnacyjnymi blokami i samochodami właściwie nic tam nie stoi.

Trzecia4 z kolei sprawa prezentowana w premierowym odcinku była morderstwem „mocno zaniedbanego” staruszka Kuzańskiego, który hodował nutrie. „Jego dom, choć to  chyba przesadne określenie, mieścił się przy Obrońców Stalingradu 4 w Zgierzu”. Hodowlą i jej właścicielem od jakiegoś czasu „interesował się szesnastoletni Janusz”. Krytycznego dnia obu mężczyzn „idących na ulicy widzi sąsiad myjący miskę pod hydrantem i  sąsiadka urzędująca godzinami w  oknie”, po czym staruszek „pokazuje Januszowi hodowlę nutrii”. Wszystko to widzimy na ekranie. Kolejnym zdaniom zbliżającym nas do nieuchronnej puenty towarzyszą pauzy lektora i coraz bardziej niepokojąca muzyka. „Kiedy wchodzą do pokoju, Janusz kątem oka widzi siekierę, nie zastanawia się długo, w kilka minut później Kuzański nie żyje.”

Na filmie widzimy tylko ruch zarąbywania i już nieruchome nogi i ręce zabitego. Janusz „kradnie kilka wyprawionych skór nutrii”, przygodnie spotkanym samochodem ciężarowym podjeżdża do „popularnego ośrodka wypoczynku letniego” Malinka, gdzie sprzedaje łup ajentowi prowadzącemu bar. Warte sto tysięcy skórki oddaje za trzydzieści tysięcy. Zeznania piątki niezależnych świadków podważają jednak wyniki dochodzenia – Kuzański był żywy po morderstwie jeszcze 6 lipca, gdyż „aż pięć osób się pomyliło o jeden dzień”. „To chyba pierwszy taki przypadek w dziejach kryminalistyki” – kwituje prowadzący program. Oglądający oczekują, że milicja będzie prosiła o zweryfikowanie tej pomyłki albo o  poszukiwanie nowego sprawcy, ale nic takiego nie następuje, sprawa jest rozwiązana, więc pytanie, po co się ją przedstawia. Jak wyjaśnia prowadzący, chodzi o „dowód na to, że zeznania przedstawione w dobrej wierze, potrafią przesłonić prawdę i zagmatwać całą sprawę”. Rodzi się w nas przekonanie, że rzecz została ostatecznie rozwiązana po jej przygotowaniu i głupio im było marnować gotowy materiał.

Dwa pierwsze morderstwa przedstawione w programie stanowią poniekąd biegunowe typy zbrodni w 997. Pierwsza z nich jest niemal niezrozumiała współcześnie, jeśli nie pamięta się tamtych realiów, nasycona szczegółami wizualnymi i okolicznościami oczywistymi dla późnych lat osiemdziesiątych, można by je ujmować narzędziami duchologii ‒ kategorii używanej przez Olgę Drendę do opisu epoki transformacji. Efekt potęgują zdjęcia na stosowanej jeszcze wówczas taśmie filmowej i pora roku – późne lato/wczesna jesień. Ta rekonstrukcja zapowiada powtarzające się później fanty, destynacje i lokacje, bez których nie udałoby się ułożyć ani słowniczka imaginarium programu 997, ani leksykonu polskiej codzienności lat osiemdziesiątych: RFN, dżins, warzywniak, torba foliowa, nie ma w materiale co prawda magnetowidu, ale jego funkcję spełnia w tym przypadku telewizor.

Druga zbrodnia mogłaby się z kolei wydarzyć przed wiekami. O podobnych nieco sprawach przeczytamy u Jana Chryzostoma Paska, Jędrzeja Kitowicza czy Waleriana Nekandy Trepki. Jedynie drugorzędne elementy (nutrie jako zwierzę bardzo chętnie hodowane w epoce schyłkowego PRLu) to sygnały czasów, w których rzecz się zdarzyła – przedmiot kradzieży, proporcjonalnie niskie pieniądze za trefny towar, nawet dowolny karczmarz w funkcji pasera to składniki grające niezmiennie w toposie zabójstwa za skórki. Poziom cywilizacji w mieście Zgierz również nadaje się jako tło do tego toposu.

W ostatniej sprawie z premierowego odcinka chodziło o morderstwo popełnione 4 maja na warszawskiej Ochocie, było ono dla legendy 997 bardzo istotne5. Film odtwarzał ostatnie godziny Danuty Kułach, która, jak twierdził lektor, „nie była zbyt barwną postacią, tak wyglądała mając osiemnaście lat, później już nigdy nie była u fotografa” (na ekranie czarno-białe zdjęcie), poza tym ofiara „pracowała jako salowa w  szpitalu, miała troje dzieci, ale nie opiekowała się nimi zbytnio”. Ostatnią niedzielę życia Danuta zaczyna od całonocnego pijaństwa. Po libacji odwiedza koło południa swoją koleżankę Marię, z którą wypija pół litra wódki, po czym idzie z koleżanką do Antałka (Grójecka 102). „Danuta Kułach nawet nie wie, że za chwilę pozna swojego mordercę. Jest godzina piętnasta.” Obie panie „przysiadają się do stolika, przy którym siedzi mężczyzna w czarnym garniturze”. Niedługo dosiadają się kolejni dwaj nieznajomi i jeszcze jeden – wszyscy są obcy dla kobiet i dla podejrzanego w czarnym garniturze. Po skonsumowaniu kilkunastu piw w Antałku sześcioosobowa grupa „wspaniale bawiących się ludzi” rusza z hałasem piechotą do restauracji Raszyńskiej (Grójecka 64; znamienny to fragment rekonstrukcji – część statystów jakby wstydziła się grać mocno pijanych, część ewidentnie karykaturalnie przerysowywała). „W Raszyńskiej łączą dwa stoliki, zamawiają jedzenie i wódkę” – kontynuuje opowieść lektor. „Jak twierdzi kelner Albert wypijają w sumie dwadzieścia cztery kieliszki wódki” – mimo że rozpoczyna się dansing, są tak pijani, że nie są w stanie tańczyć. Około dwudziestej pierwszej opuszczają Raszyńską. Tu panie rozdzielają się – Maria „odchodzi z jednym z poznanych mężczyzn”, Danuta z kolei ze „znanym nam mężczyzną w czarnym garniturze” wsiada do autobusu 191. Około dwudziestej pierwszej trzydzieści wysiadają dwa przystanki dalej, na wiadukcie PKP WKD Warszawa Aleje Jerozolimskie, następnego dnia znalezione zostają w okolicy zwłoki Danuty „ze śladami gwałtu i  pobicia”. Podejrzany, którego portrety – narysowane według wskazań uczestników libacji oraz „świadków, którzy tego wieczora byli trzeźwi” – są jednak zaskakująco podobne, „ma dość duże dłonie i są one mocno spracowane, pracuje on przypuszczalnie przy układaniu eternitu na dachach, prowadzi przypuszczalnie prywatną firmę z eternitem i jest murarzem”.

„Użyliśmy statysty niezbyt może podobnego do sprawcy, ale nie dysponowaliśmy innym”, usprawiedliwia się współprowadzący program pułkownik Płócienniczak, ale starszy chorąży Tadeusz Dąbrowski z Dzielnicowego Urzędu Spraw Wewnętrznych Warszawa Ochota robi wrażenie zaskakująco podobnego do poszukiwanego. Materiał z tego morderstwa jest szczególnie interesujący dla spragnionych wizerunku warszawskiej codzienności z epoki: ikarusy w  biało-czerwonym malowaniu, tramwaje, neony, brudne elewacje, a nade wszystko autentyczne wnętrza obu lokali: obrusy, zasłony, boazeria.

Pierwszy odcinek wprowadza dobrze do poetyki wczesnego 997, pomimo wielu innowacji, którym program podlegał już dosłownie od następnych wydań (pozostawienie jednego prowadzącego, dodanie stałego kącika pokazującego ludzi „o nieustalonej tożsamości” czy anonimowych zwłok z prośbą o ich identyfikację), jak również pomimo relatywnie – w porównaniu z późniejszymi odcinkami – małej ilości makabry. Zdjęcia zabitej Beaty z Poznania są pokazywane z pewnej odległości, czarno-biała fotografia z  miejsca zbrodni Danuty z Ochoty słabo kontrastuje z zielenią. To jednak w gruncie rzeczy drugorzędne kwestie. Do najważniejszych cech narracji programu należy napięcie między komentarzem a obrazem, ironia formułowana pod adresem różnorodnych aktorów przedstawianych wydarzeń, również ofiar i pokrzywdzonych, w ogóle pewien dystans wobec świata na poziomie treści komentarza, głosu lektora i prowadzącego rozmowy w studiu. Ironia i dystans mogły jednak nawet przybrać rys pretensji, interwencyjną tonację, zwłaszcza gdy adresatem ich stawały się różne słabo się zabezpieczające przedsiębiorstwa, z czasem również konkretne służby mundurowe lub niefrasobliwi funkcjonariusze służby więziennej.

Transformacja była również wielkim wołaniem o zmiany systemowe, które musiało brzmieć coraz mocniej – przy namnożeniu się różnych oszustów wykorzystujących luki w zmieniających się przepisach albo tęsknotę naiwnych za lepszym życiem (na przykład historia Iwony Przybylskiej z poznańskich Jeżyc, która założyła biuro pośrednictwa dla głodnych opieki „bogatych sponsorek” mężczyzn, służące wyciąganiu od nich pieniędzy), czy bezwzględnych grup mafijnych organizujących napady i wymuszenia. Program rozpoczął wtedy również dziwną współpracę z producentami zabezpieczeń, zamków, sejfów i różnych w tym zakresie „nowalijek” prezentowanych na zakończenie odcinków. Osobną grupę w latach dziewięćdziesiątych stanowili przestępcy i poszkodowani zza wschodniej granicy – policja mogła tu łatwiej rozkładać ręce, jak w przypadku poszukiwanego „szczególnie jednego Igora” z terroryzującej szosy województwa gorzowskiego „bandy Igora, Saszy i Siergieja”, ponieważ trudno było nawet „określić, czy to właściwe jego imię”.

Ważnym składnikiem rekonstruowanych losów było występowanie znanego z histoires tragiques schematu transgresja/kara6, co najlepiej widać w przypadku morderstwa na Ochocie, w którym zbiegło się kilka takich umoralniających maksym (począwszy od „nigdy nie rozmawiaj z  nieznajomymi” po wszelkie ostrzeżenia związane z alkoholem). Ktoś musi zwykle zejść z drogi i niekoniecznie jest to tylko morderca, ważniejsze nawet jest zboczenie z niej ofiar i pokrzywdzonych. Wiąże się to  niewątpliwie z  intencją przestrzegania społeczeństwa, w ramach której dyplomowany pedagog Fajbusiewicz spotykał się z pewnością z programem prewencji komendy głównej MO i Policji. Jak twierdził kilkakrotnie autor programu, miało to większe znaczenie niż sama pomoc w wykrywaniu przestępców7.

Nie znaczy to, że nie pokazywano tu całkiem „niewinnych” ofiar, na przykład zabitych przez pomyłkę, ale akcentowano te momenty, które mogłyby je  uratować. Przy czym ulubionymi sprzyjającymi transgresji poszkodowanych okolicznościami były: naiwność („– fakt, że dyskutowałam z nią na co jej tyle namiotów – do piekarni?”; „parafię ksiądz chciał zmienić i dał mi tysiąc dolarów jako bratu biskupa”), słabość do alkoholu („mimo próśb lekarzy nie może zerwać ze swym dawnym nałogiem – alkoholem”; „jedyną jego wadą była słabość do alkoholu”) czy płci przeciwnej („śledztwo utrudniał fakt bardzo wielu kontaktów z  kobietami, które bardzo często gościł u siebie w domu”; „największą jej pasją są alkohol i mężczyźni”), nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa („wykorzystując nieuwagę pracowników, ostemplowywała druki zamówień pieczątkami tych zakładów”) czy w ogóle lekkomyślność zwyczajów („może się to wydać dziwne, ale gotówkę do domu woził środkami komunikacji miejskiej”; „pan Marian miał trochę dziwną zasadę, nigdy nie zamykał mieszkania”; „Alicja uwielbiała jeździć okazjami”). Na transgresję mógł wpłynąć trudny charakter przyszłej ofiary, na przykład skrytość („była osobą zamkniętą i nie miała jakiejś bliskiej przyjaciółki”; „pan Aleksander był człowiekiem bardzo nieufnym”), a z drugiej strony zbyt duża otwartość („Pan Andrzej jest człowiekiem nader towarzyskim”; „Eugeniusza Ślósorza zgubiła nadmierna gadatliwość”; „lubi nade wszystko dobre towarzystwo i zabawę, jej pasją jest taniec i dyskoteki”), tryb życia i wszelkie upodobania („mając dużo wolnego czasu, była stałą bywalczynią chrzanowskiej kawiarni Bajka”; „jak mówią jego koledzy po fachu jest w ich mniemaniu dziwakiem, nigdy nie widziany był z kobietą, nigdy nie dawał się namówić na picie alkoholu”; „nastolatki mają dość dziwne zainteresowania, wolne chwile spędzają na cmentarzu”), pewien określony typ zawieranych znajomości („aktywne kontakty ze środowiskiem młodzieżowym”; „może mieć kontakty ze środowiskiem artystycznym w Warszawie bądź wywodzić się z grona narkomanów”), bezproblemowy stosunek do życia („baba na największym luzie w całym Rybniku”).

O dzieciach najczęściej usłyszymy w tym kontekście, że słabo się uczyły („orłem w szkole nie był”), często dotyczy to także młodych dziewcząt („nauka nigdy nie była jej pasją”; „szkoła ją nudzi, prawie rok temu porzuciła zawodówkę”). W oczywisty sposób przyciągające katastrofę jest: uchodzenie „za osobę majętną”, za czym może stać próżność, ale i prosty fakt posiadania krewnych za granicą („ma bowiem matkę w Stanach Zjednoczonych”), strach przed wyjawieniem mniej ważnej transgresji („dyrektor ukrywa fakt pobytu w restauracji Ermitage”), zlekceważenie tradycji („miałem iść na cmentarz, kupić kwiaty, ale zimno jest, cholera”). Z tego poglądowego wyliczenia widać, że powody transgresji od wieków są te same, okoliczności jedynie ubierają je mniej lub bardziej atrakcyjnie.

NIEDOGRANIE I PRZEGRYWANIE. Z ANTROPOLOGII REKONSTRUKCJI

Na tym portrecie ten sprawca wygląda na fachowca

Wydaje się, że kluczowa dla 997 była ewolucja ogłady występujących w nim gości i aktorskich metod osób grających w rekonstrukcji. Na początku wielkim ryzykiem było dla funkcjonariuszy samo pojawienie się w telewizji w charakterze rozmówcy, a nie lektora komunikatu (program udawał dość skutecznie transmisję na żywo z komendy warszawskiej z łączeniem się bezpośrednio z różnymi komendami wojewódzkimi, w istocie na początku wyglądało to nieco inaczej8). O ile prowadzący do 1990 roku pułkownik Płócienniczak radził sobie nieźle, to jego rozmówcy już niekoniecznie czuli się przed kamerą swobodnie (mimo że prowadzący pomagał im, jak mógł). Z czasem goszczeni funkcjonariusze byli coraz bardziej elokwentni, w epoce policji dość często wizytował Fajbusiewicza rzecznik danej komendy wojewódzkiej. Dodatkowo, ujawnienie sekretów kuchni mogło narazić na nieoczekiwaną śmieszność organy ścigania. Poza kwestiami językowymi, w które uwikłani musieli być oficerowie rozmawiający, przywołane już przeze mnie podobieństwo sprawców do prowadzących śledztwo (średnio w co czwartym przypadku) wynikało niewątpliwie z jakości i oględności większości portretów. Bywało zresztą i tak, że członkowie ekipy brali udział w rekonstrukcjach, a i  komisarzowi Pankowi zdarzyło się zagrać podejrzanego męża zaginionej prokurator Majewskiej.

To dodatkowo mogło powodować zamieszanie w głowach widzów (choć intencje były zapewne inne), którzy i bez tego byli już przeczuleni – do anegdoty należą przypadki zatrzymywania statystów, porwanie ich przez kierowcę autobusu wprost na komendę czy wyrobienie sobie przez wykonawcę specjalnego papieru stwierdzającego, że bierze udział w licznych rekonstrukcjach9. Była to specyficzna cena popularności, jaką płacili grający w programie. 997 był wielkim przebojem telewizji schyłku Polski Ludowej, choć pamiętajmy, że istniały wówczas jedynie dwa programy ogólnopolskie10.

Jednocześnie, wraz z cywilizowaniem się interlokutorów i wchodzeniem nowych możliwości technologicznych, zmieniała się koncepcja rekonstrukcji. Z  początku Fajbusiewicz unikał jak mógł przerysowywania, stąd angażowanie aktorów prowincjonalnych było utrapieniem (według wspomnień twórcy programu), ponieważ przyzwyczajeni do gry na deskach teatralnych, nieobyci w pracy z kamerą i niewyżyci aktorzy mieli problemy z zachowaniem naturalnej perspektywy gry. Jak wspominał autor programu: „Facet gra zabójcę, grozi przestraszonej ofierze stojącej dwa metry od niego, a wrzeszczy z całych sił: «Ja cię zabiję!», z teatralną manierą i gestykulacją tak zamaszystą, że aż z kadru wylatywał”11. Szczególnym sprawdzianem były oczywiście role pijanych, sceny wszelkich imprez, awantur czy to w miejscach publicznych, czy w domu, czyli te  wszystkie sytuacje, gdzie właśnie wypadało coś więcej powiedzieć i zagrać w sposób charakterystyczny. Kilkakrotnie się to aktorom i statystom we wczesnym 997 udało, typowe było jednak raczej drewniane aktorstwo i niedostatek ekspresji.

„U Bromskiego trwa małe przyjęcie, pan Jacek zaprosił sąsiadów” – takie zdanie częściej oznaczało coś równie nieudanego i nienaturalnego jak scena zasadzki zastawionej na mordercę i gwałciciela działającego na linii żyrardowskiej, która udać się nie mogła. Jeśli komentarz o dwojgu bohaterach brzmiał „na przystanku zachowują się bardzo swobodnie”, to ujrzymy stojącą naprzeciw siebie dwójkę w postawach jakby kij połknęli, którym przyglądają się nachalnie pozostali oczekujący na autobus pasażerowie. Było w tym braku odpowiedniej kalibracji sporo mimowolnego komizmu.

O ile akcenty humorystyczne, szarżowanie, podkręcanie dialogów było w pierwszych latach zarezerwowanejedynie dla rekonstrukcji oszustw sygnalizowanych melodiami typu ragtime lub muzyką cyrkową (wyjątkiem była jedynie sytuacja, gdy sprawca wyrażał się lub działał w sposób charakterystyczny, na przykład seplenił czy mówił gwarą, i trzeba było to wydobyć), to im dalej w lata dziewięćdziesiąte, tym Fajbusiewicz pozwala sobie i  swoim aktorom na coraz więcej. Dialogi i przerysowanie stały się od połowy dekady znakiem firmowym programu, przy czym jeszcze chętniej wydobywa się z opowieści momenty kuriozalne czy komiczne (przestępstwa dziwne, nieudolne, jak na przykład swoisty gang Olsena z Włocławka czy tchórzliwy napad na hurtownię w Swarzędzu). Co prawda, napięcie między powszedniością a nadzwyczajnością cechowało zawsze program Fajbusiewicza, który od początku miał niejaką predylekcję do curiosów, nawet jeśli ta niecodzienność oznaczała u schyłku lat osiemdziesiątych popsucie się malucha sprawcom napadu zaraz po jego dokonaniu i konieczność porzucenia auta. Jeśli już przy tym ostatnim jesteśmy, to awaryjność tej marki była również kluczowym zdarzeniem dla rekonstrukcji śmierci Jana Strzeleckiego w lipcu 1988 roku, więc należała jednak do kategorii zdarzeń powszednich.

Okazją do wykazania się dla realizatorów programu była odmienność sprawy, nieprzejrzystość motywu (zabójstwo kaprala Mantaja na strzelnicy w Słupsku przez złodzieja tarcz strzeleckich), przeszłość ofiary („Hop Maryna”, zamordowana babcia klozetowa z restauracji Glorietta w Iwoniczu, „obok ludzi z marginesu miała znajomych, których do marginesu zaliczyć nie można”, kontakty z przeszłości, „kiedy była ona osobą młodą i przystojną”, zamordowana zresztą nosiła „ślady byłej urody”). Ostatni dzień docenta Strzeleckiego, który zaczął się zresztą od wizyty w  warsztacie samochodowym, był szczególnie dokładnie odtwarzany z uwagi na podejrzenia i oskarżenia o polityczny charakter mordu wysuwane przez przedstawicieli opozycji demokratycznej. Nie był to jednak jedyny film, w którym oglądamy co kto zjadł, kupił, o czym rozmawiał od rana aż do feralnej nocy („około godziny 18.00 pani Mieczysława odwiedza przyjaciółkę mieszkającą przy ulicy Lenina – rozmawiają o nieudanych zakupach, to spotkanie trwa do godziny dwudziestej pierwszej piętnaście”). Piotrkowski taksówkarz Sobieraj, w ostatnim dniu życia „około godziny trzynastej pojechał do śródmieścia, w sklepie przy ulicy Wysokiej kupił dwa kilogramy wędliny, którą odwiózł do domu”. Dzięki tym drobiazgowym rekonstrukcjom mamy dość szeroki wgląd w codzienność zwykłych ludzi, sprawy tego typu były zaś przełamywane tymi, w których przebieg dnia nie ma żadnego znaczenia, a w każdym razie może być pominięty. Ten pierwszy typ rekonstrukcji to, by użyć (toutes proportions gardées) kategorii omawianych przez Ericha Auerbacha, mimesis Homera, świat dokładnie opisanego szerokiego i jasnego planu, niepozostawiający niedopowiedzeń, ten drugi to mimesis biblijna, spojrzenie światłocieniowe, w którym znaczenie ma konkret, detal, tym bardziej lśniący na tle mroku. Jak wiadomo, w przypadku opowieści kryminalnych zbliżenie na szczegół ma znaczenie kapitalne. W funkcji szczegółu może znaleźć się pseudonim, charakterystyczne powiedzonko, część ubrania, nieoczywisty łup, zresztą cokolwiek. Z połączenia perspektyw powstały odcinki monograficzne czy całe filmy poświęcone karierze konkretnego złodzieja (na przykład Zdzisława Najmrodzkiego).

W nowej rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych było więcej miejsca na przypadki tego drugiego typu, choć zwykle były one dodatkowo podkręcone aktorstwem, rekwizytem, kostiumem. Możemy zobaczyć „wypadek przy pracy rekieterów”, którzy goniąc samochodem dwóch Ukraińców kupujących w  Polsce sprzęt estradowy, wypadli z szosy, przy próbie cofania samochód napastników znalazł się w rowie, a przypadkowo nadjeżdżający pomogli wypchnąć z rowu auto morderców. Możemy obejrzeć sprawę minigangu Piotra Wypycha („wstrzyknął sobie w więzieniu wirusa HIV”), fotografującego się z ofiarą kilka godzin przed jej zamordowaniem albo sekty charyzmatycznych satanistów niszczących groby na cmentarzach i prześladujących młodego chłopaka („historia, którą teraz przedstawiamy, choć mało prawdopodobna, miała miejsce naprawdę w latach 1998-2000 w Płocku”). Wszystkie te wehikuły moralnej paniki lat dziewięćdziesiątych były przedstawiane poprzez Fajbusiewicza z coraz większym przymrużeniem oka.

Jednocześnie promowana przez twórcę w ostatniej dekadzie wieku prewencyjno-pedagogiczna rubryka „Bezpieczne miasto”, w której pokazywane scenki miały już wyraźnie przestrzegający charakter, przybiera kabaretowy wymiar, a to za sprawą zaangażowania aktorów o jednoznacznym emploi: Andrzeja Kopiczyńskiego, Jana Kobuszewskiego, Ireny Kwiatkowskiej, Ani Przybylskiej czy Pawła Wawrzeckiego. W  ogóle 997 w okolicach przełomu wieków znajduje się gdzieś pomiędzy najntisowymi sitcomami, programami rozrywkowymi typu późne Spotkanie z balladą. Przygody w Kopydłowie a nadchodzącą estetyką docusoap i seriali paradokumentalnych (udział Fajbusiewicza w tym czasie w odcinkach Badziewiaków, Świata według Kiepskich czy Świętej wojny nie był przypadkowy). W związku ze zmianą godziny emisji i wzrostem wrażliwości ogólnej spada jakakolwiek możliwość zobaczenia prawdziwego trupa, a najtrudniejsze momenty zawierają ostrzeżenia „Uwaga! Sceny drastyczne”, przy czym odgrywana scena daleka nam się zdaje od jakiejkolwiek drastyczności.

Mamy więc od połowy lat dziewięćdziesiątych do czynienia z inną niedojakością, znacznie bardziej dynamiczną, opartą na mocno przerysowanym, robiącym wrażenie na poły improwizowanego, aktorstwie nie zawsze najlepszej próby, ale dlatego program tak nas fascynuje. Na przykład „znany policji wcześniej osobnik Piotr Gądek pseudonim Dżonson” na zdjęciu w modnych oprawkach, w długawych włosach, z miną luzaka, „wyspecjalizował się we włamaniach” – jego spotkanie z kumplami po wyjściu z więzienia robi wrażenie świadomie szarżowanego („ – Peter!” „– wyszło się”). Z kolei „były legionista” Robert Panek, który „lubił opowiadać o swoich wojennych przygodach” dyrdymały („największego stracha miałem w Somalii”, „nie ma większego twardziela niż ja”), robi wrażenie, góra, kata na damskich bokserów, co akurat pewnie pochwalamy („nie zasługiwałaś na takiego buraka”), ale to typ tak zwanego leszcza, który „chciał za wszelką cenę znaleźć uznanie wśród miejscowych bandytów” i „często jeździł samochodem pod wpływem alkoholu”. Atrakcją dodatkową jest scena łóżkowa czy też rozmowa wstępna do niej, która się w tymże łóżku toczy („no pokaż, jaki jesteś twardziel”). Całość robi wrażenie jakby była jakąś bieda wariacją na temat filmu Chłopaki nie płaczą półtora roku po jego premierze. Przykłady takich rekonstrukcji można mnożyć.

Z czasem, w nowym wieku, aktorstwo, ale i inne formalne rozwiązania 997, coraz bardziej zbliżały się do formatów realizowanych w serialach paradokumentalnych typu W11 – Wydział śledczy, Detektywi, Malanowski i partnerzy – inscenizowane rozmowy policjantów, wchodzący w plan prowadzący, natrętne dżingle, coraz bardziej dynamiczny montaż. Fajbusiewicz ma wciąż do zaproponowania wiele ciekawego w roku 2010, ale formalnie było to dla widza urodzonego przed rokiem 1980 trudne do zniesienia. Dzieje programu 997 są odzwierciedleniem odysei przyspieszającego technologicznie medium telewizyjnego. Do wstępnej analizy można by wziąć czołówki (pewnie najłatwiej) – każda jest wideoklipowa i dynamiczna, na swój sposób profesjonalna, ale inaczej tę nowoczesność i technologię wyraża.

Co prawda już w drugim odcinku sam Płócienniczak mówił, że „scenariusze napisały właściwie wydarzenia”, ale detale w rekonstrukcjach były niekiedy celowo zniekształcane, by sprowokować podejrzanych czy sprawców do określonych działań, otwierania się (stąd wspomniana idea oglądania magazynu w  więzieniach)12, niekiedy zawierały dowolność w zakresie postawienia na jedną hipotezę, która mogła się wydawać bardziej efektowna lub łatwiejsza do zagrania („dalszy przebieg wydarzeń to  tylko hipoteza przyjęta przez autorów programu”; „ponieważ wszyscy znajdujący się na sali są mocno nietrzeźwi, trudno o precyzyjne przedstawienie zdarzeń”).

Fajbusiewicz coraz lepiej czuł się w rekonstrukcjach zostawiających mu dużo swobody. Sprawa zabójstwa (być może pomyłkowego) Gustawa Ciasto (tak właśnie niedeklinowanego w programie z 15 października 2001 roku) popełnionego w Lublinie w domu na ulicy Długiej w noc czerwcową tamtego roku, jest bardzo znamienna. Ofiara wraz z konkubiną trudniła się wyłudzaniem rożnych towarów elektronicznych poprzez podstawione osoby z marginesu, które udawały pracowników firmy prowadzonej przez feralną parę („nie wiadomo, z ilu tak zanych. nurków zrobiono biznesmenów”). Z tej informacji o sposobie zarabiania Fajbusiewicz nakręcił dynamiczny skecz z przekomiczną sceną przebierania kolejnych bezrobotnych z marginesu za poważnych ludzi pracy. Zarówno zrekonstruowany Gustaw, jak i jego konkubina, są przerysowani do granic w każdym możliwym sensie (również jej makijażu i głosu). Rzecz jest dopracowana – przy kolejnych prezentowanych biznesmenach (każdy jest kuriozalnie ubrany: za duża marynarka, dziwna fryzura z niepasującymi czarnymi okularami) zmieniają się ciuchy Gustawa Ciasto i jego partnerki, rekwizyty w tle. Domyślamy się, że na planie tej rekonstrukcji była świetna atmosfera, czego dowodzi również szampańska scena amorów poprzedzających zabójstwo. W głównych rolach wystąpili aktorzy Teatru Muzycznego w Lublinie, obsada granych wówczas spektakli KopciuszkaHello, Dolly. Historia małego cwaniaczka z lubelskich przedmieść zostaje doprowadzona do operetki, z której wcześniejszy Fajbusiewicz się naśmiewał. Można powiedzieć, że rekonstrukcja ta  ma dodatkowo nieoczekiwany wymiar autotematyczny, bo opowiada o przebierających się i przebieranych, udających innych ludzi.

Biegunowo odmienne były sytuacje z  pierwszego okresu, gdy zdarzało się emitowanie fragmentów nie tylko prawdziwych przesłuchań („– uderzyłem młotkiem” „– gdzie?” „– gdzie miałem, mogłem, no w głowę uderzyłem panie prokuratorze”), ale wręcz wizji lokalnej z miejsca przestępstwa, co jest z  pewnością najbardziej traumatyzującą formą rekonstrukcji. Przerażająca „wizja rejestrowana za pomocą kamery elektronicznej zapisem magnetycznym” z  podejrzanym Leszkiem Kopciem w Kutnie z  grudnia 1988 roku jest wstrząsająca nie tylko dlatego, że dotyczy morderstwa pijanych ludzi w zapuszczonej melinie w zrujnowanym mieście, ale że jest autentyczna – zdarzyła się kilkanaście dni wcześniej, wnętrza, słowa, przedmioty często o charakterze corpus delicti są te same, a nade wszystko ten sam jest sprawca.

INNI LUDZIE, INNE PRAKTYKI

– Zwracamy się z prośbą do wszystkich, którzy byli świadkami, jak dwóch mężczyzn, prawdopodobnie dwóch, niesie dywan ulicami Karola Miarki, Armii Krajowej oraz Broniewskiego…
– Ale w dziewięćdziesiątym roku…
– …w pierwszej połowie marca w godzinach nocnych, trzymali oni prawdopodobnie łopaty i byli pijani

Nie wiem, czy rzeczywiście największym wyzwaniem aktorskim w karierze Michała Fajbusiewicza była rola w spektaklu Grzegorza Jarzyny na podstawie Innych ludzi Doroty Masłowskiej, ale intencja towarzysząca propozycji, by w ramach tego projektu ucharakteryzowany autor 997 znalazł się z mikrofonem na blokowisku warszawskiego Wawrzyszewa, zdaje się czytelna13. Przewodnik, stalker, ktoś, kto nas przeprowadza przez świat niby nasz, ale w wariancie, który nie stał się naszym udziałem, świat tknięty codzienną tragedią, powszednim złem, które nas szczęśliwie ominęło. Świat, który chcielibyśmy zrozumieć, nie tylko po to, by nie popełnić błędu. Jeśli nawet nie jest Fajbusiewicz w stanie rozwiązać niewiadomych w konkretnej sprawie, to może pomóc, również pomóc nam zapobiec wypadkom podobnym. Pokazując ludzkie tragedie, tworzy nam możliwość osiągnięcia katharsis, czymkolwiek ono jest. Nieoczekiwanie pokrzepiająca bywa ludzka ciekawość, która każe pytać, szukać i informować o rezultatach. Czy odnalazł się sprawca? Trup? Czy przestępca wyszedł na wolność? Jak to wszystko teraz wygląda? Lektura komentarzy pod wrzucanymi na YouTubie filmami to osobne pasmo nadające się do analizy i interpretacji. Nie ma w nich wcale wiele hejtu, jest zaskakująco dużo empatii, dużo sentymentu, zaskoczeń, śmiechu. Osobną podgrupę stanowią melomani dopytujący o poszczególne kawałki (jazz rockowo-elektroniczny doczekał się osobnych list do odsłuchania).

Oglądanie dziś pochodzących sprzed dwudziestu, trzydziestu czy prawie czterdziestu lat odcinków 997 to szczególna wycieczka. Niektórzy zresztą traktują to słowo dosłownie – pod kolejnymi odcinkami zamieszczając linki lub obrazki prowadzące do domów i działek wymienionych w programie. W  przedstawionej dokładnie w pierwszym odcinku z 1986 roku restauracji Raszyńska od dawna jest Rossmann. Scena wypakowania przez oszustkę Urszulę towaru na Żeromskiego przy alei Zjednoczenia na warszawskich Bielanach w niejednym oku łezkę zakręci nad sklepem Agatka czy Baltoną, później na długo zmienioną w wypożyczalnię Beverly Hills, a obecnie mieszczącą alkohole na spółkę z kebabem. Autor jednej ze stron zajmujący się przestrzennymi porównywaniami (głównie warszawskimi), to jest Wczoraj i dziś, regularnie publikuje posty opracowując kadry z 997. Nie tylko stolica i Łódź były odwiedzane w pierwszych latach istnienia programu, obfotografowano wiele polskich plenerów. Dzięki temu mamy dostęp do ówczesnego świata w rozsypce, bloków i kamienic, dworców i pawilonów handlowych, obdrapanych niemiłosiernie miast i miasteczek, Kutna, Zgierza czy Żyrardowa, rozpaczliwie zdewastowanej Łodzi. Widać upadek państwa w wymiarze wizualnym. Jeszcze może bardziej wartościowe są obrazy wnętrz knajpianych schyłkowej PRL.

Oczywiście ten obraz był kompletowany i uaktualniany, dopóki Fajbusiewiczowi chciało się jeździć i odtwarzać dokładnie miejsca przestępstw – w latach dziewięćdziesiątych zaczął zdecydowanie więcej markować, świat jego rekonstrukcji stał się znacznie bardziej umowny (co w logiczny sposób łączy się z przywoływanym przeze mnie nieco karykaturalnym stylem gry aktorskiej).

997 to również wyprawa w dwa uniwersa czy dwie spokrewnione ze sobą sfery tego realistyczno-przerysowanego zwierciadła, jakim ten true crime Fajbusiewicza był. Jednym z nich jest świat rzeczy, drugim świat języka. Są przedmioty szczególnie narażone na występowanie w kryminale. Wszystkie dżinsowe i ortalionowe ubiory, będące zimowymi hegemonami kożuchy, swetry w szpic, czapki szare z psiej wełny, spodnie wycierusy i czapki narciarki, koszulki bawełniane z napisem „Happy”, bejsbolówki z Charlotte Hornets, kurtki typu flyers, buty puma z zapięciem disc system. „Chciałbym przedstawić torbę, może niezbyt efektowna, ale charakterystyczna”, być może zmieści się „koreański kalkulator” i  „radziecka gra elektroniczna z wilkiem i zającem”, „zegarek posiadający siedem melodyjek”, a może pilot do magnetowidu czy telewizora nazywany „urządzeniem sterującym” (liczne kasety wideo). To „nasze zaimprowizowane studio” to „niecodzienna ekspozycja przypominająca nieco salon Desy”, warsztat kolekcjonera broni białej („kusza wykonana metodą rzemieślniczą w okresie współczesnym”), jubilerski salon („moneta tysiączłotowa z wizerunkiem papieża”, „złoty łańcuszek z wizerunkiem Adenauera”, „ciekawy zegarek marki Czajka w kształcie sygnetu”), ale czasami gabinet osobliwości („w restauracji zajazd Podbipięta pod Poznaniem skradziono spreparowane głowy dwugłowego cielęcia”).

Lawie przedmiotów towarzyszy w sposób oczywisty lawa logosu. Rzeczy, ale także osoby, muszą być opisane. Wyzwaniem językowym staje się wszystko, od koloru karoserii i ubioru począwszy, tworzy się jednocześnie wypreparowany wyciąg z terminów i profesjonalizmów („niestety nie udało nam się ustalić tego charakterystycznego Ryśka”), języka urzędowego protokołu („zbrodniczym zadziałaniem NN sprawcy”) i odmiany potocznej polszczyzny („mężczyzna ten używa bardzo często zwrotu kurwa-pa, kurwa-pi, przepraszam serdecznie, ale to bardzo ważny szczegół”). Mowa zdradza przedstawicieli aparatu, dla których jest trudnym zadaniem, mowa zdradza rzecz jasna środowisko przestępcze, niekiedy wykorzystujące ją do zmylenia policji („udawali obywateli WNP, zaśmiecając język naleciałością języka rosyjskiego”). Nie chcę wreszcie powiedzieć, że Fajbusiewicz wykreował słowo „konkubent”, ale do dzisiaj kojarzy się ono mojemu pokoleniu z tym programem. Poziom językowy gości ocenia jeden z bardziej normatywistycznych internautów: „fajny program, ale «polszczyzna» sprawia, że moje uszy krwawią”.

Najmilsze mi komentarze internautów to  jednak te o  „machinie czasu”, „innym świecie”, w którym do wypicia były tylko „napoje z  czerwonej porzeczki i  woda Celestynka”, „na stole w torbie foliowej leżą dwa słoiki fasolki, masło, margaryna i pieczarki marynowane”, a w oczekiwaniu na seans Imperium kontratakuje można było pójść na pocztę i posłuchać bajek z automatu telefonicznego.

  • 1. Magazyn nadawano w latach 1986-93 i 1995-2010 (do roku 1990 prowadził go pułkownik Jan Płócienniczak, w pierwszym odcinku wsparty Sławomirem Komorowskim; głównym lektorem przez większość tego okresu był Zbigniew Zaliński). Telewizja czasów Jacka Kurskiego wznowiła nadawanie w 2017 roku, ale zawiesiła go po jednym odcinku z uwagi na typową dla tego środowiska nagonkę o antypeerelowskim odcieniu, by po jakimś czasie wrócić do formatu bez głównego autora i prowadzącego (z niejakim Dariuszem Bohatkiewiczem jako prowadzącym w latach 2018-2023). Nie było to może największe ze świństw wyrządzonych w czasie rządów PiSu w mediach publicznych, ale jedno z większych.
  • 2. Miała się do tego przyczynić ówczesna dyrektorka Dwójki, Nina Terentiew, ustawiając program przed godziną dwudziestą drugą. O tej porze wyłączano telewizję więźniom w zakładach karnych. Wcześniejsza emisja pozwalała więc na podsłuchanie rozmów osadzonych powiązanych z prezentowaną sprawą; Kamil Bałuk Dawno temu w telewizji, Wydawnicwo Literackie, Kraków 2023, s. 255.
  • 3. Cytaty pochodzą z dostępnych na YouTube odcinków Magazynu Kryminalnego 997 (jak brzmiała cała oficjalna nazwa programu) wybranych z lat: 1986-1990, 1992, 1993, 1995, 1997-2001, 2006, 2010.
  • 4. Pomiędzy oboma morderstwami pokazano krótki materiał o włamaniu i kradzieży w magazynach Stołecznego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego, które wynajmowała firma Jubiler na warszawskim Służewcu. Co prawda w nocy magazynów pilnowało trzech wartowników, ale rzadko opuszczali oni budkę – dwaj osobnicy dostali się do środka przez nieczynną bramę kolejową, po odtworzeniu trajektorii ich wejścia do magazynu („forsują cienkie drzwi ze sklejki […] bez żadnego zabezpieczenia […] straszliwego huku nie słyszy żaden z zapewne wtedy śpiących wartowników”), dyrekcja przedsiębiorstwa nie wpuściła ekipy realizującej do magazynu. Program pokazuje fragmenty kłótni z pracownikami. Rozpoznajemy głos Fajbusiewicza, używającego argumentu z samolotu do Szczecina, do którego ekipa musi właśnie polecieć, ale nawet to nie skutkuje.
  • 5. Sprowokowany tą rekonstrukcją poczuł się niezbyt rozgarnięty morderca, który „przefarbował sobie włosy i uczesał się na tzw. punka”, po czym przyszedł do jednego z lokali wymienionych w programie. Obsługa rozpoznała go jednak, czym Fajbusiewicz mógł się pochwalić, publikując fragmenty filmu z wizją lokalną i prawdziwym mordercą w odcinku z marca 1987 roku.
  • 6. Mariusz Kazańczuk O „Historyjach świeżych i niezwyczajnych” Michała Jurkowskiego, Wydawnictwo IBL, Warszawa 2009, s. 35.
  • 7. Chociażby w książce Sto nie wykrytych zbrodni. Michał Fajbusiewicz przedstawia 997, Wydawnictwo „Astrum”, Wrocław 1993, s. 14.
  • 8. Normalnie pracująca komenda łódzka udawała komendę warszawską, dzięki sprawnemu montażowi wyglądało jakby w czasie rzeczywistym odbywała się rozmowa i to nie tylko ta „w studiu”, cała ta pomysłowość i ostateczne wykonanie należą do dobrodziejstwa technologicznego epoki („chałupnictwo, ale takie czasy” – wspominał Fajbusiewicz); Bałuk Dawno temu w telewizji…, dz. cyt., s. 249.
  • 9. Michał Fajbusiewicz, Magda Omilianowicz Fajbus. 997 przypadków z życia, Kompania Mediowa, Warszawa 2019, s. 125-126.
  • 10. U schyłku roku 1989 widownia wynosiła piętnaście milionów widzów i była to największa liczba oglądających program telewizyjny w tym okresie (nie serial lub pojedynczy film fabularny).
  • 11. Bałuk Dawno temu w telewizji…, dz. cyt., s. 252-253.
  • 12. Bałuk Dawno temu w telewizji…, dz. cyt., s. 254-255.
  • 13. Fajbusiewicz, Omilianowicz Fajbus…, dz. cyt., s. 258-261.

Udostępnij

Igor Piotrowski

jest kulturoznawcą, historykiem kultury, pracuje w Instytucie Kultury Polskiej UW. Wydał między innymi Pieśń i moc. Pieśni codzienne Franciszka Karpińskiego w kulturze polskiej XIX i XX wieku (2012). Współredaktor tomów zbiorowych, między innymi serii „Topo-Grafie”.