Prawo do cienia

Urszula Zajączkowska
W numerach
07 wrz, 2026
Lipiec
Sierpień
2026
7-8 (833-834)

W letnie popołudnie pocą się ludzkie skóry i skórki liści. W miastach, w rezerwatach ludzi, stworzonych dla nas, jako kryjówki przed wszystkim, co niesie przyroda. Nadmiary słońca, deszczu, śniegu, liści, błota, suche kamienie, pustka, nierówne powierzchnie i brud – tego nie chcemy w mieście. Ale przyroda i tak wciąż tu działa i to w jedynym możliwym dla siebie stanie, to znaczy bez kontroli człowieka. I tak na przykład rok w rok, latem lepki gorąc zalewa ulice, szczeliny i szare ściany. Aby to przeżyć, aby odpocząć, uznaliśmy, że z całym tym rozgrzanym ciężarem miasta poradzą sobie za nas i dla nas posadzone drzewa. Najlepiej duże i to duże od razu.

Liść miejskiej lipy w środku lata bywa cieplejszy niż powietrze wokół niego, a w pełnym słońcu, właśnie wtedy, gdy chowamy głowy pod kapeluszami, gdy pijemy wodę z lodem, jego temperatura może podchodzić pod pięćdziesiąt stopni Celsjusza. To stan, w którym roślinna machina życia, aparat fotosyntetyczny już nie pracuje przez powstałe niemożliwe do naprawienia uszkodzenia. Ale liść jednak nadal zbiera światło i potężne nadmiary ciepła, których nie ma już czym ani jak zużyć, więc smaży się w sierpniu na stopień well done. Jest też i powietrze. W gęstej zabudowie, przy słabym wietrze i dużym ruchu, stężenie dwutlenku węgla potrafi lokalnie dochodzić do wartości, które reszcie świata prognozuje się dopiero na późny etap stulecia. Tym, co dzieje się tu z CO2, straszy się w najczarniejszych prognozach. W mieście dzieje się już. Ale to tylko jedna połowa przyrody. Druga jest pod ziemią.

Wiadomo, że tam, pod ziemią, przyroda ma zwykle dziką wolność tworzenia. W mieście drzewo tkwi w dole, korzeniem między rurą a fundamentem, gdzieś pod chodniczkami i wymuskanymi ścieżkami. Korzenie drzewa są tu ograniczane jak rybki w akwarium, mogą żyć, ale tylko tak, jak im pozwolimy. Drzewa wystawione na lato wielkiego miasta na początku przypominają czystą zieleń. Jesteśmy bardzo spragnieni tego koloru, więc wtedy lubimy widzieć drzewa. Potem nasze oko dość szybko opatrzy się i do drzew przyzwyczai, straci czujność. A drzewa przyjmują wtedy zieleń nieco matową, z lepkimi woskami, gdzie praca życia jest już na ostrym hamulcu, cukier powstaje wolniej, woda nie idzie przez tkanki żywymi niteczkami jak w maju czy kwietniu. Tam woda ledwo sączy się i zapowietrza naczynia. Podobnie przez letnie upały będzie pracowała cała korona. Siadamy więc zmęczeni pod peleryną z liści, którą posadzona tu lipa nosi nad ludźmi przez całe lato i sama się pod nią wyparza. To wszystko w mieście ma swoją nazwę.

Patrząc na drzewa, mówi się o ich tak zwanych usługach ekosystemowych. Usługi ekosystemowe się spienięża. Jest też mowa o redukcji wysp ciepła, poprawie jakości powietrza. Ale dla kogoś, kto bada drzewa, wygląda to tak, że oto stoi pień w misie wyciętej w chodniku, ziemia zbita od kroków i kół, rura do podlewania (z retencji! retencji!), a pod nią to, co korzeń dostanie pod płytą: nie te fantastyczne zapętlania własnego ciała w macierzy gleby i wolności, nie kontakty z innymi, symbiozy i pasożytnictwa, a ściśle zaprojektowana przestrzeń na rozwój korzenia, ograniczona przez fundament, skrzynki antykompresyjne, by miasto nie zwaliło się na korzeń z całym swym naprężeniem. Masz żyć tu. Życie miejskich drzew ulicznych przewidziane jest na około dwadzieścia-trzydzieści lat. Sukcesem graniczącym z niemożliwością jest obecnie posadzić drzewo w mieście z pewnością, że będzie żyło za lat pięćdziesiąt. I jest to życie cały czas, bardziej lub mniej, w stresie fizjologicznym, bardziej lub mniej umęczone. Jak to jest, że ten sam gatunek poza ulicą mógłby żyć wiele razy dłużej, całe ludzkie pokolenia, a tu raczej zacznie zamierać lub umrze za naszego życia?

Bo jest za ciepło, a dla drzew wręcz dziwnie ciepło. Latem w mieście ciepło to jest nie tylko kosmiczne, odsłoneczne. Bywa bardzo przyziemne, ludzkie. W mieście bowiem ogromne ilości ciepła pochłaniają nie tylko bryły wystające na słońcu, zwane budynkami, ale też masy schowane pod ziemią. Dodatkowo miasto potrafi ogromnym nakładem energii kanalizować ciepło. Utrzymuje swój chłód w jednym miejscu kosztem gorąca w innym. To zupełnie inna historia niż przepływy ciepła i chłodu w lesie czy na łące, bo nawet w najbardziej ordynarnej uprawie sosnowej w lesie gospodarczym istnieje wieczorna wilgoć, nocne skropliny, chłód w glebie, gdy nie ma światła nad koroną. W mieście mamy beton, a on, tak jak i kamień, nagrzewa się w dzień i długo po zmroku oddaje ciepło, także w dół, do korzeni. Klimatyzatory wyciągają je z mieszkań na ulice i dokładają do niego ciepło pracy urządzeń, więc im upalniej, tym więcej ludzi chłodzi u siebie i tym goręcej robi się na zewnątrz. Drugiej zasady termodynamiki nie da się obejść. Więc chcemy, żeby to gorąco, które w dużej części sami w mieście produkujemy, wzięło potem z powrotem drzewo. I chcemy nie tylko tego, bo koniecznie musi też uspokajać miejski widok, łagodzić atmosferę, działać, jak to kiedyś powiedział pewien miejski przyrodnik, na naszą higienę psychiczną.

O prawie do cienia myślę najczęściej dopiero wtedy, kiedy latem zwierzęceję w mieście, gdy moje ciało za mnie zaczyna wybierać trasę. Trzyma się ściany, omija środek placu, mija ławkę i przystaje tam, gdzie akurat pada ciemniejszy pasek od muru, kiosku, narożnika, rozkładu jazdy. Idę dłużej, nadkładam drogi, byle pod okapem, pod drzewem, byle wzdłuż ocienionej pierzei, i dopiero potem zauważam, że wybrałam tę stronę ulicy, której wcale nie chciałam. Na przystanku ludzie stoją zbici na wysepkach bez słońca, plecami do upału, choć dalej jest pusto i wolnego miejsca w bród. Nikt się nie umawia, nikt nikomu nie ustępuje, a jednak wszyscy razem, bardzo powoli, przesuwają się w tę samą stronę, w miarę jak cień ucieka po chodniku. Ta solarna choreografia, wachlarzyki trzepocące i powolność przypominają mi sawannę i jej parasole akacji. Razem z lwami i lampartami w cieniu akacji chowają się też słonie, antylopy, zebry, guźce.

Kiedyś cień w gorącym mieście wycinano z kamienia. Cień i chłodne powietrze były cennym elementem przyrody w mieście, które pielęgnowano, zatrzymywano, by zostały jak najdłużej. Już Witruwiusz radził odwracać ulice od dominujących, gorących wiatrów, żeby nie wiały wprost wzdłuż nich. Przez następne stulecia południe Europy budowało z myślą, jak nieożywionym kształtować przestrzeń do życia w mieście: o chłodzie, cieniu, wodzie, grubości muru i kierunku powietrza, bo inaczej lata nie dało się przeżyć. Grek obstawiał agorę stoą, długą halą otwartą z jednej strony i nakrytą głębokim dachem na kolumnach, dla światła i chłodnego powietrza. Rzymianin odwracał dom od ulicy ku wewnętrznemu dziedzińcowi z płytkim basenem i wystawiał na zewnątrz głuche, grube ściany. Dom andaluzyjski powtarzał to w patio, gdzie woda i cień trzymały noc aż do popołudnia. Ściana z kamienia na metr ma taką bezwładność cieplną, że dzienny upał dochodzi do wnętrza dopiero późnym wieczorem, a wąskie ulice między wysokimi ścianami zacieniają się same. To nieożywione składniki rzeczywistości wykorzystywano, by tworzyć miasta jako miejsca do życia. Bolonia dosłownie wprowadziła prawo do cienia, bo statutem z trzynastego wieku kazała mieszczanom budować nad chodnikiem podcienia – ma ich dziś kilkadziesiąt kilometrów – żeby dawały cień i schronienie przed deszczem. Całość zapisana jest jako część wspólna wszystkich mieszkańców miasta.

My budowaliśmy miasta odwrotnie. Klimat mieliśmy inny niż południe Europy, więc i wzorów stamtąd nie trzeba było brać. A jednak dziś wciąż stawiamy wieże ze szkła, gęste, betonowe osiedla, które nagrzewają się w słońcu i muszą być chłodzone od środka. Między nimi zostają wąwozy z kamienia, w które miasto jak lokomotywa wyrzuca kłębowiska ciepła, by chłodzić swoje pomieszczenia. Ale za to wykonuje się nasadzenia kompensacyjne. Chmielną w Warszawie, wąską ulicę, na której historycznie nigdy nie było drzew, obsadzono niedawno osiemdziesięcioma ośmioma drzewami wpuszczonymi w granit, z ukrytą siecią kroplującą, bez której w takim miejscu trudno byłoby im przetrwać. Ulica jest wąska, płyty leżą równiusieńko, ruch pieszy przelewa się ociężale. W ten wykuty przez nas wąwóz wsadzamy las, żeby studził nam jego dno. Jak długo będą żyły te drzewa, w jakim towarzystwie innym niż ludzie, gołębie i psy? Zwykle są to tysiące gatunków mikroorganizmów, grzybów, bezkręgowców. Kto drzewa odwiedzi, poza nami i kilkoma ptakami, którym w mieście, gdy jedzą z posadzki okruchy, blisko do udomowionych kur? Kto będzie patrzył na drzewa?

Na ulicy Złotej wysadzono drzewa, które jak mówią – dadzą radę, na przykład wiązy z grupy Resista. Wiadomo, że jest też presja, by zieleń miejska była rodzima, ale dość estetyczna, tania w utrzymaniu, bezpieczna, retencyjna, raczej niewysoka tam, gdzie niepożądane byłoby ograniczenie widoczności, długo kwitnąca, ale nieowocująca tak, by brudzić, wysoka tam, gdzie trzeba przykryć pustkę. Ma nie pylić za bardzo, nie wchodzić korzeniami w rury, nie podnosić płyt, nie mieć martwych konarów, nie starzeć się brzydko, nie chorować po posadzeniu, szybko dawać efekt i najlepiej wyglądać dobrze już w dniu odbioru. Dlatego sadzi się wielkie drzewa, choć to właśnie one najgorzej znoszą przesadzenie i z trudem rozwijają korzenie. Na samosiejki nie ma w mieście nikt cierpliwości, choć akurat tu selekcja naturalna byłaby bardzo pomocna.

Zastanawiam się czasem, ile życia mieści się jeszcze w miejskim słowie „utrzymanie”. Utrzymać zieleń znaczy najczęściej przyciąć, podlać, wymienić, zabezpieczyć, usunąć, odchwaścić, skosić, prześwietlić, uformować, sprawdzić, czy nie zagraża. Utrzymuje się też drzewa przy życiu. By były. By były też ptaki i owady, najlepiej oczywiście rodzime zapylacze. By miasto mogło udawać, że jest parkiem, w którym ludzie znaleźli się przypadkiem, jakby bez niszczenia, bez wprowadzania ogromnych mas materii zasłaniających ziemię i nagrzewających lato. Rzadziej znaczy budować dalej od siebie, zostawić liście pod krzewem, nie skosić kawałka trawy, pozwolić ziemi nasiąknąć, poczekać z cięciem, pogodzić się z tym, że coś przekwitło, pożółkło, urosło nierówno, ma dziuplę, grzyba, owady, ślad po suszy. Żywym w mieście coraz trudniej żyć przez sumę drobnych wymagań, które odbierają im wodę, ciemność, glebę, czas i prawo do gorszego wyglądu, bo tu drzewo musi przecież też wyglądać, patrzy się na nie częściej niż na to w polu czy łące. Tu nawet noc nie ciemnieje, miasto świeci iskrzącą czapą, którą da się namierzyć z dziesiątków kilometrów.

A może jednak przydałoby się więcej ciemności, nieużytków, zgnilizny i rozkładu? Uparliśmy się na drzewa tam, gdzie mają tak trudne i krótkie życie.

Prawo do cienia, do chłodu w upalne lato, musiałoby być zabezpieczane wcześniej niż na etapie sadzenia drzew. Na etapie planowania szerokości ulicy, odległości między domami, podejmowania decyzji o tym, czy zostawia się ziemię w podcieniu oddanym ludziom do spacerowania, lub o tym, czy plac musi być gładki i jasny, z kilkoma dziurami na drzewa, żeby wyglądał na zadbany. Dla drzew lepiej, gdyby nie było ich na tym placu. Jeżeli mają być, to w dziczy, w miejscach, gdzie nie będziemy wchodzić. Czy stać nas na to z miłości do przyrody? Prawo do cienia musi dotyczyć także drzew, bo inaczej będzie tylko prawem człowieka do korzystania z organizmu ulokowanego w miejscu, w którym sam ma za mało wody i gleby, za dużo soli i dwutlenku węgla, za dużo światła i nocnego ciepła w korzeniach, a do tego wystawia się mu rachunek za cały katalog usług ekologicznych.

Udostępnij

Urszula Zajączkowska

poetka, botaniczka, profesorka w Katedrze Biologii Lasu i Ochrony Przyrody SGGW w Warszawie. Autorka książek poetyckich: Atomy, minimum (uhonorowana Nagrodą Fundacji im. Kościelskich), piach (nagroda miesięcznika „Nowe Książki”). W 2019 roku wydała esej Patyki, badyle (nagrodzony między innymi Złotą Różą Instytutu Książki i Nagrodą Literacką Gdynia 2020), a w 2025 była autorką koncepcji i współrealizatorka instalacji Przednówek wystawionej w Pawilonie Polski na Expo w Osace. Inicjatorka powstania Gaju Pamięci Wołomińskich Żydów w Wołominie oraz pomysłodawczyni i dyrektorka programowa Festiwalu Literackiego „Znaczenia”