zrzut_ekranu_2026-09-07_151343.png

Fragment grafiki pochodzącej z projektu „Feral Atlas”.

Chodzę po zwichrowanej powierzchni

Anna Ptak
W numerach
07 wrz, 2026
Lipiec
Sierpień
2026
7-8 (833-834)

SUKCESJA
We współczesnej humanistyce i urbanistyce dokonuje się reinterpretacji nieużytków jako przestrzeni regeneracji i bioróżnorodności. Post-antropocentryczna perspektywa badawcza i praktyki architektek, antropolożek, fitosocjolożek, artystek i autorek wiążą nieużytki z naturalną sukcesją. Są one postrzegane jako przestrzenie niegdyś poddane niszczącej dla przyrody działalności ludzi, obecnie zaś przez ludzi zapomniane, porzucone, dzięki czemu roślinność i procesy glebotwórcze rozwijają się tam samoistnie. Rozumiane przez pryzmat naturalnej, wtórnej sukcesji biologicznej, nieużytki są reinterpretowane jako obszary potencjału, regeneracji, alternatywnych praktyk.

Problematyzowane w obrębie miejskich ekosystemów nieużytki tworzą zespoły ruderalne, czwartą przyrodę. W typologii Ingo Kowarika, niemieckiego botanika i ekologa badającego sukcesję roślinności na terenie Berlina, czwartą przyrodę od innych zespołów odróżnia ekologiczna wynalazczość. „Pierwsza” przyroda, kojarzona z klasyczną dzikością, istnieje bowiem niezależnie od ludzkiej ingerencji (lasy, mokradła, nienaruszone ekosystemy) i w ramach określonych warunków klimatycznych ma ograniczony zestaw współistniejących organizmów. „Druga” przyroda, ta przekształcona przez człowieka w celach produkcyjnych (rolnictwo, uprawiane lasy, łąki), jest zależna od ciągłej ludzkiej interwencji. Celowo zaprojektowana i utrzymywana dla celów estetycznych i rekreacyjnych roślinność (parki, ogrody, miejska zieleń) to wysoce kontrolowana „trzecia” przyroda. „Czwarta” przyroda obejmuje w posiadanie obszary głęboko zmienione przez ludzi, a następnie porzucone (bocznice kolejowe, tereny poprzemysłowe, puste działki, hałdy). Charakteryzuje je samoorganizacja, spontaniczna sukcesja ekologiczna, hybrydyczne zgrupowania gatunków i często wysoka bioróżnorodność. Kowarik nazywa ją „nowomiejską dzikością”1.

W skali regionów o charakterystycznych cechach krajobrazu operuje ogrodnik i architekt krajobrazu Gilles Clément. W szczelinach między planowanymi i zorganizowanymi przez człowieka obszarami pleni się życie. Skalowalność tego zjawiska prowadzi Clémenta do wizji „globalnego ogrodu”, wspólnej przestrzeni przyszłości. Postuluje: „Pozainstytucjonalny charakter użytkowania trzeciego krajobrazu jest najlepszym sposobem zagospodarowania”2.

Biologiczna sukcesja, operująca w skali mikro i makro, zmienia i rozszczelnia programy polityk pamięci. Ochrona miejsc i obiektów pamięci ‒ w myśl krytycznych studiów nad dziedzictwem – może opierać się na innych niż ochrona przed erozją i biodeterioracją praktykach. Mikołaj Smykowski, który prowadził etnograficzne badania porostów znajdujących siedlisko na macewach w lapidarium w Lesie Rzuchowskim, leśnej części Obozu Zagłady w Chełmnie nad Nerem, proponuje, by dynamiczne procesy biologiczne włączyć do dziedzictwa rozumianego jako współwytwarzane przez różnych autorów, „nie jak na proces prowadzący do ich utraty, rujnacji czy destrukcji, co raczej w kategoriach «naturalnej» konsekwencji ekologicznych procesów, które z punktu widzenia biologii są nie do powstrzymania” . „Kuratorowany rozkład” aktywizuje projekt dziedzictwa obarczonego traumą3, uczestniczy w projektowanych przez ludzi programach zdrowienia, fitoremediacji. Anna Tsing, która bada krajobrazy po kapitalizmie i sukcesję życia w zniszczonych środowiskach, uznaje, że nie można postrzegać nieużytków jako wyjątku, marginesu, pozostałości. Manifestem tego programu antropologii środowiskowej jest publikujący badania setek autorów projekt Feral Atlas4. Nieużytki stały się modelowymi krajobrazami antropocenu. Badając indyjskie Bengaluru, ekolożka i autorka Harini Nagendra nie wyróżnia już typów ekosystemów w mieście, a w miejscach, gdzie tworzą się i są utrzymywane przyrodnicze enklawy, nieważne jak duże, granica między „nieużytkiem” a „użytkiem” jest mniej istotna niż praktyki troski, dostępu i współzamieszkiwania5.

W różnych dyscyplinach niemal równocześnie pojawiają się prace pokazujące, że tereny poprzemysłowe, nieużytki, hałdy, pobocza infrastruktury, ruiny, nie są przeciwieństwem natury.

Stają się miejscami powstawania nowych ekologii. Niegdyś stracone, dzisiaj, dzięki roślinnym i zwierzęcym aktorom, pomagają w wytwarzaniu odpornych, adaptacyjnych, związanych z siedliskiem przestrzeni życia organizmów. Ekokrytyczna ich rewaloryzacja niesie zaś ze sobą przesłanie (trudnej) nadziei.

WALD
Rozciągająca się na szerokość około kilometra mozaikowa połać ziemi między wsią Opolno-Zdrój a wyrobiskiem odkrywkowej Kopalni Węgla Brunatnego „Turów” działa na zurbanizowaną wyobraźnię i emocje. Tu włóczę się i spaceruję od kilku lat, czasem sama, czasem w towarzystwie mieszkańców Opolna, a czasem z artystkami, które pracują z bujnością łąki. Od zachodu ogranicza tę przestrzeń pas lasu i pola uprawne wzdłuż drogi powiatowej nr 2361D łączącej Bogatynię z Zittau. Od wschodu – zbiorniki retencyjne kopalni i stawy rybne. Jej symboliczną wschodnią granicą może być również kanał Jaśnicy, wzdłuż którego mieszkańcy Opolna jeszcze niedawno mogli dojść na peryferia Bogatyni, nie narażając się na konfrontację z pędzącymi po nierównej, pełnej wybojów i pozbawionej pobocza szosie samochodami.

Od tego roku Bogatynię i Opolno łączy nowa nawierzchnia drogi i droga rowerowa. Dla mieszkańców wsi to duże wydarzenie, podobnie jak promesa rewitalizacji historycznego parku, przyznana w ramach programu Odnowy Wsi Dolnośląskiej. To te inwestycje pozwalają zachować więź z centrum – czy to własnej wsi, czy gminnej Bogatyni, czy kraju. Są śladem obietnicy, że mała wieś nie zostanie porzucona w planach modernizacji, ponosząc koszta podtrzymywania energetyki węglowej dla dobra ogółu. Obecnie obowiązującą „włączającą” doktryną jest bezpieczeństwo energetyczne państwa, które zdaje się zastępować konieczność opracowania alternatyw ekonomicznych dla osób pracujących w kopalni, elektrowni i zależnych od nich przedsiębiorstwach. Ten kierunek patrzenia, w stronę centrum, ogółu, gminy działa też w odniesieniu do uwagi. Infrastruktura przyłącza, ale i wysysa, pozwala odwrócić wzrok od miejsc, które rozsnuwają się we wcale nie metaforycznym sensie ku obrzeżom wsi. Ciągnąca się tam ku granicy wyrobiska łąka jest tego strzępienia żywą manifestacją.

Worek Żytawski (Żytawa to niemieckie Zittau) zwany też Turoszowskim włączono w granice Polskiej Republiki Ludowej w  1945 roku, w 1962 otworzyła się elektrownia. Kombinat Turoszowski został zlokalizowany na samym południowo-zachodnim krańcu PRL – przy granicy z Niemiecką Republiką Demokratyczną i Czechosłowacją – ponieważ tam znajdowało się złoże węgla brunatnego zasilające wówczas elektrownię Hirschfelde (było tak aż do 1982 roku, przez trzydzieści pięć lat kopalnia pozostawała elementem transgranicznego systemu). Kopalnia i elektrownia Turów nie były pomyślane jako elektrownia dla regionu Bogatyni czy Dolnego Śląska, lecz jako peryferyjna infrastruktura wydobywczo-wytwórcza zasilająca centrum kraju. Odkrywka, elektrownia i linie 220 a potem 400 kV powstały jako jeden zintegrowany system: krajobraz nowego pogranicza został podporządkowany produkcji energii dla odległych ośrodków przemysłowych i miejskich. Główni odbiorcy energii (Warszawa, Łódź, Górny Śląsk i rozwijający się przemysł centralnej Polski) znajdowali się setki kilometrów dalej.

Kształt Worka na mapie drażni do dziś, jest jak wyrostek wciśnięty między Niemcy i Czechy: polskie terytorium w jego gardzieli, między budynkami na Grunauer Strasse w Ostritz a drogą nad strumień w Habarticach u Frýdlantu, to zaledwie pięć kilometrów. Odkrywka zbliża się do Czech, w niektórych miejscach jest już dwieście metrów od granicy. Nie mogę uwolnić się od obrazu dziury w ziemi, pochłaniającej wsie, pagórki i lasy. Jeszcze w latach trzydziestych został zlikwidowany Turoszów (niem. Türchau; zostało kilka domów), potem, w latach 1940-1948 Nadrzecze (niem. Giessmannsdorf). Wsie znikają też pod zwałami nadkładu, mas ziemi i skał zerwanych, by dostać się do znajdujących się pod nimi pokładów węgla: Zatonie (niem. Seitendorf, kilka budynków znajduje się w obrębie kombinatu), w latach osiemdziesiątych Strzegomice (niem. Dornhennersdorf). Wigancice Żytawskie (niem. Weigsdorf) zostały wyludnione i częściowo wyburzone, ostatecznie nie doszło tam jednak do usypania zwałowiska.

Najbliżsi sąsiedzi Opolna-Zdroju zostali wchłonięci przez odkrywkę już na naszych oczach: w latach osiemdziesiątych wyrobisko zabrało Biedrzychowice Górne (niem. Friederichsdorf), w latach dziewięćdziesiątych ‒ Rybarzowice (niem. Reibersdorf), w latach nastych dwudziestego pierwszego wieku ‒ Białopole (niem. Sonnenfeld, zostały nieliczne zabudowania po drugiej stronie okalającej kopalnię szosy). W dziurze zniknęły też dawne połączenia, drogi i sieci kolejowe, na przykład te łączące Opolno-Zdrój z Rybarzowicami i leżącą już po niemieckiej stronie Zittau i Dreznem, aleje drzew owocowych między sąsiadującymi wsiami, rzeki i kolor na mapie, aż do kanciastej kreski oznaczającej granicę.

Zatem ‒ łąka. A w zasadzie nie łąka, tylko Las: to miejsce też miało nazwę, Wald, gdy Opolno-Zdrój było saskim Bad-Oppelsdorf, a potem przez chwilę Lasem i Borzynią6 – w okresie przyłączania. „Stare Opolno” – mówią mieszkańcy – jego rolnicza, wiejska dzielnica. Naciągnięte w stronę Polski dziury pruje się z obu stron. Z jednej strony, od Opolna, popadają w ruinę zabudowania ostatnich pensjonatów dawnego uzdrowiska, wygaszonego i zamienionego w osiedle robotnicze kopalni. Z drugiej strony strzępi się piachami i iłami, łachami bielicowych gleb, fragmentami korzeni odsłanianych najpierw kołami ciężkiego sprzętu rozjeżdżającego górną warstwę gleby, zanim ostatecznie żywą warstwę zerwie koparka. Gdy przerwie się nici osnowy, struktura w tkaninie w miejscu uszkodzenia się rozluźnia. Wątek traci stabilne podparcie, powstają przetarcia, splot się gubi, tworzą się inne osie napięcia, zgrubienia. Taki właśnie ‒ sfałdowany, zwichrowany Las/Łąka jest dzisiaj. Chodźmy.

DRZEWA
Ruinę domu zasypuje się żwirem do poziomu fundamentów. Ponoć rok później na żwirze wyrastała dziewanna ‒ tylko raz, dziewanna nie lubi konkurencji ze strony wysokich traw. Jej obecność mówi: „teren jest świeżo zaburzony, otwarty i jeszcze niezdominowany przez późniejsze stadia roślinności”. Dziewanna jest rośliną epizodyczną, nie tworzy trwałego typu krajobrazu, lecz przejściowy stan. Wysoki pęd z żółtymi kwiatami wypuszcza tysiące nasion, po czym obumiera. A później już pokrzywa, powój i cała reszta szybko ujednolicają w swojej różnorodności krajobraz, pozostawiając opowiadanie nierównościom terenu, słupom elektrycznym z zerwanymi przewodami i dziczejącym, ale wciąż intensywnie owocującym sadom. Takie żwirowe place tej wiosny są jedynie dwa, resztę przejęła łąka i dziura. Na ten spacer idę z Przemkiem Kiślakiem, mieszkańcem Opolna, pracownikiem „Turowa”. Opowiada:

Pierwszy dom dawnego gospodarza. Była taka rodzina, Czortowicz na nazwisko mieli. I to już był typowo dom nie jakiś uzdrowiskowy, tylko gospodarski. No i ta łąka też należała do nich. Niewiele z niego zostało, ale tam taka lipa wiekowa rośnie. Jak było podwórko zadbane bez tych mniejszych krzaków, to ona się wyróżniała. Tam będzie więcej takich drzew i posesji.

Dotąd patrzyłam głównie pod nogi, próbując rozeznać się w bujności roślin porastających dawną wieś. Teraz, dzięki niemu, uczę się, jak układ dawnych działek rozpoznać dzięki drzewom. Widzimy lipy – osadzające domy w miejscu, świerki ‒ sadzone, żeby odgradzać. Na dawnych skrzyżowaniach i przy nielicznych w Waldzie piętrowych domach – pojedyncze reprezentacyjne okazy: czerwony buk, platan, dąb. Olbrzymie, dorodne, stare. W oddali rząd topoli, to linia dawnego starorzecza, zanim rzeczka Jaśnica została przeniesiona przez kopalnię do kanału, za wał. Gdzie są śliwki, zwane tu wodziankami, gdzie był największy sad czereśniowy, na trzydzieści drzew, albo jabłonie dające pachnące jabłka, różowe też pod skórką. Grusze dają już owoce małe i cierpkie, uciekły z ludzkich posad.

„Dla mnie to one mają charakter świadków tej całej historii, że ludzie się wyprowadzili, a te drzewa, często jeszcze poniemieckie, owocowe, one nadal zostały, jakby tacy mieszkańcy, którzy tu zostali” ‒ mówi Przemek. Na „starym Opolnie” stał dom Kiślaków. Dziadek Przemka przyjechał do Opolna z Podlasia w 1954 roku, jego przyszła żona z Grodzieńszczyzny w 1946. Przydzielano im wtedy domy w Opolnie i pracę w kopalni. Drudzy dziadkowie wylądowali w Rybarzowicach. Mamę Przemka kopalnia już wysiedlała dwa razy. To, że ludzie nie zostają na miejscu, jest tu zwyczajniejsze niż byśmy to chcieli przyznać: zamieszkiwanie to stan przejściowy. Przywiązanie niektórych Opolnian do tego miejsca wyraża się w uporczywych spacerach.

Zaczynają się te promenady zazwyczaj na Kasztanowej, ulicy łączącą istniejącą i nieistniejącą część miejscowości, która biegła aż do stacji kolejki. Zawracają przed odkrywką, drogą prowadzącą wzdłuż uprawy kukurydzy, służącą za schronienie dzikom i sarnom (w tym roku jest ugór; gdzie chowają się sarny?).

Po drugiej stronie drogi, pod postacią siejek brzóz powraca las. Kukurydza jest linią horyzontu, dziury nie widać, za to po widnokręgu sunie „nasz Tytanik”, jak na innym spacerze – powiedziała inna miłośniczka Opolna o elektrowni wyrzucającej z kominów chłodni kłęby pary, płynnie przechodzące w obłoki. Wracają do miejscowości, mijając zarastające sady czereśniowe i falujące morze pnączy porastających betonowe pozostałości stacji trafo. W Opolnie pamięta się na piechotę, wszystkie inne sprawy trzeba załatwiać samochodem albo autobusem do Bogatyni.

Do drzew wracają czasem dawni właściciele, drzewa też podążają za ludźmi dalej. Przemek opowiada:

Mój dziadek był pszczelarzem, co nie? I tutaj było pełno pszczół, tu był żywopłot. I tam stoi stara jabłoń, widać ją pięknie. Ona dalej stoi, to jest na pewno poniemiecka jabłoń, która została tu świadkiem tego właśnie domu. A te robinie rosną od momentu, kiedy mój dziadek, jak hodował tu pszczoły, to je tutaj sprowadził, zasadził skądinąd, żeby czerpać miód akacjowy. Często bywało tak, że jak domy tu były burzone w Opolnie, zaraz ludzie przychodzili, wycinali sobie drzewa na opał i tak dalej. A że akacja jest cenionym drzewem opałowym i budulcowym, praktycznie została wyrżnięta w pień. Ja wtedy nie zdążyłem, bo nawet ja chciałem zabrać przed kimś, bo czułem się, że to są moje po dziadku. Ale teraz, zobacz, została wyrżnięta w pień, a ona tu powróciła. Widzisz? Z pędów i tak dalej. I dziadek ją tu zasadził pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat temu. I ona tu dalej z powrotem wyrośnie. I też sobie postanowiłem, że muszę ją do siebie na działkę z tych odrostów przesadzić.

Sadzonki drzew, siewki, odrosty nie zatrzymują czasu. Włączane do praktykowanej przez spacery przeróbki, przydomowe ogrodnictwo pielęgnacji możliwych przyszłości, równocześnie przyspieszają zniknięcie wsi.

ŁĄKA
Wróćmy też jeszcze na chwilę do dziewanny: jeśli pozostaną zakopane w glebie, jej nasiona mogą zachować zdolność kiełkowania niezwykle długo. Po stu czterdziestu latach od zakopania przez botanika Williama Beala butli z setką nasion, dwadzieścia które wykiełkowało, należało właśnie do dziewann7. Wysiane nasiona będą ukryte w glebowym „banku”, dopóki miejsca nie rozjadą koparki, darń nie zostanie zerwana ‒ wtedy może zakwitną jeszcze raz. A te, które kwitły na ruinach domów, należały pewnie jeszcze do czasu sprzed uzdrowiska, wsi, kolei.

Powstanie nowego ekosystemu na terenach przeznaczonych do przyszłego wydobycia splata ze sobą porządki czasowe: nie linearnie, ale w różnych rytmach, okresach, skalach. Z drogi przez Las/Łąkę zejdziemy z osobami, dla których otwarcie terytorium na interakcję między roślinnością ogrodów i pól a organizmami uśpionymi w ziemi, przyniesionymi przez zwierzęta i nawianymi przez wiatr, jest szansą, by opowiedzieć miejsce w innym czasie niż miniony.

Żeby zapoznać się z dziurawcem, trzeba usiąść. Na takich osobistych spotkaniach z roślinami opiera swoje warsztaty Julia Krupa współtworząca kolektyw Chwaściarnia. Za boiskiem w Opolnie uczestnicy warsztatu zielarskiego w 2023 roku dali się prowadzić roślinom. Najpierw odpowiadali uwagą: któreś rośliny się wyróżniały, inne pozwalały się zbliżyć, przyciągały kolorem albo zapachem. Potem, inspirowani pytaniami przez artystkę-zielarkę, opowiadali roślinę po swojemu: wrażenia z dotyku liści, wyobrażenia na temat możliwego kształtu nasiona czy kwiatu. Na koniec dopiero konsultowali swoje obserwacje z wiedzą osadzoną już w zielarskich czy botanicznych atlasach.

Dla Krupy ważne jest zachowanie śladu równocześnie spekulującej i empirycznej interakcji. Osoby uczestniczące rysują fragment łodygi lub liścia, pozostawiając widocznymi jedynie punkty kończące szkic. Następna osoba kontynuuje rysunek. Tak jak w znanej zabawie w „papieroska”, gdzie powstaje absurdalna historia pisana przez kilka osób, tak rysunek zapisuje proces wspólnego uczenia się, który zdarza się dzięki roślinnej mediacji. Dla prowadzącej możliwość powtarzania warsztatu jest procesem uczenia się, dostrzegania wzorów, powtarzalnych zależności. Julia podaje przykład mięsistości liści, czego rozpoznanie w skali wymaga wielu dotyków, i co może prowadzić do dalszych porównań ich właściwości: czy mięsistość liści wiąże się z możliwością wykorzystania rośliny we wspieraniu leczenia chorób oddechowych? Osoby uczestniczące mogą z nową wrażliwością spojrzeć na „chwasty”, docenić obecność roślin w otoczeniu.

W 2021 roku Wiktoria z Mają Janczar i Weroniką Zalewską farbowały tkaniny wcierkami z roślin zbieranych na terenie działek dawnego Waldu. Barwierskie właściwości niektórych roślin były im znane: nawłoć, kalina, malwa, fiołki tradycyjnie wykorzystywane są do koloryzacji. Inne zostały użyte z ciekawości: jaki dadzą efekt? Artystki wykonywały pracę przez trzy dni na trawniku wzdłuż ulicy, wcieranie zaangażowało też kilku mieszkańców Opolna i uczestników pleneru artystycznego Opolno 20718 . W działaniu chodziło o włączenie przyrody w świętowanie powrotu uzdrowiskowej roli wsi po zakończeniu działalności kopalni i elektrowni, w celebrację zdrowienia i wypoczynku. Z barwionych tkanin powstawały w opolniańskiej świetlicy kostiumy na paradę w formie retro-futurystycznego spaceru kuracjuszy, która wieńczyła plener.

Rok później Julia Ciunowicz zaproponowała tkanie kilimu z roślin zebranych w Waldzie. Jak opowiada artystka, zbieranie roślin w pobliżu ruin wytworzyło rodzaj intymności: wiedza o miejscu nie była czymś możliwym do zdobycia z dystansu, lecz kształtowała się w praktyce. Chodzenie, wyszukiwanie, macerowanie, wyplatanie angażowało artystkę na długie godziny, w czasie których to, co wiedziała o miejscu, przełamywało się w cielesnym doświadczeniu, w ruchu, w kontakcie z roślinami. Doświadczenie poprzedniego lata pokazało, że miejsce przed wiejską świetlicą, gdzie odbywało się wyplatanie, umożliwia spotkania, konfrontacje i rozmowy o tym, czym Opolno jest i czym mogłoby być.

Tkanie kilimu z „nieodpowiedniego” materiału było łagodną prowokacją, na którą odpowiadały i dzieci, znoszące ze swoich przydomowych ogrodów rośliny, które były przez nie dołączane do wyplatanki, i dorośli, którzy rozpoczynali rozmowę, próbując dojść do sedna tej praktyki. Jednym z takich znaczących splotów było powiązanie działania artystycznego z osobistą historią pracy w regionie Worka Turoszowskiego, nie tylko w kopalni. Wielu Opolnian pracowało też w Zakładach Przemysłu Bawełnianego „Doltex” w Bogatyni. Fabryki zostały zlikwidowane w na początku dwudziestego pierwszego wieku. Dla jednego z rozmówców Julii praca w „Dolteksie” była ostatnim doświadczeniem pracy w warunkach formalnego zatrudnienia. Mężczyzna dołączył do artystki z własnym niewielkim krosnem, uruchamiając pamięć swojego ciała w pracy z tkaniną.

Gdy nadchodzi wieczór, wyraźny staje się warkot koparek i taśm przenośników wyrywających urobek z tarasów kopalni na przeciwległej ścianie dziury odkrywki, prawie piętnaście kilometrów stąd i dwieście metrów w  głąb ziemi. Nikt nie chce być „ostatnim domem”, ale wedle prawa górniczego, sąsiad kopalni nie jest stroną w postępowaniu o koncesję i zmianę zakresu terenu górniczego. Łukaszewicze mieszkają tuż obok odkrywki, najbliżej obstawionego zakazami wjazdu obszaru kopalni. Już by woleli mieć spokój, zbudować się gdzieś, pod Szczawnicą czy Karpaczem, ale kopalnia już nie wykupuje. Irena już widziała jedną wioskę zabraną przez kopalnię. Rybarzowice, tam dorastała, zdaje się, że kochała. Do Opolna rzadko chodzi. Ma „swoje miejsce” – tam spędza najwięcej czasu, za domem, w patio-ogródku otoczonym pergolami i altanami, które robi Janusz ‒ dla siebie i na sprzedaż, na górniczej emeryturze.

Dróg już niby nie ma, ale ciągle ktoś jeździł, śmieci wyrzucał. Las/Łąka jest terenem wielu mobilnych praktyk, również nielegalnych i niepożądanych przez mieszkańców Opolna. Jedne, jak rozbieranie ruin w poszukiwaniu cennych metali i cegieł, wywózka i podrzucanie śmieci, narkotykowe kryjówki pozostawiają ślady. Inne nie, o obecności ludzi świadczą patrole ochrony kopalni i samochody krążące po, zdawałoby się, bezdrożach. I Janusz ten teren sąsiedzki Lasu/Łąki urządza, ustawia zapory z konarów, opon. Według kopalni i elektrowni teren już jest wywłaszczony. „Przejebane, nie ma nas. Siłę chciałem podłączyć, fotowoltaikę zrobić – i nie ma nas na mapie w starostwie!”, opowiadał w 2024 roku.

Łukaszewicze mają też wspólną pasję. Ze zbieranych na terenie Waldu owoców, ziół i kwiatów robią wino. Każda butelka oprócz materiału, na którym powstaje wino, i roku produkcji ma jeszcze dopisek: Janusz albo Irena. Małżonkowie życzliwie konkurują ze sobą w poszukiwaniu odpowiedniego smaku. Każda butelka to niespodzianka. Najciekawiej przebiega porównywanie wina z róży. Zastanawiają się, czy to kwestia dnia, w którym zebrali owoce, zmoczenia lub przesuszenia, cukru, czy drożdży w powietrzu. Jedno potrafi być słodkie, łagodne, inne cierpkie. Pijemy to wino, jest coraz weselej. Janusz: „za chwilę też będą mi zazdrościć. Ja tu sobie lutuję, łódki pospawam i po jeziorze będę pływał. Wtedy tu wszyscy będą chcieli mieszkać!”.

NADKŁAD
Żadne z opisywanych dotąd praktyk zapowiadających możliwą formę zbiorowego urządzania obszaru Lasu/Łąki nie mają znaczenia w obliczu decyzji o kontynuacji wydobycia węgla w kopalni Turów. Uwiedzione splątaną bujnością łąki możemy zapomnieć, że mając do dyspozycji infrastrukturę państwa-kopalni, nadkład można ściągnąć jak kołdrę. Ocena środowiskowa nie pozostawia złudzeń: „Inwentaryzacja przyrodnicza nie wykazała obecności cennych obiektów naturalnych. Obszar w otoczeniu wyrobiska górniczego jako całość nie cechuje się wyjątkowymi walorami środowiska przyrodniczego, nie należy się zatem spodziewać istotnego wpływu przedsięwzięcia w tym zakresie”9. Widzimy nie tylko, jak państwo ocenia środowisko, ale również jak tę ocenę zamienia w obowiązujące warunki eksploatacji krajobrazu.

Nieużytek ma w sobie ambiwalencję. Współczesne znaczenie nieużytku zostało utrwalone przez język ewidencji gruntów i katastru. Jest nie tyle opisem stanu środowiska, lecz kategorią administracyjną, która klasyfikuje ziemię według jej użyteczności ‒ a w zasadzie braku użyteczności gospodarczej – równocześnie zachowując, w procedurach administracyjnych, inny sens tego braku użyteczności: rezerwy inwestycyjnej. Wald formalnie nieużytkiem nie jest. Jest terenem kopalni. Ale doświadczenie krajobrazu zmienionego przez przemysł wydobywczy wyczula na to, że wytwarzanie nieużytku jako typu krajobrazu jest jednym ze sposobów uzasadniania przejmowania nowych terytoriów jako „pustych” lub „nieużywanych” i generuje przestrzenie toksyczne dla ich użytkowników. Nierówności terenu, trudność poruszania się po łące, którą stał się Wald, jest pierwszym sygnałem tego, że nieużytek kreślony jedynie po liniach na mapie podtrzymuje eksploatację peryferii przez centrum. Masa, objętość, substancja tego, co pod ziemią i nad nią, materialność cyrkulacji węgla, wody i powietrza, dryfu pyłu w zachodnim wietrze, odwodnionej glebie, to wszystko, co uczestniczy w kształtowaniu środowiskowego doświadczenia w strefie wydobycia, oporuje przed spłaszczeniem do funkcji horyzontu lub rubieży.

 

Materiałem, który posłużył do opracowania tego eseju, są rozmowy etnograficzne autorki z mieszkańcami Opolna-Zdroju i artystkami biorącymi udział w plenerach artystycznych oraz notatki z prowadzonych tam badań terenowych w latach 2021-2026.

  • 1. Ingo Kowarik Cities and wilderness. A new perspective, „International Journal of Wilderness” vol. 19, nr 3/2013
  • 2. Gilles Clément Manifest trzeciego krajobrazu, „Autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni” nr 3 (66)/2019.
  • 3. Caitlin DeSilvey Curated Decay. Heritage beyond saving, University of Minnesota Press 2017
  • 4. Anna L. Tsing et al. Feral Atlas: The More-Than-Human Anthropocene, Stanford University Press 2020, zobacz także: LINK.
  • 5. Harini Nagendra Nature in the City: Bengaluru in the Past, Present, and Future, Oxford University Press 2016.
  • 6. Waldemar Bena Polskie Górne Łużyce. Przyroda – Historia – Zabytki, Wydawnictwo Ad. Rem, Jelenia Góra 2025.
  • 7. Margaret B. Fleming et al. The 141-year period for Dr. Beal’s seed viability experiment: A hybrid surprise, „American Journal of Botany” vol. 110, nr 11/2023.
  • 8. Plener Opolno 2071 był pierwszym z serii spotkań artystycznych organizowanych przez Biuro Usług Postartystycznych w Opolnie-Zdroju. Więcej na stronie: LINK, Anna Ptak Sztuka syntezy nad odkrywką. Rocznica pleneru Ziemia Zgorzelecka, „Magazyn” SZUM, nr 35/2021.
  • 9. Anita Kuliś, Joanna Tomaszkiewicz, i Maria Kilińska (red.) Kontynuacja eksploatacji złoża węgla brunatnego Turów. Raport o oddziaływaniu na środowisko, PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna S.A., 2018.

Udostępnij

Anna Ptak

jest kuratorką sztuki współczesnej, współbadaczką w projektach teatralnych, architektonicznych i artystycznych. Pracuje nad rozprawą doktorską w dziedzinie antropologii środowiskowej poświęconej powietrzu w obszarach skażenia.