zrzut_ekranu_2025-04-18_162408.png

"Frankenstein", Teatr Współczesny w Szczecinie, 2024, reż. Grzegorz Jaremko, fot. Piotr Nykowski.

Pochód potworów

Tomasz Jękot
W numerach
18 kwi, 2025
Marzec
2025
2 (817)

KONTEKSTY POPULARNOŚCI FRANKENSTEINA NA POLSKICH SCENACH TEATRALNYCH
Przez polski teatr maszerują upiory. Czy nie dziwi nas fakt, że w ostatnich kilku latach osoby twórcze chętniej sięgają po powieści grozy niż po Hamleta? Swoisty pochód monstrów przez sale teatralne jest właśnie w swoim zenicie. Rzućmy okiem na najbardziej wyraziste realizacje samych tylko FrankensteinówDrakul: Teatr Wielki Opera Narodowa – kwiecień 2022 (Drakula), Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu – listopad 2022 (Frankenstein), Teatr Lalek Arlekin w Łodzi – grudzień 2023 (Frankenstein), Teatr Muzyczny w Łodzi – maj 2024 (Drakula), Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie – grudzień 2024 (Frankenstein), Teatr Współczesny Szczecin – listopad 2024 (Frankenstein), Teatr Miejski w  Gliwicach – luty 2025 (Drakula). A do tego planowany w Teatrze w Wałbrzychu na jesień 2025 roku spektakl Drakula. Złośliwcy mogliby pomyśleć, że następuje tutaj powielanie tematów, podobnie jak w przypadku eksploatacji tożsamości chłopskiej w literaturze. A może mamy do czynienia ze zjawiskiem dużo głębiej zakorzenionym w nowoczesnej kulturze? Co jeśli pod postacią potwora staje przed nami nowy barometr czasów?

Z nasileniem występowania upiorów, monstrów i innego rodzaju wampierzy mamy do czynienia najczęściej w czasie wzmożenia skrajnych ruchów politycznych. Parafrazując Marię Janion z jej Wampira. Biografii symbolicznej: „opowieści o monstrach pojawiają się głównie tam, gdzie ludzie dopuścili się czegoś strasznego”. Lęk i groza wypełzają na powierzchnię w odpowiedzi na polityczny klimat i ogólne poczucie osłabienia demokracji, w które wpędzają nas rządy ultraprawicowców i populistów. Pytaniem pozostaje, na ile artyści sięgają po figurę potwora świadomie, a na ile nie.

Może to zbyt śmiała teza, ale popularność największych potwornych opowieści (o krwiopijcach, wskrzeszonych trupkach i innych monstrach) łączy się w czasie z narastającym przesunięciem sceny politycznej w prawo. Nosferatu. Symfonia grozy Murnaua z 1922 roku poprzedza nieudany pucz monachijski Hitlera. Drakula z Belą Lugosim z 1954 pojawia się w czasie urzędowania prezydenta USA Dwighta Eisenhowera i szefa FBI J. Edgara Hoovera. Premiery powieści Jestem legendą Richarda Mathesona i Wywiadu z wampirem Anne Rice przypadają na czas prezydentur Eisenhowera oraz Gerarda Forda, Drakula – sławny film Coppoli z Garym Oldmanem – wychodzi w czasie rządów Georga Busha, serial HBO True Blood (pokazujący napięcia rasowe) za George’a Busha Juniora, a Nosferatu Roberta Eggersa trafia do kin na parę dni przed zaprzysiężeniem Donalda Trumpa. Nieumarli w (pop)kulturze rymują się z napięciem społecznym, wywołanym przez radykalizujące się prawicowe rządy, podczas gdy wersje komediowo-romantyczne tych samych stworów powstają zazwyczaj w czasie popularności bardziej lewicowego dyskursu (wymienię tylko Buffy: postrach wampirówSymfonię grozy o narzeczonej Frankensteina). Oczywiście temat nieumarłych idealnie wpisuje się w popową poetykę kultury Stanów Zjednoczonych. Wampiry i strzygi świetnie rezonują z popularnymi formatami hollywoodzkich produkcji. Prześledzenie podobnej linii zależności na kontynencie europejskim, z jego wszystkimi mikrouwarunkowaniami i lokalnymi politykami, byłoby dużo trudniejsze. A Polska? Z naszym zastępem Goplan i Świtezianek, Upiorów i Ofiar na pewno pogubilibyśmy się w gąszczu politycznych interpretacji. A  jednak ostatnie premiery pokazują, że dążymy do uwspólnienia globalnej metafory potwora. Popularność Frankensteina – albo dokładniej popularność Mary Shelley i jej powieści Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz – w polskim teatrze intryguje.

Pojawienie się Monstrum doktora Frankensteina w teatrach wiąże się nie tylko z narastającym klimatem grozy politycznej, ale też ze środowiskowymi zmianami klimatu. „Barometr czasów” można zatem rozumieć bardzo dosłownie, choć może termometr byłby bardziej adekwatny, w końcu wszystko wokół się gotuje. Powieść została przecież napisana w sytuacji olbrzymiego wahnięcia klimatu – w 1815 roku wybucha wulkan Tambora w Indonezji, pył wulkaniczny skutecznie blokuje dopływ promieni słonecznych do powierzchni planety, co powoduje katastrofalne w skutkach ochłodzenie. W 1816 roku Europa doświadcza jednego z najbardziej niezwykłych zjawisk pogodowych w nowoczesnej historii. Deszcze, burze i nieustające chłody sprawiają, że w 1816 roku w ogóle nie było lata. Społeczeństwo, którego funkcjonowanie w znacznym stopniu opiera się na produkcji rolnej, popada w ubóstwo, a głód i choroby stają się codziennością.

Choć Mary Shelley nie znała naukowej przyczyny tych zmian klimatu, w jej dziennikach pojawiają się wzmianki o „nienaturalnej pogodzie” i jej ponurym wpływie na nastroje ludzi. Sama atmosfera tego roku – złowieszcza, apokaliptyczna, jakby zapowiadająca koniec świata – wniknęła głęboko w jej twórczość. W powieści Frankenstein natura często jest groźna i nieprzewidywalna – pojawiają się burze i nadciągające bez ostrzeżenia śnieżyce – co może być echem doświadczeń z 1816 roku. Kolejna wielka powieść fantastyczna Shelley – The Last Man (Ostatni człowiek, do tego tytułu jeszcze wrócimy) eksploruje bardziej wnikliwie temat przyrody wymykającej się spod kontroli człowieka. „Rok bez lata” ma wpływ nie tylko na twórczość Shelley, ale także na szczyt europejskiego romantyzmu i co dla nas najważniejsze – rozwój science-fiction.

Do tej wybuchowej mieszanki klimatów politycznego i pogodowego warto dodać jeszcze jeden składnik, który przenika się z życiem i twórczością Mary Shelley i współczesnością – jest to choroba. Doświadczenie pandemii okazuje się być kolejnym motywem napędzającym popularność Frankensteina. Można uznać, że epidemie prześladowały autorkę – jej matka zmarła na chorobę zakaźną, jej pierwsza córka zaraz po porodzie zaraziła się śmiertelną infekcją (prawdopodobnie czerwonką), jej syn w wieku trzech lat zachorował na malarię, co skończyło się jego śmiercią. Nie są to oczywiście odosobnione przypadki, na początku dziewiętnastego wieku Europę nawiedzają epidemie cholery, malarii i tyfusu. Uwrażliwiona na ten temat Shelley zamyka go w swoim najważniejszym dziele – Frankensteinie (dżuma), ale też w mniej znanym Ostatnim człowieku. Ta powieść z 1826 roku to  pierwsze w historii literatury dzieło fantastyki naukowej o tematyce postapokaliptycznej. Akcja rozgrywa się w dwudziestym pierwszym wieku, w Europie dotkniętej globalną zarazą. Śledzimy w niej podróż-ucieczkę Lionela Verneya przez pustoszejący kontynent. Bohater opuszcza Anglię – centrum zarazy – i odwiedza najważniejsze miasta świata (Paryż, Rzym, Konstantynopol) w poszukiwaniu ocalałych. Wszędzie, gdzie trafia, panuje pustka i śmierć, upadek cywilizacji.

Europa w powieści Shelley staje się cmentarzyskiem – miasta, które kiedyś były pełne życia, teraz są jedynie ruinami. Brzmi znajomo? Puste miasta dawniej tętniące życiem to wspomnienie, które wyraziście odcisnęło się w zbiorowej świadomości i zostało z nami po pandemii Covid-19, kiedy świat dosłownie zatrzymał się na kilka miesięcy lockdownu. Pomimo olbrzymich strat okiełznaliśmy chorobę, ale obrazy z czasów pandemii pewnie jeszcze wielokrotnie powrócą, przepoczwarzone w najróżniejszej postaci (niech sukces serialu The Last of Us będzie tu najlepszym przykładem). U Shelley świat ludzki nie ma tego szczęścia, kończy się upadkiem. Prawdopodobnie ten pesymizm spowodował, że powieść nie doczekała się takiej popularności jak Frankenstein.

Tematyczna triada napięcia politycznego, zarazy i pogody przebija z ostatnich realizacji teatralnych na podstawie powieści Shelley, nawet wówczas, gdy Monstrum pokazywane jest w  konwencji komedii czy musicalu. Autorka byłaby na pewno zadowolona z takiej żywotności jej twórczości – w swoich czasach nie mogła niestety liczyć na popularność z powodu braku szacunku do kobiet-pisarek. Zresztą to właśnie okrucieństwo czasów (brak akceptacji dla inności, twarde reguły społeczne, coraz silniej rozwarstwiające się społeczeństwo) przebrało w kostium monstrum doktora Frankensteina – istotę, która gubi się w plątaninie zależności i relacji. Sama Shelley, pomimo życia w  otoczeniu intelektualnej elity epoki musiała uciekać przed własną rodziną, która nie akceptowała jej związku z poetą Percym Bysshe.

Pisarka obserwowała, jak szalejąca rewolucja przemysłowa popycha naukę w coraz bardziej zakazane i potworne rewiry. „Rok bez lata”, skrajne rozwarstwienie społeczne, zwykły strach przed utratą najbliższych dają jej do ręki narzędzia do pisania, ale brakuje jeszcze jednego elementu – chwytliwej historii. Inspiracje Shelley mogły sięgać dużo głębiej niż do ludowych opowiastek o duchach. Podejrzewa się, że najistotniejszą dla powstania Frankensteina była jedna z najbardziej makabrycznych afer epoki nowożytnej, która rozegrała się w siedemnastym wieku w ówczesnym Schlesien, dzisiejszym Dolnym Śląsku, w mieście o nazwie Frankenstein (dzisiaj Ząbkowice Śląskie).

Oczywiście ile z tego jest prawdą, a ile plotką, nie dowiemy się nigdy, ale jak głosi legenda, niepozorne śląskie miasteczko stało się sceną wydarzeń, które do dziś wywołują ciarki na plecach. Doszło tam do jednego z najbardziej tajemniczych procesów w sprawie nekromancji i wywoływania epidemii. Osądzono i skazano w nim na śmierć niewinne osoby. W siedemnastym wieku Dolny Śląsk był regionem targanym wojnami, epidemiami i przesądami. Mieszkańcy Ząbkowic Śląskich doświadczyli w tamtym okresie kilku fal epidemii dżumy, które siały spustoszenie w lokalnej społeczności. Przyczyn zarazy często upatrywano w  działalności sił nadprzyrodzonych i ogólnie pojętego zła.

innercastle.jpg

Zamek Frankenstein, Niemcy, domena publiczna.

Koniec 1606 roku w mieście to kolejny wybuch zarazy. W krótkim czasie zmarło wielu mieszkańców, wybuchła panika, której władze nie były w stanie opanować, dlatego zaczęto szukać winnych. Prawi obywatele Ząbkowic podejrzenia skierowali przeciwko grabarzom, których obowiązkiem było chowanie ciał ofiar. Można tylko domyślać się, czy wyniknęło to istotnie z jakości pracy grabarzy, czy z szeroko pojętej niechęci do tego zawodu. Wystarczyło na pewno, że jako nieliczni z mieszkańców nie zarażali się pomimo przebywania w skażonym środowisku. Ich praca ze szczątkami rozgrzewała wyobraźnię mieszkańców (nekrofilia była od zarania wieków jedną z przesłanek do posądzania o czary i wampiryzm). Władze miasta aresztowały kilku miejscowych grabarzy i oskarżyły ich o celowe zarażanie chorobą innych oraz kontakty z siłami nieczystymi. Jak dokładnie brzmiały zarzuty? Rozsiewanie dżumy poprzez smarowanie drzwi, klamek i zatruwanie studni tajemniczymi substancjami pozyskanymi ze zwłok, które miały powodować chorobę. Manipulowanie zwłokami, aby ożywiać zmarłych. Kontakty z duchami, zjawami i uprawianie nekromancji. Wykradanie ciał z grobów w złych celach (rytuały, perwersyjne praktyki seksualne, alchemia).

Nie dziwi, że poddani długim i srogim torturom, grabarze przyznali się do winy. Sąd w Ząbkowicach skazał ich na śmierć w publicznej egzekucji na miejskim rynku. Charakter egzekucji był zależny od ciężaru winy. Grabarzy palono żywcem, ścinano albo jedno i drugie – dla pewności. Opinia publiczna odnalazła upragniony spokój.

Siedemnastowieczna zaraza w Ząbkowicach Śląskich przegląda się w powieściowym procesie sądowym Justine Moritz z Frankensteina. Dla przypomnienia – została ona niesłusznie oskarżona o morderstwo dziecka. W obu przypadkach oskarżeni nie mieli żadnej szansy na sprawiedliwy proces, a dowody były niewystarczające lub sfabrykowane. Lęk, panika i potrzeba znalezienia winnego sprawiły, że zarówno grabarze, jak i Justine zostali skazani, jedni na stos, druga na stryczek, bo tak zadecydowała presja społeczna (jeden z nieodzownych składników udanej historii o Monstrum). Nie wiemy, czy Mary Shelley mogła usłyszeć o wydarzeniach we Frankenstein. Jej najbliższy krąg interesował się okultyzmem, gotyckimi legendami i tajemnicami niemieckiej historii, romantycy angielscy wyrośli przecież na fascynacji twórczością Goethego.

Zabawne, jak historie grozy znajdują swoje miejsce w popkulturze. Dzisiejsze Ząbkowice Śląskie nawiązują do swojej mrocznej historii, organizując Festiwal Krzyku, który upamiętnia wydarzenia z garbarzami, będące wątpliwą chlubą regionu. Postać Monstrum doktora Frankensteina można znaleźć na gadżetach promujących miasto – od magnesów po koszulki i czapeczki. Monetyzacja potwora jest równie przerażająca, co historia o nim. Monstrum u  Mary Shelley pokazane jest w  ciągłej ambiwalencji – pomiędzy rolami ofiary i  kata. W  Ząbkowicach stało się już tylko ofiarą marketingowców. Parafrazując finałowy tekst z musicalu Daisy z  wałbrzyskiego Teatru: „czy Ząbkowice, czy Zamek Książ, ważne, byś wiedział, gdzie Dolny Śląsk”.

Mary Shelley stworzyła mit, który przetrwał dwa stulecia, nie tylko jako klasyczna opowieść o eksperymentach nauki, ale przede wszystkim jako alegoria społecznych napięć. Dzisiaj to nie tylko kolejne ekranizacje, a teatr staje się areną dla wielkiego powrotu potworów. Popularność klasycznych gotyckich narracji w teatrze sugeruje, że artyści i publiczność znajdują w nich coś więcej niż tylko dobrze znane fabularne schematy. Może w postaciach doktora Frankensteina, Monstrum i Drakuli tkwi coś, co rezonuje z naszymi dzisiejszymi lękami? A może powinniśmy potraktować Frankensteina jako nowy polski mit polityczny? Jeśli figury romantycznej grozy, zgodnie z interpretacjami Marii Janion, korelują z napięciami społecznymi, to być może teatr nie tyle odświeża klasykę, co podświadomie rejestruje zmianę klimatu politycznego i kulturowego. Może Monstrum w Polsce 2025 roku to suma naszych obecnych strachów wymienianych na jednym wdechu: pandemia, wojna, kryzys ekonomiczny, zapaść demokracji i depresja? Czy jako widzowie będziemy patrzeć na monstra jak na ostrzeżenie, czy jak na lustro? Na pewno „termometr czasów” pokazuje już gorączkę społecznego przesilenia, a potwory, jak to potwory – wracają, żeby nam o tym przypomnieć.

Udostępnij

Tomasz Jękot

jest dramatopisarzem, dramaturgiem, performerem. Od 2018 roku pełni funkcję kierownika literackiego Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, a od 2024 kuratora programowego/dramaturga Teatru. Od 2021 roku realizuje w Teatrze autorskie koncepcje rezydencji dramaturgicznych.