Gorycz berlińska

Konstanty Usenko
W numerach
10 lut, 2026
Styczeń
2026
1 (827)

Gdzie teraz mieszkasz? – W Berlinie – Ale masz fajnie, uwielbiam Berlin! – Tak, ale…

Klasyczny początek bezsensownej gadki, w którym migranckie doświadczenie urządzania sobie życia od zera i codziennej szarpaniny z nonsensami biurokracji konfrontowane są ze stereotypowym wyobrażeniem o alternatywnym metropolis tętniącym permanentnym rejwem i nieskrępowaną wolnością. Podczas gdy jeden z rozmówców, próbując wyjaśnić swoją „berlińską gorycz”, brnie coraz głębiej w opisy mało atrakcyjnych szczegółów nowej egzystencji, druga osoba pyta się: „W takim razie po co tam jesteś?”.

W sumie fakt, przecież w Polsce życie jest trudniejsze – zbliżający się do pięćdziesiątki freelancerzy bez żadnych ubezpieczeń, mrówki z Mordoru przywiązane do trzydziestoletnich kredytów na mieszkanie. Z czym do ludzi? A w Berlinie? Osobna kasa chorych dla wolnych zawodów, bezwzględna płaca minimalna, na razie jeszcze sprawnie działające sądy pracy, limity czynszów i tym podobne wynalazki – kojarzące się polskiemu mainstreamowi politycznemu z komunizmem (co tak wiele mówi o Polsce). „Lewackie pasożyty”, „nieroby na socjałach” – takie teksty też dobrze znamy. Można drążyć te tematy godzinami i nie sposób dojść do żadnego sensownego wniosku. Znamienne, że czego nie powiedziałbyś o współczesnym Berlinie, prawie zawsze spowoduje to wrzucenie cię do lewej czy prawej szufladki. Albo „bezkrytyczny zachwyt wolnością” albo „przerażenie totalnym rozkładem”, zero innych opcji. Politycznie rozpalony Berlin już tak ma, że szufladkuje, i to potrafi zmęczyć.

Gorycz Anny Zawadzkiej próbuje iść w poprzek łopatologicznym podziałom, choć przez to, że wyrosła z gleby akademickiego dyskursu i mimowolnie się wokół niego kręci, jej zapętlona neurotyczna nerwowość przywołuje na myśl klimat Dnia świra. Gorycz wydaje się być utrzymana w tonie depresyjno-oskarżycielskim, ale każdy, kto w Berlinie trochę pomieszkał, a nie tylko wpadł tu na kilkudniowego rejwa czy obchód po galeriach, doskonale zrozumie, o czym to jest. Także o tym, że nie ma z kim tego wszystkiego przegadać, bo tak nikt cię nie wysłucha, jak nikt nie słucha na berlińskich ulicach ludzi krzyczących w furii w powietrze.

Na pewno każdy świeży Berlińczyk mógłby dodać multum osobistych historii do każdego z rozdziałów książki. W epoce ciągłego, cyfrowego szlifowania własnego wizerunku dla profitów towarzyskich i ekonomicznych zadaje się pytania: Czy warto i czy wolno wylewać na kartki wkurwienie i frustrację? Ktoś może zapytać: Gdzie kończy się użalanie a zaczyna analiza krytyczna?

Z perspektywy migranckiego parteru Gorycz zawiera mnóstwo trafnych spostrzeżeń, nieopisywanych przez ustabilizowanych finansowo pisarzy-ekspatów, którzy nie znają takiego życia. Mówi o zjawiskach irytujących, których krytykować nie wypada, i o ciągłym, mimowolnym wywracaniu oczami – którym się tu również zarażasz. Wyrażenie „nie wypada” jest tu kluczowe, bo nagromadzenie tematów tabu w berlińskich sferach „wolnościowo poprawnościowych” najzwyczajniej blokuje dostęp do tlenu. Udokumentowany przez Annę Zawadzką emocjonalny kryzys faktycznie unosi się tu w powietrzu; niczym wirus atakuje osoby z różnych krajów, o różnych temperamentach i charakterach. O co tak naprawdę chodzi? Wymyśliłem na to kiedyś termin NNN, Notoryczna Niemiecka Neuroza lub Notoryczna Niemiecka Nerwica.

Czy autorka generalizuje, ukazując większość poznanych Niemców jako wyćwiczonych w pasywnej agresji, „plujących lodem” autystów, spełniających się w pouczaniu i kontrolowaniu innych? Na bank osoba będąca w Berlinie w roli nieznającej języka pracownicy fizycznej z Europy Wschodniej może się zetknąć z takimi zachowaniami pracodawców. To zwykła rzecz, że na całym świecie, wśród pracujących migrantów, jest mnóstwo osób z dyplomami wyższych uczelni i fakt ten nie odgrywa w owej sytuacji żadnego znaczenia. Chociaż polska czy polsko-żydowska percepcja w połączeniu z tonem niemieckich nakazów i komend, nawet we wnętrzach loftów ze sztuką współczesną, chcąc nie chcąc może przywołać oglądane w dzieciństwie filmy o drugiej wojnie światowej... a może to jedynie fobie niewdzięcznych przyjezdnych, którzy są tu tylko po kasę i nawet nie chcą się uczyć języka?

„Nie masz wszystkich szklanek w szafce” to niemiecki odpowiednik wyrażenia „masz nie po kolei w głowie”. Pedantyczny automatyzm, jak nerwica natręctw, kojarzy się raczej ze starszym pokoleniem, ale cechy te nie zaniknęły w umysłach pokolenia dzieci, które pod koniec lat sześćdziesiątych zbuntowały się przeciwko takim rodzicom. W międzyczasie przysłowiowy niemiecki Ordnung zepsuł się i przestał działać. Czy to rozpierdolona biurokracja czy zbiurokratyzowany rozpierdol? Biurokracja zjadła własny ogon; zrobiła to również ta, gnieżdżąca się w ludzkich umysłach. Na zewnątrz wygląda to jak miks Kafki z Bareją. Symbolami tego mogą być:
– pękające w szwach segregatory z urzędową makulaturą w każdym domu,
– komunikacja zastępcza jako norma,
– płoty miesiącami grodzące ulice i parki po ciągłych, nikomu niepotrzebnych rewitalizacjach
– ludzie w kryzysie bezdomności, którzy prosząc w metrze o kasę, klepią oficjalne zdania językiem kojarzącym się z formułami urzędników w urzędzie skarbowym.

Sam język wyraźnie instruuje, w jaki sposób wolno coś powiedzieć, a w jaki sposób nie wolno. Wszędzie płoty i ogrodzenia – Die Grenzen – na zewnątrz i wewnątrz. Symptomatycznie wyglądają słowa ze znanego muralu obok słynnego squatu Köpi: GRANICA NIE PRZEBIEGA MIĘDZY TOBĄ I MNĄ, A POMIĘDZY GÓRĄ I DOŁEM – pod spodem dopisana kontra: GRANICA NIE PRZEBIEGA POMIĘDZY GÓRĄ I DOŁEM, A POMIĘDZY A POMIĘDZY TOBĄ I MNĄ.

Nie można zapomnieć, że Berlin miał być zaprzeczeniem jakiegokolwiek zniewolenia. „Wow, zrobiło się jak w Berlinie” – tak mówiono w Warszawie o nowych, kolorowych, artystycznoklubowych zagłębiach na przełomie lat zerowych i dziesiątych, w odległych czasach, gdy wydawało się, że nastąpił koniec historii, jak z Fukuyamy, chociaż tykał już zegar bomby pod nazwą „kryzys 2008”. Nowa berlińska hipsterska pop-alternatywa, oparta na pierwszych social mediach w pierwszych smartfonach, przeżuwała i komercjalizowała dorobek paru pokoleń undergroundu; niczym wirtualny kulturowy Flohmarkt (pchli targ), tworzyła mozaiki i puzzle z elementów z kilku dekad. Szybko okazała się jednak dizajnerskim trybem w maszynie rynku, budującym markę turystyczną miasta i głównym elementem gentryfikacji dzielnic takich jak Kreuzberg, Neukölln, Friedrichshain, Prenzlauerberg.

Berlin zawsze działał na wyobraźnię: mroczny i dekadencki, zawsze na granicy. Dzieci z Dworca Zoo, David Bowie z Iggy Popem, historia muru dzielącego miasto, Love Parade lat dziewięćdziesiątych, Tresor i Berghain – dziś to już tylko turystyczne magnesy. Konsumpcyjna biomasa mnoży fruwające na wietrze reklamówki, tłuczone butelki, wraki elektrycznych hulajnóg wyłowione z kanałku. Życie na permanentnym festiwalu już nie powoduje euforii. Jeśli widok leżącego na ławeczce typa na stacji metra nad ranem, dmuchającego dymem z palonego cracku w stronę gromadki dzieci z podstawówki przestaje cię śmieszyć, to znak, że po prostu się starzejesz i stajesz nudny?

Prawie pominięty w Goryczy temat wszechobecnych dragów bywa w Berlinie ważniejszy nawet od spraw politycznych – i ściśle się z nimi łączy. To w dużej mierze właśnie dzięki nim miasto turystycznie prosperuje i dlatego policja nie podskoczy libańskim klanom trzymającym łapę na procederach. Łatwiej szarpać się na ulicach z przypadkowymi dzieciakami w arafatkach i zakazać krytyki Benjamina Netanjahu pod pretekstem propagandy antysemityzmu.

Zdjęcia ofiar Hamasu z Festiwalu Nova zaklejane są zdjęciami ofiar izraelskich bombardowań, graffiti o Ukrainie #to nie nasza wojna sąsiaduje z wlepkami o Gazie #twoje milczenie jest współudziałem w ludobójstwie. W Berlinie od lat niezmiennie geopolityczne siły, ścierając się, wystawiają tu uliczne spektakle. Trochę jak w schyłkowym okresie Republiki Weimarskiej, jak w serialu Babylon Berlin, opowiadającym o latach dwudziestych i trzydziestych. Dziś nad miastem unoszą się widma Putina i Erdoğana; dilerzy strzelają do siebie, dzieląc terytoria; tani, chiński koks można nabyć w wiadomych taksówkach, a szykując się na party, często gra się w rosyjską ruletkę, bo nawet w MDMA można znaleźć ślady fentantylu. Ważne miejsce w Goryczy zajmuje czynnik ścierania się ego i kolektywu, pokazany na przykładzie stosunków sublokatorskich wewnątrz wspólnych projektów mieszkalnych, tak zwanych WG. Dziś, w kryzysie mieszkaniowym, to najczęstsza formuła mieszkania w Berlinie. Rytm życia wyznacza tu lokatorskie plenum, raz po raz zamieniające się w teatr zawoalowanego konfliktu i manipulacji. Często, naruszając czyjeś granice, oskarża się o ich naruszanie, chętnie używa się psychologiczno-korporacyjnej nowomowy w rodzaju: „musisz popracować nad komunikacją”.

Sporo osób mieszkających w takich miejscach cierpi na nadmiar wolnego czasu i nie może zrozumieć, że ktoś inny go nie posiada. Spontaniczność podejmowania decyzji z dnia na dzień traktowana jest jako priorytet i punkt honoru, a dążenie do jakiejkolwiek długoterminowej logistyki – jako forma przemocy i narzucanie swojego zdania innym. Bezcelowość różnych sytuacji i konieczność socjalizowania się poprzez jałową komunikację i kawkowo-ciastkowy small talk zjada mnóstwo czasu.

Wie gehts? Na und? Na? Ah so. Ale tak, poza tym, nie sposób tu się z nikim umówić. Denerwuje cię ciągłe trwonienie czasu? Powiedziałeś coś głośniejszym głosem, bo nikt cię nie słuchał? Uważaj, masz zadatki na przemocowca. Żeby wprawić się tu w nastrój delikatny i ulotny, w stan zadumy czy refleksji, trzeba kompletnie odciąć się od tutejszego czynnika ludzkiego, uciec w berlińską dziką przyrodę, w wielu miejscach jeszcze nieokiełznaną.

Człowiek uwięziony w świecie dryfujących bezwolnie atomów marzy o świętym spokoju, walczy o samoorganizację czasu i dąży do samodyscypliny – dlatego wkręca się w uprawianie sportów. Na berlińskich basenach tworzą się korki pływających, a na ulicach – korki biegaczy. Napotkani w wąskiej alejce biegnący z naprzeciwka nigdy cię nie ominą, to ty pierwszy musisz zejść im z drogi. Tak poza tym to wszyscy są uśmiechnięci – tylko ty masz minę nieokrzesanego dzikusa.

Opisując w Goryczy świat berlińskiego Tindera, Zawadzka rozwiewa legendy o tym, że Berlin jest wymarzonym rajem dla singli: „Pakujesz w seks potrzebę bliskości, autentycznego spotkania” – pisze Anna. Ale seks często jest tu automatyczny, kompulsywny i niszczony przez dragi: „A ćpanie chroni przed czuciem, wypłaszcza relacje albo je uniemożliwia. Ludzie są raczej w relacjach sami ze sobą. Poświęcają sobie tyle uwagi, że świat wewnętrzny innej osoby to już dla nich zbyt wiele”.

Według autorki, najsilniejszym elementem zespalającym w Berlinie jest obojętność – ludzie przedstawieni są w Goryczy jako „obiekty doskonale obojętne”.

Udostępnij

Konstanty Usenko

jest pisarzem, dziennikarzem, muzykiem. W Wydawnictwie Czarne opublikował: Oczami radzieckiej zabawki. Antologia radzieckiego i rosyjskiego undergroundu (2012), Buszujący w barszczu. Kontrkultura w Rosji sto lat po rewolucji (2018), Wykresy fal środkowej Wołgi. Tajemnice Kazania i Republiki Mari El (2021).