Gorycz deklasacji, słodycz przetrwania

Emilia Wiśniewska
W numerach
10 lut, 2026
Styczeń
2026
1 (827)

I nie, serial Sprzątaczka nie jest o tym, że „ubóstwo może dotknąć każdego”. Jest o czymś wręcz przeciwnym: że jeśli pochodzisz z ubóstwa, to najprawdopodobniej będziesz się z niego wygrzebywać całe życie, bez skutku. A jeśli z ubóstwa nie pochodzisz, to będziesz pieprzyć farmazony, że „ubóstwo może spotkać każdego”, mając zapewne na myśli bankrutów z Wall Street albo zwolnienia grupowe w korporacjach medialnych, które kilku twoich kolegów opijało na smutno w warszawskich knajpach. Bo o ubóstwie osób takich jak bohaterka Sprzątaczki – niemających nawet swojego pokoju, dwanaście godzin dziennie szorujących na kolanach podłogi w willach z przedmieść, uzależnionych finansowo od rodziny, walczących o drobniaki na frytki w McDonaldzie – wiesz najwyżej tyle, ile obejrzysz na Netfliksie.
Anna Zawadzka, Gorycz

„O, to coś idealnie dla ciebie!” – powiedział mój przyjaciel, kiedy pochwaliłam się mu, że dostałam propozycję napisania tego tekstu. Poczułam się w tamtym momencie dowartościowana. Bliski mi człowiek, wobec którego zdarzało mi się żywić czasem bardzo durne poczucie własnej gorszości (durne, bo żyje mu się owszem trochę wygodniej, ma własne mieszkanie, ale względną stabilność opłaca zapierdolem i uwiądem życia społecznego), wypowiedział to, czego sama nie potrafię czasem sobie przyznać: że mam warte opowiedzenia doświadczenie wypadnięcia z kręgów akademicko-aktywistycznych i wylądowania na słabo płatnym i zupełnie nieprestiżowym zmywaku.

Jestem owocem niedokończonego albo może raczej nieudanego awansu społecznego. Wyszłam z domu, w którym srało się do wiadra przy wszystkich domownikach i nie myło się po tym rąk. To mój ulubiony coming out, nieestetyczny, nienadający się na aktywistyczne salony, po których snułam się jeszcze dwa lata temu, zniesmaczona fałszywością inkluzywności i empatii, nie taki coming out, za jaki dostaniesz oklaski na gali z nagrodami czy śmiesznym rauciku w ambasadzie. Czytając Gorycz Anny Zawadzkiej, wahałam się między dwoma uczuciami. Pierwsze jest bardzo nieładne, ale miłe – przynajmniej wytresowałam je w sobie tak, żeby stało się miłe w przeżywaniu. To resentyment, przy którym wciąż właściwie, podobnie jak Zawadzka, zastanawiam się, czy go j u ż przejawiam, czy jeszcze nie. To już i jeszcze są ważne, bo z jednej strony nie mam ochoty przyznawać się przed sobą do pośledniości swojej pozycji społecznej, z drugiej – pogarda żywiona z takiej pozycji naprawdę dobrze smakuje! Drugie uczucie to sympatia do Autorki. Tak sobie wymyśliłam, że książkę przeczytam na wkurwie, a tytuł prowadził mnie ku wnioskowi, że to będzie dobra rama lektury i że co się nabluzgam przy czytaniu, to moje. A tymczasem gdy Autorka stwierdza, że naukowczynią za dobrą nie jest, bo zrozumieć potrafi to, co ją dotknie, a nie o czym tylko przeczyta – w tym momencie myślę o tym, że nie ma sobie czego wyrzucać, prostując się z wielogodzinnej pracy w pochylonej, niezdrowej pozycji. Że naprawdę nie da się inaczej i rozumienie rzeczywistości społecznej innych ludzi nie przychodzi przez czytanie.

Siłą Goryczy jest właśnie to, że jest to książka o czuciu. Nie kolejna analiza wielopłaszczyznowego wykluczenia, nie próba uchwycenia kondycji społecznej, nic, co rekonstruowałoby wielką strukturę – biedy, bezrobocia, nierówności wynikających ze statusu migracyjnego. A przecież to właśnie Zawadzka robi, rejestrując swoje zmęczenie, którego nie da się odespać, poczucie upokorzenia, łzy napływające do oczu, dyskryminujące traktowanie przez białych Niemców (i czasem próby podpinania się pod nie przez innych białych), uwiąd starego życia kręcącego się wokół akademii i nieporadność starych znajomych w obserwowaniu jej deklasacji. Żadna struktura nie trwałaby bez małych opowieści w niej utkanych. Nie, przepraszam, nie utkanych – wpierdolonych w to gówno. Bieda nie poddaje się estetyzacji, chyba że trafia w tryby inteligenckich prób jej opisania, a może raczej to miejsce na to zabawne, nic niewnoszące słowo – uchwycenia. Poza nimi, bieda i deklasacja zwyczajnie bolą, tak jak boli wszystko, gdy wracasz po dwunastu godzinach na zmywaku i podnosisz się z siedzenia w metrze, wysiadając na swojej stacji z ręką rozciętą rozbitym szkłem, a olejem z frytury jebie ci nawet rów w dupie.

Podejrzewam, że dla znacznej części czytelniczek i czytelników Gorycz będzie równie niestrawna jak moje powyższe zdanie. Co za tym idzie, pozostanie też szeroko niezrozumiana, bo próba zrozumienia biedy czy deklasacji wymagałaby od czytających podważenia własnej inteligenckiej pozycji, a to naprawdę niemalże nigdy się nie dzieje. Książka Zawadzkiej jest pełna opowieści o znajomych z kręgów akademickich, którzy starają się jak najszerszym łukiem ominąć sytuację akademiczki trafiającej do fizycznej pracy, a i tak są w tym może przewrotnie bardziej uczciwi od tych, którzy próbują empatyzować poprzez puste „znam to”! Mam nadzieję, że Gorycz trafi jednak także do tych, dla których będzie słodyczą, okazją do zidentyfikowania się z Autorką i Bohaterką podzielającą ich doświadczenie fizycznej pracy niedającej żadnej szczególnej stabilności. Współodczuwanie tego smrodu oleju z frytury jest dużo lepsze niż otrzymywanie wyrazów empatii, które sprawiają, że czujesz się tą empatią upokorzona i obrzygana, ale ani trochę zrozumiana. Polska bieda i niestabilność to nie tylko brak pieniędzy. To przede wszystkim podcinanie ci co chwilę wiary w to, że kiedyś będzie lepiej.

W pewnym momencie książki Zawadzka wpuszcza nas do swoich snów, snów biednego człowieka wypchniętego przez materialną niestabilność do ciężkiej fizycznej harówy. Cóż, nawet sny mam z Autorką podobne i wracają za każdym razem, gdy znów zaczynam się martwić, czy nie wyląduję pod mostem ze swoim kotem. Co zrodzi się z Goryczy – nie wiem. Wiem natomiast, że to dobrze, że ta książka powstała.

Udostępnij

Emilia Wiśniewska

jest odchodzącą i wracającą aktywistką, animatorką kultury i edukatorką, kulturoznawczynią z wykształcenia, a także zmywakową. Niebinarna trans kobieta, mniej więcej lesbijka, bedeesemiara.