gorycz

Kumam. Mam tę samą gorycz. Tę samą albo trochę przynajmniej podobną. Mam jej całkiem sporo.

I nie, serial Sprzątaczka nie jest o tym, że „ubóstwo może dotknąć każdego”. Jest o czymś wręcz przeciwnym: że jeśli pochodzisz z ubóstwa, to najprawdopodobniej będziesz się z niego wygrzebywać całe życie, bez skutku. A jeśli z ubóstwa nie pochodzisz, to będziesz pieprzyć farmazony, że „ubóstwo może spotkać każdego”, mając zapewne na myśli bankrutów z Wall Street albo zwolnienia grupowe w korporacjach medialnych, które kilku twoich kolegów opijało na smutno w warszawskich knajpach.

Gdzie teraz mieszkasz? – W Berlinie – Ale masz fajnie, uwielbiam Berlin! – Tak, ale…

Klasyczny początek bezsensownej gadki, w którym migranckie doświadczenie urządzania sobie życia od zera i codziennej szarpaniny z nonsensami biurokracji konfrontowane są ze stereotypowym wyobrażeniem o alternatywnym metropolis tętniącym permanentnym rejwem i nieskrępowaną wolnością. Podczas gdy jeden z rozmówców, próbując wyjaśnić swoją „berlińską gorycz”, brnie coraz głębiej w opisy mało atrakcyjnych szczegółów nowej egzystencji, druga osoba pyta się: „W takim razie po co tam jesteś?”.

Długo się zastanawiałam, czy pisać o tej książce. Bardzo mnie ona irytowała i długo nie mogłam zrozumieć dlaczego.

Przede wszystkim Zawadzka zaatakowała mój dom, Berlin jest moim domem. Berlin w jej oczach jest tylko miejscem wyzysku biednych migrantów, dokonywanym przez uprzywilejowanych białych Niemców, którzy udają aktywistów, a większość z nich głównie dobrze się bawi, ćpa i jest całkowicie naiwna politycznie, skoro nie zauważa własnych przywilejów. Zawadzką w tym mieście nie spotyka nic dobrego. Przeżywa same nieszczęścia i stąd bierze się gorycz.

W numerze 1/2026 publikujemy serię komentarzy do książki Anny Zawadzkiej Gorycz (Wydawnictwo Czarne, 2025).

W bloku znajdują się teksty: