Apologia karalucha
Długo się zastanawiałam, czy pisać o tej książce. Bardzo mnie ona irytowała i długo nie mogłam zrozumieć dlaczego.
Przede wszystkim Zawadzka zaatakowała mój dom, Berlin jest moim domem. Berlin w jej oczach jest tylko miejscem wyzysku biednych migrantów, dokonywanym przez uprzywilejowanych białych Niemców, którzy udają aktywistów, a większość z nich głównie dobrze się bawi, ćpa i jest całkowicie naiwna politycznie, skoro nie zauważa własnych przywilejów. Zawadzką w tym mieście nie spotyka nic dobrego. Przeżywa same nieszczęścia i stąd bierze się gorycz.
Zanim bezpośrednio odniosę się do książki Gorycz Anny Zawadzkiej, chciałabym się wobec niej usytuować. Pochodzę z polskiej prowincji. Swoją drogę migracyjną rozpoczęłam od wyjazdu do Holandii, do Amsterdamu – miasta liberalnego, z zalegalizowaną trawką i czerwoną dzielnicą. Wyjechałam, żeby studiować, choć pod żadnym względem nie było mnie na to stać. Nie posiadałam żadnych pieniędzy, nie mogłam liczyć na wsparcie ze strony rodziny.
Ojciec, odkąd pamiętam, stosował wobec nas przemoc ekonomiczną. Wobec mojej mamy nie tylko ekonomiczną. W tamtych czasach pojęcie przemocy ekonomicznej nie istniało, a już na pewno nie na łódzkiej prowincji. A skoro takie pojęcie nie istniało, to nie było sposobu, żeby odnieść się do tego, czego to pojęcie dotyczy. Ojciec wielokrotnie podkreślał, że wolałby kupić sobie nowy samochód (jest mechanikiem samochodowym i dobry i duży samochód był dla niego zawsze oznaką prestiżu społecznego), niż przeznaczać pieniądze na nasze potrzeby. Nie ukończył studiów i nie lubił osób studiujących. Zostawił naszą rodzinę, gdy moja siostra miała rok. Zostawił nas w domu, w którym zimą temperatura wynosiła maksymalnie trzynaście stopni. Wyjechał do Norwegii. Obecnie żyje z dwóch emerytur i założę się, że codziennie sprawdza stan swojego konta, szczęśliwy, że z nikim nie musi się dzielić.
Ze mną do pewnego momentu musiał się dzielić, sąd go do tego zobowiązał. Nie było to dużo pieniędzy, bo ojciec lubił kłamać i przed sądem też kłamał w sprawie swoich dochodów. Bawił się ze mną w taką grę – co miesiąc przesuwał datę przelewu alimentów o dwa dni. W końcu przelew przychodził i nie mogłam się poskarżyć do sądu, bo zwłoka była przecież niewielka. To takie małe ojcowe przyjemnostki – żebym drżała, żebym się bała, czy przelew nadejdzie czy nie. Ciekawe, czy wiedział, że czekając na przelew, byłam głodna. Gdyby wiedział, pewnie cieszyłby się jeszcze bardziej. Dni czekania na przelew były dla mnie zawsze dniami głodu – lub w najlepszym razie dniami najtańszego makaronu posypanego suszonym oregano. Do dziś nie mogę znieść zapachu oregano.
Moja mama otrzymuje emeryturę niższą niż średnia krajowa – wychowała dwoje dzieci, ale państwo polskie nie uznaje tego za coś godnego wynagrodzenia. Moja mama, pomimo przemocy, której doświadczyła, dała mi bardzo dobre dzieciństwo. Osłaniała mnie przed przemocą ojca i starała się, bym nie odczuwała niczego złego. Była bardzo czułą matką. Ale bycie dobrą matką nie wlicza się do emerytury. Ojciec często mówił, że mama nie dokłada się do polskiego PKB, że jest nierobem. To był taki patriotyczny argument, kolejny na jej niekorzyść. Największy procent osób, które otrzymują emerytury poniżej emerytury podstawowej, to kobiety. Starsze kobiety często żyją w ubóstwie. Napisałam w tej sprawie do Ministry Polityki Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Nie otrzymałam odpowiedzi. Polskie piekiełko. Kto wie, o czym piszę, ręka do góry!
Obie z siostrą postanowiłyśmy nie dokładać się do polskiego PKB, obie żyjemy poza granicami Polski. W wieku dwudziestu kilku lat wyjechałam do Holandii. Absolutnie nieracjonalny ruch, ale co miałam do stracenia? Dlaczego inni mogli a ja nie? Byłam młoda. Nie wiedziałam, że za takie marzenia zapłacę sporą cenę. Wyjechałam do Amsterdamu, bo moja przyjaciółka też wyjechała. Moja przyjaciółka dostawała na ten wyjazd pieniądze od rodziców. Ja nie. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, czym jest nierówność społeczna. Moja przyjaciółka narzekała, że tak mało dostaje. Rzeczywiście dostawała mało, ale nie aż tak mało, żeby musiała łączyć pracę ze studiami. Ja pracowałam gdzie się tylko dało. I tak jak Zawadzka w Niemczech, tak ja w Holandii zrozumiałam, czym jest rasizm wobec ludzi z Europy Wschodniej. Polacy usilnie wierzą, że są z Europy Środkowej. W zachodnich uprzedzeniach taka Europa nie istnieje. Jest tylko Zachód i Wschód, a ja byłam ze Wschodu. Z dzikiego Wschodu, jak wielokrotnie usłyszałam.
Dyrektor mojego wydziału zaczął mnie gnębić na drugim roku, po tym, jak wystąpiłam do szkoły o pomoc finansową. Nagle z wzorowej studentki stałam się jedną z najgorszych. Często od niego słyszałam, że jestem chora psychicznie, że powinnam pójść na terapię, zarobić dużo pieniędzy i wtedy wrócić na studia. Mobbing? W 2010 roku nie znałam takiego słowa. Na uczelni nie było nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić. Byłam biedną wystraszoną dziewczynką z Polski, nie wiedziałam, że zachowania mojego dyrektora są nielegalne. Poza różnymi strategiami kamuflowania biedy, nie wyniosłam z domu zbyt dużego kapitału symbolicznego, nie byłam przebojowa, nie potrafiłam się postawić, zaatakować. Przyjmowałam ciosy i ukrywałam siniaki.
Podczas jednych wakacji schudłam czternaście kilogramów i dostałam wysypki na całym ciele. Moja opiekunka roku powiedziała, że mój stan zdrowia to szantaż wobec szkoły i odmówiła udzielenia pomocy. Zostałam sama, bałam się, że nie będę miała wyjścia i się zabiję. Mieszkałam nielegalnie na strychu. Prysznic znajdował się w dzielonej z innymi współlokatorami kuchni. Można było gotować i myć się w tym samym czasie. Dodatkowo mieszkało tam około dwudziestu myszy, a w drugim pokoju wieloosobowa serbska rodzina, która wszczynała głośne awantury. Uciekłam z Amsterdamu, bo bałam się, że nie przeżyję, a bardzo chciałam żyć.
Wyjechałam do Berlina w ramach programu Erasmus. Dostawałam z tego programu jakieś dwieście pięćdziesiąt euro miesięcznie. Na szczęście uczelnie w Berlinie nie są płatne. Znalazłam pracę jako sprzątaczka. Nielegalnie i nie u Niemców, ale Brazylijczyków. Zwolnili mnie po dwóch latach, bo Bułgarzy zgodzili się pracować za niższe stawki. Mieszkałam w WG1, w trójkątnym pokoju. Tak małym, że jakbym zaprosiła do niego Annę Zawadzką, to sama musiałabym wyjść i stanąć w korytarzu. Mieszkałam tam cztery lata. Było wspaniale. Jestem wdzięczna Tine i Janowi (dwojgu białym Niemcom, z którymi dzieliłam to mieszkanie) za to, że mnie wykarmili, pomagali i wspierali mnie. Nadal mieszkam w Berlinie, od mojego przyjazdu do tego miasta mięło trzynaście lat. Nadal słabo mówię po niemiecku.
Jestem artystką. W Polsce jako artystka nie mam prawa do ubezpieczenia ani emerytury. Od ponad dwudziestu trzech lat w Polsce toczą się rozmowy o ustawie o statusie artysty, ale od lat nic się w tej materii nie zmienia. Niemcy mi to gwarantują. Jako freelancerka nie mam prawa do Arbeitslossgeld2, mogę się ubiegać o Hertz IV3. Nie mam etatu, pracuję od projektu do projektu. Jeśli jakieś się wydarzają, to zarabiam, jeśli ich nie ma, to nie zarabiam. W trakcie pandemii artyści mieli prawo do wielu programów i stypendiów zapomogowych. W Polsce pomoc była niewielka i niestała.
Taka jest moja historia. Teraz o Goryczy.
Mogłabym zacząć od tego, że mnie bezpośrednio nigdy nie spotkało nic złego ze strony białych Niemców. Decyzje ich obecnego rządu dotykają mnie bardzo, ale nie tylko mnie, nie tylko innych migrantów, dotykają także niemieckich artystów. Niemieckie cięcia funduszy na sztukę sprawiają, że cała tak zwana wolna scena4, do której przynależę, zmierza do wyginięcia. Większość z nas już teraz nie jest w stanie utrzymać się w tym zawodzie, a za chwilę będziemy mierzyć się z kolejnymi cięciami zapowiedzianymi na 2027 rok. Większość z nas nie dostaje takich funduszy jak Tino Seghal, o którego pracy wspomina Zawadzka. Naprawdę – większość z nas. Ewidentnie autorka Goryczy nie ma pojęcia, jak teraz wygląda system finansowania sztuki w Berlinie. Jej diagnoza formułowana na podstawie zatrudnienia przy projekcie jednego z najpopularniejszych współczesnych choreografów, jakim jest Seghal, jest bardziej niż wybiórcza i bardzo niesprawiedliwa dla środowiska sztuki.
Nie chcę jednak deprecjonować doświadczeń autorki. Ma prawo do pisania o nich, tak jak ja mam prawo do oceny jej opisu Berlina. A ten opis jest jednym z głównych powodów, dla których ta książka wywołała we mnie irytację, a wręcz złość.
Jedna trzecia mieszkańców Berlina to migranci z całego świata i oni/my mamy takie same prawo do tego miasta, jak inni. My ciężko tu pracujemy i to jest nasze miasto. Zawadzka kompletnie odbiera nam sprawczość, możliwość wyboru, widzi nas tylko jako ofiary wyzysku, a właściwie w ogóle nas nie widzi. Jeśli jest ciągle krzywdzona przez białych Niemców, to dlaczego się nimi otacza? Rozumiem, że nie wybiera się ludzi, z którymi się pracuje, ale można wybrać tych, z którymi spędza się wolny czas, mieszka. A Berlin w tej kwestii daje nieskończone możliwości.
Zawadzka, poza białymi Niemcami, nie wspomina jednak o żadnych innych nacjach, z którymi budowałaby relacje. Wydaje się wręcz, że nie jest tym w ogóle zainteresowana. Co prawda uwielbia chodzić „pooddychać” na Sonnenallee, bo jako jedyna osoba w tym mieście nie boi się „klanów i mafii”. Jak sama pisze – „ludzie” boją się Sonnenallee. Ale jacy ludzie? Czy są to wszyscy ludzie, to już dla autorki bez znaczenia. Dla mnie całą siłą Berlina jest możliwość budowania przyjaźni z osobami z Boliwii, Kolumbii, Francji, Słowacji, Polski, Turcji, Brazylii, Niemiec, Hiszpanii, Syrii, Ghany, Wietnamu. My wszyscy budujemy to miasto, my jesteśmy tym miastem. Oczywiście to miasto i ten kraj często boleśnie nas doświadczają. Berlin to nie kraina mlekiem i miodem płynąca, ale my, ludzie niedostrzegani przez autorkę, właśnie tutaj budujemy nasze przyjaźnie, rodziny, tworzymy życie w tym, co autorka nazywa „iluzją wyboru”. Tu realizuje się nasza siła, nasza sprawczość. Zawadzka jednak zupełnie nas w swojej książce pomija, jakby nasze działania w ogóle się nie liczyły. Domaga się szacunku, a jednocześnie nie okazuje go nam, migrantom. Nasze życia, nasze historie nie są dla niej sprawczym budulcem tkanki tego miasta. Żeby usłyszeć te historie, trzeba jednak wytężyć słuch, czego Zawadzka nie robi, wybiera narrację solową, inni mieszkańcy Berlina znikają z krajobrazu wymazani przez jej własną gorycz. I to budzi moją niezgodę. Za to czuję gniew wobec autorki.
Ale…
Zawadzka krzyczy przez całą książkę, daje sobie całą przestrzeń, jaką może wziąć. Nie dba o innych, nie dba o to, czy jej oceny będą się komuś wydawały sprawiedliwe. Jest jak czołg. Jak sama zauważa, osoby, których problem biedy nie dotyczy, nie wiedzą, jak reagować na jej krzyk, nie potrafią okazywać empatii, nie rozumieją strachu związanego z brakiem pieniędzy na czynsz albo jedzenie. Jak się nie ma pieniędzy na kolację, to należy się wcześniej położyć spać, by przespać głód, a jutro coś się wymyśli. Kto wie, o czym pisze, ręka do góry!
Zawadzka się nie krępuje, wyrzuca z siebie wszystko, nawet jeśli to niczego nie zmieni. Osoby z ekonomicznymi przywilejami prawdopodobnie nigdy nie zrozumieją biedy, bo ich ciała nigdy nie doświadczyły tego specyficznego rodzaju strachu. Biedy zazwyczaj nie widać, bieda dobrze się ukrywa, nie chce wprawiać innych w zakłopotanie. Będąc osobą biedną, zazwyczaj wygląda się schludnie, można nawet mieć styl, a wtedy nikt nie zobaczy głodu. Uff, można odetchnąć z ulgą, wszak jak czegoś nie widać, to nie istnieje, prawda?
Autorka nie daje wyboru, rzuca słowami jak granatami i nie pozwala na zmianę tematu, bo temat wielokrotnie był za nią zmieniony. Ta książka to jej terytorium, a ona dyktuje obowiązujące na nim zasady. Jest zgorzkniała, niemiła, brutalna. I za to jej dziękuję. Dziękuję, bo ja, kiedy przechodziłam największą biedę, nie miałam takiego języka na podorędziu. Nie mogłam nic dookreślić, opisać, postawić przed innymi. Mogłam się tylko schować w dużym zawstydzeniu. W sztuce niby wszyscy rozmawiamy o pieniądzach, ale konkluzja tych rozmów zawsze jest taka, że wszyscy ich nie mamy. Ponieważ łączą nas prekarne warunki pracy, przestaje być jasne, że dzieli nas pochodzenie klasowe.
W sztuce nie ma kategorii osoby biednej. Instytucje kultury dostrzegają rasę i gender, ale nie klasowość. Bo czym jest obecnie klasa ekonomiczna? Neoliberalizm wszystko zredefiniował i nie jest już łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Ostatnio czytałam w ogłoszeniu jednej berlińskiej instytucji, że do aplikowania o dany grant zachęca się osoby niebiałe. Nigdy nie widziałam programu grantowego, który zachęcałby do aplikowania osoby pochodzące z biednych rodzin, żyjące na granicy przetrwania. Do takich osób kierowane są ogłoszenia MOPSu, ale MOPS nie daje pieniędzy na projekty artystyczne, daje paczki żywnościowe. Instytucje sztuki nie zauważają ludzi biednych i się nimi nie interesują. Ludzie, którzy mają ekonomiczne przywileje, nadal nie wiedzą, jak o nich rozmawiać. Wolą je chować, żeby nie drażniły innych, żeby nie stały się tematem.
Nie wiem, jaki język najlepiej oddaje doświadczenie biedy, bezradności, strachu z nią związanego. Chciałabym go znaleźć, by opowiedzieć wam to wszystko w inny sposób niż Zawadzka. Krzyk Zawadzkiej nie jest wyrażony moim językiem, moim narzędziem. Odbiera mi sprawczość. Po jej krzyku pozostaje cisza, po której trzeba zamknąć temat tak szybko, jak szybko można zamknąć tę książkę.
W opisie Goryczy na stronie Wydawnictwa Czarne zostało postawione pytanie, czy resentyment może stanowić źródło politycznego buntu. Moim zdaniem nie. Resentyment porusza się po kole, ciągle zawraca do punktu wyjścia, nie pozwala na inne trajektorie ruchowe, nie pozwala na działanie. A mnie brak sprawczości przeraża. Bez sprawczości nie przetrwam, bez sprawczości zginę. Jestem karaluchem. Przetrwam w każdych warunkach. Bieda nauczyła mnie, że zawsze sobie poradzę i że zawsze mam wokół siebie ludzi, którzy mi pomogą. To jest wielka siła. Przyjaźń innych i siebie samej to olbrzymia moc. Nie jestem naiwna, jestem realistką i bardzo chcę żyć. Nie wierzę w radykalną zmianę świata. Znam sposoby, za których pomocą system wpycha mnie w konkretne miejsce na drabinie ekonomicznej, wiem, że raczej nigdy to się nie zmieni, ale chcę żyć i to żyć przebojowo.
Nie uważam też, że w życiu trzeba kierować się tylko pozytywnymi emocjami. Absolutnie nie. Można być wkurwionym, wściekłym, niemiłym, brutalnym. Gniew jest świetnym paliwem do działania, ale gniew jest zawsze wobec kogoś, czegoś, potrzebuje odnośnika. Jeśli ten odnośnik bierze górę nad naszym życiem, jeśli staje się ważniejszy niż nasze potrzeby, to zaczyna nas zjadać. A ja nie chcę być zjadana, sama chcę pożerać. Nie mogę i nie chcę być frustratką. Wolę działać i szukać możliwości działania. Może dlatego zostałam choreografką – bo kocham ruch. Ruch w przestrzeni i czasie. Moja choreografia życiowa jest karaluchowata. Jestem karaluchem. Karaluchy przetrwają wybuch bomby nuklearnej. Ja też.
- 1. Wohngemeinschaft (skrót WG) – w Niemczech: mieszkanie dzielone przez kilkoro wynajmujących (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).
- 2. Zasiłek dla bezrobotnych. Uzyskuje się go po przepracowaniu minimum dwunastu miesięcy na umowie uwzględniającej odprowadzanie składek.
- 3. Zasiłek socjalny.
- 4. Artyści i artystki niezatrudnione na stałe w zespołach i instytucjach, pracujący w systemie projektowym.

