zrzut_ekranu_2026-02-15_191259.png

Mam o tym żart
Z Romanem Kosteleckim i Michałem Iljinem rozmawia Kornel Sobczak
KORNEL: Słyszałam, że Polska to idealny kraj do emigracji dla Białorusinów, bo są tu bardzo pomocni i sympatyczni ludzie, język jest bardzo podobny i szybko można się go nauczyć, tylko niestety, oprócz Ukraińców mieszkają tu jeszcze Polacy.
MICHAŁ: Cóż mogę powiedzieć, tak właśnie jest. A na serio, to mieszkam tutaj już cztery lata, pracuję w białoruskiej redakcji, ludzie, z którymi się stykam, to w większości Białorusini i naprawdę mało jest w moim życiu języka polskiego, nawet mam o tym żart, że znałem polski lepiej przed przyjazdem do Polski. Chyba w ogóle dlatego zacząłem występować, żeby chociaż gdzieś posłuchać języka polskiego i mieć okazję coś powiedzieć po polsku.
KORNEL: Roman, ty już jesteś Polakiem. Czy trudno było zdać ten egzamin na Polaka i czy możesz nam trochę opowiedzieć, co trzeba było robić?
MICHAŁ: Też chcę o tym posłuchać.
ROMAN: Dobra, to posłuchajcie, zdradzę wam tajemnicę. Trzeba w noc księżycową wejść na najwyższą górkę i pokazać aplikację żabki.
KORNEL: Ale najwyższą górkę w Warszawie?
ROMAN: Dowolną najwyższą górkę.
KORNEL: A jaka jest najwyższa górka w Warszawie?
ROMAN: Jaka jest najwyższa?
KORNEL: Górka Szczęśliwicka. A na Koronę Warszawy składają się: Górka Szczęśliwicka, Kopiec Powstania Warszawskiego, Kopa Cwila i Górka Kazurka na Ursynowie, Górka Gnojna i Kopiec Moczydłowski.
ROMAN: I jak się wszystkie zaliczy, to już dają Kartę Warszawiaka? KORNEL: Spersonalizowaną Kartę Miejską ze zniżką.
ROMAN: Dobra, słuchajcie jak to naprawdę było. Na pewno było mi dużo łatwiej niż osobom, które startowały od zera, bo mam polskie pochodzenie i startowałem z Kartą Polaka, nie wiem, czy wiesz co to takiego?
KORNEL: Zbiera się pieczątki na tym?
ROMAN: Tak, dokładnie. Potem można je wymienić na garnek. Nie no, Karta Polaka to jest dokument potwierdzający przynależność do narodu polskiego i uzyskanie tego kawałka plastiku było chyba najtrudniejsze. Naprawdę zdaje się cały egzamin przed konsulem polskim w Ukrainie. I on cię odpytuje i musztruje ze wszystkiego, co się da, poczynając od hymnu, poprzez ważne dla Polski miejsca w Ukrainie, daty, chrzest Polski, no powiem wam szczerze, że to było spore wyzwanie, żeby się tego wszystkiego nauczyć. Oczywiście pytania o święta, o tradycje rodzinne, jak się przekazuje polskość… No, to był kawał roboty.
KORNEL: No to jak się przekazuje polskość, może czegoś się dowiem.
ROMAN: No właśnie poprzez obchodzenie świąt na przykład, zwłaszcza Wigilii, która jest wyjątkowa dla Polaków. U nas w domu prababcia tego pilnowała, pamiętam, zawsze całą rodzinę ściągała na 24 grudnia i robiliśmy bailando.
KORNEL: Dlaczego w ogóle przyjechaliście do Polski? Nie pytam o to, dlaczego wyjechaliście z Ukrainy i z Białorusi, ale dlaczego zdecydowaliście się właśnie na osiedlenie w Polsce?
ROMAN: U mnie na pewno polskie pochodzenie i powiązania rodzinne odgrywały dużą rolę, ale też mając siedemnaście lat, po prostu chciałem gdzieś wyjechać na studia. I właśnie Polska wydała mi się najmniej obcym krajem ze wszystkich obcych krajów. To było w 2015 roku, najpierw pojechałem do Krakowa, a potem wylądowałem na Śląsku, w Katowicach.
KORNEL: A ty Michał? Bo mili ludzie i łatwy język, tak?
MICHAŁ: Najpierw muszę podziękować Aleksandrowi Łukaszence, bo gdyby nie on, to nie przyjechałbym do Polski, a raczej: nie wyjechałbym z Białorusi. W 2020 roku mieliśmy wybory, a potem to wszystko inne…
KORNEL: Ale dlaczego właśnie Polska, a nie na przykład Niemcy, Czechy albo Słowacja?
MICHAŁ: Po pierwsze, radio, w którym pracuję, zawsze miało dwie redakcje, jedną w Mińsku, drugą w Warszawie, przy czym w Warszawie była taka raczej redakcja techniczna. Gdy zaczęły się represje po wyborach w 2020 roku, mieliśmy opcje albo zostać na Białorusi, ale w więzieniu, albo wyjechać, no to wyjechaliśmy. Dlaczego do Polski? Zdecydowało może to, że jestem z Brześcia, miasta przy granicy z Polską, nawet mam taki żart, że od wczesnego dzieciństwa kojarzyłem podstawowe zwroty po polsku jak: „dzień dobry”, „dziękuję” i „nie, w samochodzie nie ma żadnych papierosów”.
ROMAN: Bardzo lubię ten żart.
MICHAŁ: W latach dziewięćdziesiątych w Brześciu mieliśmy polską telewizję, można było złapać Polsat czy TVP, oglądaliśmy kreskówki po polsku, tak więc kojarzyłem język polski. Byłem bardzo dumny ze swojej znajomości języka polskiego, dopóki nie zacząłem występować i nie zorientowałem się, że mój poziom nie jest tak wysoki jak myślałem. Wiesz, jedna sprawa to wszystko rozumieć, a druga gdy próbujesz sam coś powiedzieć i nagle zdajesz sobie sprawę, że twoje słownictwo jest bardzo ograniczone.
ROMAN: Podzielam to doświadczenie: jak przyjechałem na studia, to okazało się, że jednak informatyka to nie jest „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia”. Też już opowiadałem ten żart, że miałem kolokwium na studiach, które trwało dwie godziny, i ja przez te dwie godziny tłumaczyłem zadania. Nie robiłem ich, tylko tłumaczyłem.
KORNEL: I jeszcze ci „fałszywi przyjaciele”, słowa, które brzmią tak samo, a znaczą co innego, jak „zapomnieć” po rosyjsku, które oznacza „zapamiętać”.
ROMAN: Tak samo sklep. Sklep ‒ kojarzysz tę różnicę? W języku ukraińskim, i chyba białoruskim też, sklep to jest grób, taki większy, na pewno nie miejsce do robienia zakupów.
KORNEL: Dlatego powstały żabki.
ROMAN: Tak, żeby było łatwiej, bo w żabkach to wiadomo, że trzeba kupować jedzenie, logiczne.
MICHAŁ: No, jest coś takiego, że języki białoruski i ukraiński są ogólnie językami podobnymi do polskiego, ale czasem są takie baaaardzo dziwne różnice.
ROMAN: To jest po to, żeby cię wziąć z zaskoczenia, że niby podobne, podobne, a potem masz.
MICHAŁ: A potem: do sklepu.
ROMAN: A ty myślisz: za wcześnie umierać.
MICHAŁ: To samo ze słowem „baby”. Jak zobaczyłem ogłoszenie, że będzie „babski stand-up” to pomyślałem „kurczę, jakby na Białorusi ktoś zrobił babski stand-up to…”
ROMAN: …dużo ludzi by raczej nie przyszło.
KORNEL: A jak już jesteście w tej Polsce, to częściej się wam chce śmiać czy płakać?
ROMAN: Ze względu na zawód to chyba jednak śmiać, ale nie wiem, czy to nie jest na jakimś wyparciu, na takim smutku zgaszonym wewnętrznie… Ale ten smutek to raczej nie z tęsknoty, tylko tak po prostu z życia, z rozwoju, z dojrzewania i przekonywania się, że dorosłym być trudniej niż dzieciakiem. No, ale ja tam się dużo śmieję.
MICHAŁ: No ja też! Nawet pomimo tego, że nie mam polskiego obywatelstwa i mam z tego tytułu pewne problemy z legalizacją. Jasne, są jakieś trudności, na przykład to, że w Polsce bardzo droga jest opieka medyczna w porównaniu z Białorusią, albo że w sklepie czegoś nie ma, co było na Białorusi, ale zawsze mówię, że to jest taki podatek za to, że nie ma Łukaszenki. Nawet jeśli coś jest gorzej, drożej, to traktuję to jako opłatę za brak Łukaszenki.
KORNEL: Dużo waszych żartów jest właśnie o tym, że próbujecie jakoś radzić sobie z polską ksenofobią i tym, że Polacy wcale nie są tacy mili i gościnni. Czy śmiech z tego przynosi ulgę? Czy myślicie, że można zmienić nastroje społeczne, śmiejąc się z rasizmu i ksenofobii? Czy może to są takie inside jokes dla waszych rodaków, dla diaspory?
ROMAN: Ja bym się nie zgodził, że takich żartów jest dużo! I nie mam wrażenia, że Polacy są jakoś szczególnie okropni. Wszyscy ludzie są dość podobni do siebie. Nie oceniam całości narodu na podstawie jakichś tam „wybitnych” jednostek. Takie jednostki to się znajdą w każdym narodzie, wśród Ukraińców też. Zdarzyło mi się i wśród Polaków, i wśród Ukraińców spotkać takie egzemplarze, że ręce opadają.
MICHAŁ: Ja też nie uważam, że Polacy są jakoś bardziej rasistowscy niż na przykład Białorusini. Tylko że na Białoruś prawie nikt nie przyjeżdża, więc tego tak nie widać. Ale kiedy zaczął się kryzys na granicy polsko-białoruskiej w 2021 roku, to w Mińsku zaczęli się pojawiać ludzie z Iranu, czarnoskórzy, nagle zrobiło się ich sporo i nagle ludzie zaczęli się denerwować. Jest taki stereotyp, że Białorusini są bardzo tolerancyjni, a tu okazało się, że są tolerancyjni, ale tylko jeśli na Białorusi są sami Białorusini. Powyżej pewnej liczby obcokrajowców pojawia się problem.
ROMAN: Powyżej stu.
MICHAŁ: Parę tygodni temu pewna dziewczyna, uchodźczyni z Odessy, muzułmanka, chciała w Mińsku otworzyć sklep z hidżabami dla muzułmańskich kobiet i pytała się w social mediach jak to zrobić – nie spotkało się to z dobrym przyjęciem. Chciałem nawet zrobić taki żart, że co trzeba mieć w głowie, żeby przyjeżdżać do Białorusi i zakładać jakikolwiek biznes….
ROMAN: To już trzeba mieć samozaparcie.
MICHAŁ: Czasem się spotykam z ksenofobią, momentami jest to bardzo śmieszne. Kiedy ostatnio wygrałem program Masz minutę1, to dużo ludzi pisało do mnie wiadomości z gratulacjami i mam taki żart, że niektórzy pisali po prostu „brawo, wygrałeś”, a niektórzy, nie wiem dlaczego, robili to w języku angielskim: „won, won, won!”.
KORNEL: (śmiejąc się) O Jezu, to nie jest śmieszne, to jest takie smutne.
ROMAN: Czemu smutne? To kolejny żart Michała, który bardzo lubię, ale ja w ogóle lubię jego żarty.
KORNEL: Ja najbardziej lubię ten o wodzie w Bałtyku, że stoicie z kolegą na plaży w Gdańsku, moczycie nogi w morzu, a jakaś pani woła „co chłopcy, zimna woda? Ale to i tak lepiej, niż być na wojnie!”. Ten żart jest mi szczególnie bliski, bo jestem z Kołobrzegu, gdzie jest zawsze najzimniejsza, naj- -zim-niej-sza woda w morzu na całym polskim wybrzeżu, w Gdańsku to jest wrzątek w porównaniu z nami, no ale właśnie, ciągle to lepiej, niż być na wojnie – najlepszy slogan reklamowy Bałtyku.
MICHAŁ: Mam dwa konta na TikToku, jedno po polsku i jedno po biało rusku. Wrzuciłem niedawno jakiś żart na to białoruskie konto, a ze swojego polskiego konta skomentowałem, dla żartu, „won”. I przyszli Polacy, którzy nie zorientowali się, że to ja, ta sama osoba, i zaczęli pisać, że Białorusini to nasi bracia, że nie wolno ich obrażać.
ROMAN: Ale zaczęli ciebie atakować?
MICHAŁ: Tak, moją ksenofobię.
KORNEL: A jaka publiczność przychodzi na wasze występy?
ROMAN: Różnorodna! Wydaje mi się, że większość osób po prostu wie, na co przychodzi i tego życzę każdemu występującemu, żeby publiczność wiedziała, mniej więcej, na co przychodzi, bo wtedy jest najlepsza atmosfera. Oczywiście zdarzają się widzowie, których ktoś wyciągnął na występ, a kredyt zaufania do wyciągającego nie był najwyższy, więc zdarzają się różne wtopy, ktoś siedzi oburzony, naburmuszony i „nie zgadza się”. Parę lat temu miałem występ w Krakowie i na widowni siedziało trzech takich, no, potężnych panów. Jeden z nich był łysy i najbardziej oburzony i cały czas heklował2, czyli wykrzykiwał mi coś i wyraźnie mu się nie podobało, że mam ukraińskie pochodzenie. A po występie podszedł do mnie i powiedział
(tubalnym głosem)
„noo, ja nie lubię ludzi z Ukrainy, ale ty jesteś spoko”. Pomyślałem sobie „no, potrzebowałem godziny, żeby cię do siebie przekonać żartami, cieszę się, że się udało”. Tyle.
zrzut_ekranu_2026-02-15_191316.png

MICHAŁ: Ja też miałem taką sytuację: był jakiś open mike3, miałem mało żartów, a nie chciałem opowiadać starych, chciałem po prostu poznać ludzi, więc zapytałem, czy znają jakieś stereotypy o Białorusinach, myślałem, że z tych odpowiedzi uda mi się później skonstruować jakiś żart. Dobra wiadomość była taka, że żadnych stereotypów na temat Białorusinów Polacy nie mają, ale to jednocześnie zła wiadomość dla mnie: że po prostu nic im się nie kojarzy z Białorusią, naprawdę, prawie nikt nic nie powiedział i po chwili niezręcznej ciszy jakaś kobieta zaczęła opowiadać, chyba przez minutę, że „Białorusini to nasi bracia, że zawsze tak było...”. Swoją długą wypowiedź zakończyła „Białorusini są spoko. W porównaniu z innymi naszymi sąsiadami”. A ja na to: „A co pani zrobili Czesi?”.
KORNEL: A czy między migrantami z Białorusi i z Ukrainy mieszkającymi w Polsce są jakieś konflikty, antagonizmy albo właśnie stereotypy jednych o drugich?
ROMAN: No trochę tak jest, że Ukraińcy mają ból ****, że oni przyjechali tu pierwsi… (ogólny śmiech)
KORNEL: Przecież to Białorusini przyjechali pierwsi!
ROMAN: Bo dokładnie tak działa migracja, kto przyjeżdża pierwszy, ten jest lepszy. (śmiech)
KORNEL: Nie, to się nazywa kolonizacja.
ROMAN: Jak mówimy jakieś żarty o tym, to ludzie to łapią i mówią „no tak, coś w tym może być”.
MICHAŁ: Ja jeszcze bardzo często występuję w języku białoruskim, który dla Ukraińców jest właściwie całkowicie zrozumiały. Więc dziesięć procent publiczności na różnych imprezach białoruskich to zawsze Ukraińcy. Ogólnie w żartach i po polsku, i po białorusku opowiadam zawsze o swoim życiu migranta, o różnicach kulturowych: są różne rzeczy, do których Polacy są przyzwyczajeni, a które dla Białorusinów i Ukraińców, dla mieszkańców krajów postsowieckich można powiedzieć, że są dziwne. Dla mnie na przykład niezwykłe jest to, że Polacy gdzieś w saunie, albo w windzie, jak wychodzą, to mówią „dziękuję”. U nas nic takiego nie ma.
KORNEL: W saunie? Hu hu. Jak bym zobaczył, że ktoś wychodzi z sauny i mówi dziękuję, toby mi wyobraźnia pracowała, co tam się w tej saunie działo… A czy w ogóle ten pomysł, żeby robić stand-up to się pojawił u was dopiero, jak byliście w Polsce czy już wcześniej się tym zajmowaliście?
MICHAŁ: Występuję od 2017 roku, zaczynałem na Białorusi, do Polski przyjechałem w 2021, już mając pewną rozpoznawalność wśród białoruskiej publiczności.
KORNEL: A jak wyglądała scena stand-upowa na Białorusi?
MICHAŁ: W 2017 roku mieszkałem w Brześciu i tam zaczynałem. Nie wiem, czy w Polsce też jest taka duża różnica między stolicą, a innymi miastami, ale w Warszawie jest dużo możliwości występowania, jeśli masz siłę, to możesz występować nawet codziennie. W Brześciu był jeden open mike na dwa tygodnie, publiczność nie była żywiołowa, nie była też duża. Przychodziłeś, opowiadałeś jakiś żart i jeśli reakcja była słaba, to zastanawiałeś się, czy opowiadać to samo za dwa tygodnie, skoro przyjdą ci sami ludzie – nie było takiej możliwości potrenowania, sprawdzenia się przy innej widowni. Dlatego wyjechałem do Mińska i to była wielka różnica – tam mogłem występować prawie codziennie i się rozwijać.
KORNEL: A czy był jakiś rodzaj cenzury tych występów na żywo, czy sami wiedzieliście, że z czegoś po prostu nie możecie żartować?
MICHAŁ: Może u niektórych komików była taka samocenzura, jeszcze przed 2020 rokiem. A kiedy w 2020 roku zaczęły się protesty, to stand-up w Mińsku zrobił się bardzo polityczny. Wtedy już zaczęły się represje, ale początkowo dotykały tylko aktywistów i działaczy politycznych, do komików jeszcze nie doszły. Pamiętam, że jeszcze w 2019 roku ja sam zawsze miałem jakieś żarty z polityków, z Łukaszenki i nie miałem z tego powodu żadnych problemów. W 2020 roku dużo ludzi zaczęło żartować z polityki, dlatego, że wtedy dużo ludzi zaczęło trafiać do więzień, na krótki termin...
ROMAN: Tak na trochę, żeby zobaczyć jak to jest.
MICHAŁ: Taki areszt administracyjny, na troszkę ludzie trafiali, na dziesięć, piętnaście dni...
KORNEL: Jezu. To jest „troszkę”?
MICHAŁ: Teraz nie ma już protestów, ale za drobnostkę możesz trafić do więzienia na pięć lat. Ale wracając do komedii... W 2020 roku każdy miał już jakieś doświadczenie prześladowań ze strony państwa, ale jeszcze nie takich bardzo ciężkich, życie polityczne dotyczyło wówczas każdego, więc było też bardzo dużo politycznego humoru. Żartowania z Łukaszenki, ale również nawet i z Cichanouskiej. To był po prostu czas rozkwitu humoru politycznego. Ale już w roku 2021 zaczęły się ostre represje, dziennikarze musieli wyjechać z kraju, ja byłem do końca 2021 roku, ale już na jakieś trzy miesiące przed wyjazdem powiedziano mi, że nie mogę więcej występować jako komik. I jeśli na przykład pojawi się jakiś występ z moim nazwiskiem albo zdjęciem, to taka impreza zostanie odwołana. Na Białorusi łatwo załatwić takie rzeczy. Więc wtedy pomyślałem: okej, już czas wyjeżdżać.
KORNEL: Czyli nie było takiej sytuacji, że próbowano przechwycić twój dowcip? Że na przykład przyszli do ciebie i powiedzieli: no dobra, możesz żartować, ale na inne tematy, byle nie z Łukaszenki, zobacz, ci protestujący są tacy zabawni, może z opozycji się pośmiejesz? Nie próbowano przeciągnąć komików na stronę reżymu?
MICHAŁ: Takiej propozycji dla mnie nie było. Jestem dziennikarzem, pracuję w medium, które rząd białoruski uważa za opozycyjne, więc oni wiedzieli, z jaką osobą mają do czynienia. Oprócz występów na scenie pisałem też zawsze dużo na Twitterze, więc po prostu wiedziałem, że nastąpi taki moment, że zrobi się dla mnie niebezpiecznie. I cieszę się, że jeszcze udało mi się wyjechać, bo już dwa, trzy miesiące później ludzie tacy jak ja byli po prostu zatrzymywani i aresztowani.
KORNEL: A u ciebie, Roman, skąd się wziął ten pomysł na stand-up?
ROMAN: Bardzo dużo oglądałem stand-upu...
KORNEL: Ale polskiego czy amerykańskiego, czy…
ROMAN: I tu ci powiem taką ciekawostkę, że rosyjskiego.
KORNEL: (zdziwko)
ROMAN: Jeszcze w 2015 roku było dużo tego stand-upu, to był taki moment wybuchu wielu projektów, i wszyscy chyba w tej postradzieckiej przestrzeni się tym inspirowali, chociaż nie wiem, jak u was, Michał?
MICHAŁ: U nas podobnie, ale akurat moje doświadczenie było inne, bo ja oglądałem od razu dużo stand-upu amerykańskiego. Ten rosyjski kojarzyłem, ale go prawie nie oglądałem. Zacząłem go oglądać dopiero po tym, jak sam zacząłem występować. Ale właściwie po raz pierwszy stand-up w języku rosyjskim (nie rosyjski!) zobaczyłem w programie Rozśmiesz komika, gdzie prowadzącym był Wołodymyr Zełenski.
ROMAN: Był to wspaniały program dla komików, polegał na tym, że wychodzisz, dostajesz minutę i musisz rozbawić dwóch komików. Jednym z nich był właśnie swego czasu Zełenski. Dużo się tego oglądało. Podobnie jak innych projektów związanych ze studiem „Kwartał 95”, które też jest dziełem Zełenskiego. Ale ja dopiero kiedy liznąłem rosyjskojęzycznych rzeczy, tego, co mogłem zrozumieć, przerzuciłem się na rzeczy amerykańskie i wtedy pojawił się w moim życiu na przykład Jim Jeffries, jako taki wzór, patrzyło się na niego z myślą „kurde, jaki on jest dobry”. A teraz, tak się złożyło, że byłem tydzień temu na jego występie, i pomyślałem sobie: „no tak, jest okej, porządny, poprawny”. U mnie w ogóle zaczęło się tak, że poszedłem, już w Polsce, na open mike’a zorganizowanego w języku ukraińskim i pomyślałem: „Kurde! Mogę spróbować. Nie czuję się skrępowany, żeby wyjść i zaprezentować swoje przemyślenia”.
KORNEL: A powiedzcie coś o tym, jak się przygotowuje występ stand-upera? Czy najpierw powstaje scenariusz, skrypt? Ile jest w tym improwizacji? No bo oczywiście jak się ogląda stand-up, to odnosi się wrażenie, że większość żartów jest oparta dramaturgicznie na takiej zasadzie, że ktoś chce niby coś opowiedzieć, a przypomina się mu czy jej coś innego i robi dygresję i właśnie w tej dygresji mówi coś śmiesznego. I ja się zawsze zastanawiam, na ile to jest zaplanowane, a na ile wychodzi spontanicznie.
ROMAN: Jeśli się nad tym zastanawiasz, to znaczy, że masz do czynienia z dobrym komikiem, bo o to właśnie chodzi w stand-upie, żeby sprzedać to tak, jakbyś mówił to pierwszy raz, jakbyś mówił z głowy, ale prawda jest taka, że wszystko jest napisane. Chociaż to oczywiście zależy od poszczególnych artystów, są tacy, którzy przez godzinę mogą rozmawiać z publicznością i mają zdolność aranżowania takich jakby improwizowanych sytuacji. Ale zasadniczo występ jest przygotowany, napisany i nauczony – mówi się, że dobrze napisany materiał odskakuje od zębów. I dopiero jak masz to opanowane do perfekcji, to możesz sobie pozwolić na jakąś improwizację na scenie. Jak już wiesz, co powiesz przez następne trzydzieści minut, to masz wtedy jakiś luz na „dogadywanie”, „dopowiadanie”. A ty jak o tym myślisz, Michał, bo widzę, że chichoczesz.
MICHAŁ: Ze względu na mój poziom władania językiem polskim nie jestem przygotowany do improwizacji, spontaniczna praca z publicznością to jeszcze nie dla mnie. Stresuję się tym, że zacznę z kimś gadać i usłyszę słowo, którego nie znam, albo sam się zatnę w poszukiwaniu odpowiedniego słowa po polsku. Ja nawet jak idę na open mike, to jestem maksymalnie przygotowany. Najpierw sprawdzam żarty u siebie w głowie i nigdy nie idę z materiałem, w który nie wierzę. Nawet mówię czasami: nie mam dla was dziś nic nowego, bo ja nie przychodzę tu sprawdzać żarty, ja przychodzę tu sprawdzać swój język polski.
ROMAN: Dotknąłeś takiej fajnej sprawy zza kulis: że bardzo potrzebna jest nam wiara w ten swój materiał, że to właśnie ma wyglądać z boku, że się to mówi z głowy, czyli to trzeba tak przygotować, tak napisać i tak przekazać, żeby wywołać takie wrażenie. I właśnie ta wiara w ten materiał, w to, że masz coś dobrego, to dla mnie jest must have numer jeden, żeby w ogóle nagrać program.
KORNEL: A wyobrażacie sobie taki materiał stand-upowy, który nadawałby się do czytania? Który byśmy na przykład mogli wydrukować w „Dialogu” i byłby nadal zabawny, czytelnicy by się śmiali? Czy jednak ta osobowość komika lub komiczki jest niezbędna do uzyskania efektu?
ROMAN: Jeżeli chodzi o taki klasyczny stand-up, to wydaje mi się, że osobowość jest nieodzowna, trzeba widzieć kto i jak mówi, potrzebny jest kontekst. Ale są komicy, którzy zahaczają o rejestry literackie, albo wręcz piszą książki. Ostatnio komik Cezary Jurkiewicz wydał książkę Niewydarzone historie.
MICHAŁ: Ja w ogóle zauważam taką cechę polskiego stand-upu, która odróżnia go od innych, jakie znam: amerykańskiego, białoruskiego, rosyjskiego, ukraińskiego – Polacy bardzo lubią opowiadać dłuższe historie. To jest coś takiego, że człowiek wychodzi na scenę, ma siedem minut i przez te siedem minut cały czas opowiada: że pojechałem do babci, babcia mieszka na wiosce, na wiosce jest pies… i tak dalej, długo, długo, długo, piąta minuta, a jeszcze nie ma żadnych żartów.
ROMAN: No, ale wiesz, są komicy, którzy potrafią pięknie opowiadać takie historie, grać pauzą, akcentem, dobrze się tego słucha i robi się z tego taki minispektakl i to jest prześmieszne, ale tak, ja też zauważam trochę ten trend do długiego gadania…
MICHAŁ: Kiedyś rozmawiałem o tym z Szymonem Jaworskim, on powiedział, że to jest dziedzictwo kabaretów.
KORNEL: No właśnie! Bo to miało być moje kolejne pytanie. O polskie kabarety, z których Polacy są bardzo dumni. Rzeczywiście, mamy długą tradycję dobrego kabaretu, literackiego i politycznego, on stał na wysokim poziomie w czasach PRLu i nawet jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, ale potem kabaret polski stał się trochę synonimem żenującego żartu, chłop za babę przebrany i ohoho, jakie to śmieszne. Mimo to, są całe kanały telewizyjne nadające programy kabaretowe non stop. Chciałem was zapytać, co o nich sądzicie, ale może lepiej nie ryzykować waszego bezpieczeństwa ;). Może was zanonimizujemy?
ROMAN: Nie no, słuchaj, nie ma co ukrywać, trzeba uczciwie stanąć w prawdzie. Ale to będzie może fajna ciekawostka, bo spytałeś mnie wcześniej, jak się zaczęła moja przygoda ze stand-upem, tymczasem przed tym, jak w ogóle się zaczęła, to… miałem okazję spróbować sił w kabarecie. Naprawdę, poszedłem na szkolenie, albo nie wiem jak to nazwać, warsztaty z kabaretu. Bo trochę nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, byłem sam w Warszawie, a komedia zawsze mi jakoś tam przypadała do gustu. Ale wcześniej w ogóle nie oglądałem kabaretów, zero kabaretów do momentu pójścia na ten warsztat. No i byłem może na jakichś dwóch, trzech zajęciach i stwierdziłem „dobra, to nie jest moje”. Ale dzięki temu przynajmniej zacząłem szukać tego, co jest moje, i w pewnym momencie pojawił się stand-up, więc ja w ogóle zawdzięczam kabaretowi to, że trafiłem do stand-upu! Ale dalej nie oglądam kabaretów.
MICHAŁ: No ja też za bardzo nie mam doświadczenia oglądania kabaretów, bo co prawda mieliśmy polską telewizję, ale wolałem oglądać kreskówki. Ale wiem, że dużo komików, którzy robią stand-up, jest też uczestnikami warsztatów improwizacyjnych….
ROMAN: (tubalnym głosem, z pewnym oburzeniem) Nie noooo…. To nie jest to samo. Nie mów tak, bo wtedy na pewno nas dojadą. Improwizacja to co innego, a kabaret to co innego. Miałem okazję oglądać to, co leci w telewizji i to jest, w mojej opinii, nieśmieszne, ale dużo osób poleca mi kabarety ze starej szkoły, klasyki do obejrzenia na YouTubie. Słyszałem też teorię, nie pamiętam, kto mi to powiedział, że kabaret zepsuły pieniądze z telewizji. W pewnym momencie trzeba było produkować bardzo dużo, bo był na to popyt, no a wiadomo, że jak czegoś jest za dużo, to jakość po prostu spada drastycznie.
KORNEL: Ja w pewnym momencie zraziłam się do polskich kabaretów, bo mi się wydawało, że oni tam zawsze wyśmiewają się z takich łatwych celów, z najsłabszych grup, że właśnie najśmieszniejszy numer to jak facet zakłada perukę i udaje głupią kobietę albo przegiętego geja. A co was najbardziej rozśmieszyło, kiedy przyjechaliście do Polski?
ROMAN: Mnie najbardziej rozbawiło i zdumiało coś takiego, że jak się komuś przedstawiasz, że przyjechałeś z Żytomierza, albo, że się urodziłeś w Ukrainie, to rozmówca czuje jakiś obowiązek powiedzenie, że zna kogoś z tego kraju, albo z tego miasta, i to jest jakiś randomowy człowiek, którego ty oczywiście nigdy nie poznałeś, ale zawsze musisz usłyszeć: „a! Żytomierz! To ja znam Grzegorza z Żytomierza i to jest bardzo fajny człowiek!”. I to jest właśnie najważniejsze, żeby usłyszeć, że to bardzo fajny człowiek jest. To jest oczywiście trochę opiekuńcze, trochę urocze, no ale też trochę zabawne, taka interwencja z pomocą, której nie potrzebujesz. Ale oczywiście ta druga strona nie zdaje sobie sprawy z tego, że ty to słyszysz trzydziesty raz – i to właśnie ta powtarzalność tworzy ten efekt komiczny.
MICHAŁ: Dla mnie bardzo śmieszne były rzeczy związane z różnicą języków, że jakieś słowa uznawane na Białorusi za wulgarne czy obraźliwe tutaj są zupełnie normalne i jak widzisz je w oficjalnym kontekście typu muzeum, festiwal, to przeżywasz szok, ale jest też to bardzo śmieszne. Przykłady chyba nie nadają się do druku.
KORNEL: Bardzo mi się podobał twój żart, że Polska jest krajem żabek i kościołów i że próbujesz się odnaleźć z mamą, mówiąc jej, że stoisz koło żabki, a ona tobie odpowiada, że ona stoi koło kościoła. A mamie jak się podoba w Polsce? Przyjechaliście razem?
MICHAŁ: Nie, ona trochę później. Chyba najbardziej jej się podoba, że ja tu jestem, i że może chodzić na moje występy, dopiero w Polsce przyszła pierwszy raz. Ona też była zmuszona wyjechać z Białorusi i to jest pewnie dla niej niełatwe doświadczenie uczyć się wszystkiego na nowo w wieku sześćdziesięciu pięciu lat. Ale mam nadzieję, że coś ciekawego też dla siebie odnajduje w tej przygodzie. Na przykład kościoły. Jest katoliczką i jest zachwycona ilością i jakością kościołów w Polsce. Jest bardzo wkręcona w te kościoły. Jeździ do miast, o których ja pierwsze słyszę, wysyła mi zdjęcia, ja się jej pytam: „skąd ty masz moc, żeby tak jeździć?!”. Ja pod koniec dnia to mam moc tylko do konsoli do gier iść.
ROMAN: To jest bardzo śmieszne z tymi kościołami, bo moja mama mieszka bardzo blisko kościoła, dosłownie widać go z okien, jest to najbliższy budynek i mama strasznie jest z tego zadowolona, dużo radości jej to sprawia. I jak przyjeżdża moja matka chrzestna z Żytomierza, czy ktoś inny, to w pierwszym zdaniu mama zawsze mówi z dumą: „zobacz jak tu mamy bliziutko do kościoła”. No a ja się cieszę z tego, że ona się cieszy i jej tak niewiele potrzeba do szczęścia.
KORNEL: A ty, Michał, chciałbyś w ogóle mieć polskie obywatelstwo?
MICHAŁ: Rozwiązałoby to moje problemy. Bo nie mogę wrócić na Białoruś, a za trzy lata skończy mi się białoruski paszport. A Łukaszenka tak wszystko robi dla swoich obywateli, że teraz im tak dobrze zrobił, że wymienić swój paszport możesz tylko na Białorusi. Już nie możesz z tym pójść do konsulatu czy ambasady białoruskiej. Więc najlepszym rozwiązaniem byłoby dostać polskie obywatelstwo, a taką najszybszą drogą to jest po prostu napisać list do prezydenta Polski.
KORNEL: To musisz mu napisać…
ROMAN: „…dzień dobry, panie Karolu…”
KORNEL: „…dzień dobry, panie Karolu, Arka Gdynia do kitu, Lechia pany, poproszę obywatelstwo.”
MICHAŁ: Diaspora białoruska zaprosiła mnie w styczniu na jakieś spotkanie z udziałem prezydenta Nawrockiego…
ROMAN: Do Pałacu?
MICHAŁ: Chyba tak.
ROMAN: Słuchaj, korzystaj z okazji. Od razu przynieś wniosek wydrukowany…
KORNEL: I poproś o autograf!
MICHAŁ: Dobra, skorzystam z tych rad.
KORNEL: A za czym najbardziej tęsknicie? Czy jest coś takiego?
MICHAŁ: Oczywiście… (rozmarzonym głosem) Pielmieni…
KORNEL: Jednak kuchnia… Niesamowite, że ludzie jednak zawsze za kuchnią tęsknią…
MICHAŁ: Tęskni się też za ludźmi, zwłaszcza jeśli wiesz, że oni nie mogą wyjechać. A z tym na Białorusi jest każdego dnia coraz trudniej, mnożą się sankcje. Na Białorusi ciągle są rodzice mojej dziewczyny, czasami nas odwiedzają, ale coraz trudniej dostać wizę. Czasem jest mi smutno, że tam zostali ludzie, których chciałbym zobaczyć. Nawet nie mam takich dużych sentymentów do rodzinnego Brześcia, ale kiedy cztery, pięć lat nie widziałeś rodzinnego miasta, to tęsknisz.
ROMAN: Ja mam o tyle dobrą sytuację, że cała moja rodzina jest tutaj. Więc to jest bardzo przyjemne, że na święta wszyscy możemy być razem. Ale moja siostra będąc w ciąży, opuszczała Ukrainę w trakcie ostrzałów i to było bardzo stresujące. Tęsknię za przyjaciółmi z dzieciństwa, za dalszą rodziną, za matką chrzestną i kuzynami – chciałbym ich zobaczyć. Chyba też się zgadzam z Michałem, że największy sentyment wywołują wspomnienia takich zwykłych rzeczy, typu jakiś park albo ławeczka, na której spędziliście młodość, pijąc piwko, tam czy tam paląc jakieś papieroski, pierwsze w swojej ekipie. Ale chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do tego tematu rasizmu, który poruszaliśmy wcześniej. Rzeczywiście, jest teraz trochę tak, że część polityków gra na tej różnicy narodowościowej i wykorzystuje ją, żeby skłócić wszystkich ze wszystkimi. A to do niczego dobrego nie prowadzi, bo jednak w jedności się robi rzeczy, a nie kłócąc się. I chyba musimy pamiętać, że nie ma złych ludzi, tylko czasami o tym zapominamy przez te wszystkie narracje i social media. Ważne, żebyśmy mieli z tyłu głowy, że wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy mamy swoje rzeczy, ale tak to na ogół raczej wszyscy jesteśmy spoko chyba.
MICHAŁ: Ja nic nie będę mówił w tym temacie, bo wiecie, jeszcze będę miał to spotkanie z prezydentem i będę go prosił o obywatelstwo…
KORNEL: Właśnie, a może powiedz panu prezydentowi, że każde obywatelstwo dla osoby z Białorusi to jest jedno mniej dla osoby z Ukrainy! Może mu się spodoba ta perspektywa.
MICHAŁ: Przypomniało mi się teraz, że kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Łodzi i szedłem przez miasto i widziałem wszędzie biało-czerwono-białe barwy, to myślałem, że tu jest tak dużo Białorusinów, albo że to na znak solidarności z Białorusią. Ale później mi powiedzieli, że to nie są białoruskie flagi, tylko barwy drużyny ŁKS. I powiedziano mi, żebym nie obnosił się z flagą Białorusi w towarzystwie kibiców Widzewa.
KORNEL: No właśnie, bo z kolei Widzew ma barwy czerwono-biało-czerwone, podobno kibice po frędzlach u szalików się rozpoznają kto jest za kim.
ROMAN: A propos kolorów, słyszałem ostatnio, że w Przemyślu postawili takiego wielkiego misia świątecznego, i on był żółty i miał niebieski szalik. I ludzi to bardzo rozzłościło, myśleli, że to nawiązanie do flagi ukraińskiej i się bardzo oburzyli. A to był miś z herbu i w barwach miasta Przemyśla. Pod wpływem głosów oburzenia miasto zmieniło kolor szaliczka na czerwony. I tak sobie myślę, ludzie, no naprawdę mamy na tym świecie lepsze rzeczy do roboty niż zmieniać szalik misiu świątecznemu.
- 1. Masz minutę – popularny program komediowy na żywo (a także do obejrzenia na YouTubie), w którym uczestnicy mają minutę, by rozbawić zawodowych komików (jury) i publiczność. Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji.
- 2. Od angielskiego heckler (krzykacz) – osoba, która zakłóca wystąpienie.
- 3. Open mike (właść. open mic), czyli otwarty mikrofon, to wydarzenie na żywo, podczas którego każda chętna osoba może spróbować swoich sił jako komik lub komiczka. Imprezy typu open-mike są szansą dla początkujących stand-uperów, pomagają zdobywać doświadczenie sceniczne i „testować” żarty.

