Berlin

Pewnego upalnego dnia jeździmy od klienta do klienta. Siedzimy ściśnięci w kabinie samochodu. Wywalczyłam sobie miejsce przy oknie, nie w środku obok kierowcy. Jesteśmy zmęczeni, spoceni, śmierdzimy, nie ma czym oddychać. Jest mi potwornie gorąco w stopy, buty robocze robią swoje. Nie mogę ich zdjąć, bo nawet nie ma tyle miejsca, żeby to zrobić, a poza tym zasmrodziłabym tę kabinę jeszcze bardziej. Gapię się więc bezmyślnie przez okno. Jedziemy przez Charlottenburg.

Gdzie teraz mieszkasz? – W Berlinie – Ale masz fajnie, uwielbiam Berlin! – Tak, ale…

Klasyczny początek bezsensownej gadki, w którym migranckie doświadczenie urządzania sobie życia od zera i codziennej szarpaniny z nonsensami biurokracji konfrontowane są ze stereotypowym wyobrażeniem o alternatywnym metropolis tętniącym permanentnym rejwem i nieskrępowaną wolnością. Podczas gdy jeden z rozmówców, próbując wyjaśnić swoją „berlińską gorycz”, brnie coraz głębiej w opisy mało atrakcyjnych szczegółów nowej egzystencji, druga osoba pyta się: „W takim razie po co tam jesteś?”.