Innej przeszłości nie będzie
„O tu, wybili, panie, za wolność wybili” – tak, wskazując braki w uzębieniu, wołał przybysz z Polski, pierwszy raz na europejskich salonach. Nie da się krócej przedstawić polskiej traumy, niż uczynił to Mrożek w Monizie Clavier. Jest tu wszystko: pamięć rzeczywistego urazu doznanego w słusznej sprawie, poczucie krzywdy, żądanie rekompensaty, przekonanie o własnej wyższości nad nietkniętymi nieszczęściem. I wiara, że nikt tak nie cierpiał. W samej rzeczy Traumaland.
„Emocjonalne i psychologiczne problemy pojawiają się najczęściej u tych Polaków, którzy mają wysoką świadomość historycznych cierpień własnego narodu” – pisze Michał Bilewicz w Traumalandzie1. To chyba najważniejsza teza książki traktującej o polskiej traumie zbiorowej. Traumę w kolejnych pokoleniach można oczywiście dziedziczyć także w rodzinie czy w grupie najbliższych, decydującą rolę odgrywa jednak otoczenie kulturowe. A Polskę cechuje większe niż w innych krajach „zanurzenie w kulturze traumatycznej” (s. 61), zewsząd atakuje nas rozpamiętywanie minionych cierpień. Dzieci szkolne karmimy Warkoczykiem Różewicza, Borowskim i malarstwem Andrzeja Wróblewskiego, wozimy je do Auschwitz, a podczas wakacji do Stutthofu. Dla dorosłych są wycieczki „Auschwitz & Salt Mine tour”. Podczas epidemii koronawirusa ówczesny rzecznik praw dzieci, Mikołaj Pawlak, wnioskował był o wprowadzenie do programów szkolnych martyrologii dzieci polskich podczas drugiej wojny światowej, a minister Czarnek upominał się o dofinansowanie wizyt młodzieży w miejscach martyrologii polskiej (s. 72). W Będzinie dokonano rekonstrukcji likwidacji tamtejszego getta, w Łomży w siedemdziesiątą siódmą rocznicę zbrodni katyńskiej odtworzono scenę egzekucji oficerów, w Radymnie zaś zainscenizowano rzeź wołyńską. Do szkół wszedł też Katyń Wajdy i Wołyń Smarzowskiego. Nazwy ulic częściej odnoszą się do klęsk niż do zwycięstw, do poległych niż do zasłużonych. Czcimy przegrane powstania i żołnierzy wyklętych.
I niewiele tu zmienia, że powody traumy są rzeczywiste. Że w lesie katyńskim naprawdę rozstrzelano polskich oficerów, a w Będzinie naprawdę wymordowano getto. Bo tu nie chodzi o fakty, tylko o proporcje.
A przede wszystkim o konsekwencje. Izraelski badacz, Yechiel Klar, przedstawiciel innego równie straumatyzowanego ludu, pisał: „im większa ciągłość cierpień własnego narodu, tym większe wyczulenie na wszelkie akty wrogości ze strony obcych” (s. 95). Także na akty urojone. Bilewicz przypomina awanturę, jaka wybuchła, kiedy Francuzi ofiarowali papieżowi Franciszkowi tom pism Immanuela Kanta ze stemplem lwowskiej Czytelni Akademickiej. Że to oczywiście owoc grabieży, niemieckiej albo rosyjskiej, a Macron zachowuje się jak paser. A chodziło o książkę, która w zbiorach francuskich znajdowała się od początku dwudziestego wieku. Inny przykład to zacięta walka z określeniem „polskie obozy śmierci”, za granicą stosowanym czasem w odniesieniu do hitlerowskich kacetów na ziemiach polskich; samo to określenie w roku 2012 wywołało – pisze Bilewicz – ponad sto interwencji dyplomatycznych. Z amerykańskiego badania wynika tymczasem, że terminu „Polish death camp” nikt z odbiorców nie odczytywał jako obciążającego Polaków odpowiedzialnością za niemieckie zbrodnie; natomiast pomysł ówczesnych władz polskich, by zakazać prawem używania tego określenia, zaowocował zwiększonym zainteresowaniem występkami Polaków podczas Holokaustu, szmalcownictwem i innymi naszymi grzechami.
Istotnym czynnikiem naszej straumatyzowanej kultury jest też upodobanie do roli ofiary i agresywna reakcja, gdy ktoś tę rolę chce pomniejszyć. To przecież ofiarami jesteśmy my! „Wysoka dostępność statusu ofiary” (s. 88) ma konsekwencje polityczne: poklask zdobywa ten, kto najgłośniej nad nami ubolewa. Rywalizacja w cierpieniu sięga absurdu: w prowadzonym przez autora sondażu na temat finansowania warszawskich muzeów okazało się, co następuje: „Co czwarty badany decydował, że miasto ma przeznaczyć jak najmniej dla Muzeum Powstania Warszawskiego, byle tylko muzeum poświęcone historii żydowskiej [scil. Polin] nie dostało więcej niż polskie” (s. 245). Owszem, przyznaje Bilewicz, podobna prawidłowość dotyczy nie tylko Polski; oczywiście również Izraela, ale także na przykład Irlandii. Z kolei w Belgii imigranci z Afryki wznoszą hasła antysemickie, bo ich cierpień z czasów kolonialnych się nie docenia i w programach szkolnych mówi się tylko o mordowanych Żydach (s. 243). Można do tego dodać konflikt izraelsko-palestyński; tu jednak mówimy o naszym własnym Traumalandzie.
Kolejnym składnikiem polskiej traumy jest narcystyczne przekonanie o własnej doskonałości. Jakże inaczej traktować uszlachetnionych przez cierpienie? Bilewicz nazywa to „iluzją psychologiczną”: „gdy kogoś postrzegamy jako ofiarę, wówczas trudno nam się pogodzić z myślą, że ten sam człowiek może też kogoś skrzywdzić” (s. 102). Tymczasem w rzeczywistości jest przeciwnie: „ofiary są częściej skłonne do łamania zasad, egoizmu czy odmawiania pomocy” (s. 103). Na ogół cierpienie nie uszlachetnia, a nawet jeśli, to na krótko. „Wzrost posttraumatyczny” zdarza się czasem jako pomoc okazywana współofiarom katastrofy albo jako solidarność członków ruchu oporu, których łączy wspólna sprawa; za przykład może też służyć zachowanie Polaków w pierwszych tygodniach inwazji Rosji na Ukrainę (s. 259). Ale to są wyjątki; poza tym z pomocy dla Ukraińców prędko uczyniono pokarm dla narcyzmu: ach, jacyśmy szlachetni! Szczególnie drażliwym punktem jest kwestia Sprawiedliwych; ilu ich było i dlaczego po wojnie nie przyznawali się do swojego bohaterstwa. „Nie potrafimy przyjąć wiedzy o zbrodniach dokonanych [scil. przez nas] w czasie okupacji na Żydach, Ukraińcach czy na wysiedlanych po wojnie Niemcach” (s. 103). A czy potrafimy obiektywnie ocenić wcześniejszą historię?
Straumatyzowana kultura stanowi też urodzajny grunt dla teorii spiskowych, co potwierdza przywołane przez Bilewicza badanie z roku 2021. Rezultatem traumy jest nieufność: wobec nauki, wobec medycyny, wobec prawa. Nie wierzymy w katastrofę klimatyczną: to tylko tajne siły w Unii Europejskiej chcą nas osłabić zmuszając do jedzenia robaków. Nie wierzymy w skuteczność szczepień: to spisek koncernów farmaceutycznych. Nie ufamy aparatowi własnego państwa, doszukując się pod jego decyzjami drugiego dna. Bilewicz tłumaczy to martyrologiczną wizją przeszłości (dlaczego teraźniejszość miałaby być mniej groźna?) oraz długotrwałym poczuciem utraty kontroli (skoro nie ode mnie, to musi być coś innego, od czego wszystko zależy). Międzynarodowe badanie nad związkiem mentalności spiskowej z prawicą bądź lewicą wykazało, że teorie spiskowe wyznają przede wszystkim ekstremiści z obu stron; zapewne dlatego, że „ludzie o poglądach skrajnych są zwykle pozbawieni wpływu na politykę” (s. 151); zatem w poczuciu własnej bezsilności wierzą w spiski.
Jest jeszcze jeden czynnik, który należy tu wziąć pod uwagę: bieda. „W państwach o wysokim PKB ludzie rzadziej wierzą w teorie spiskowe” (s. 159). W krajach biednych i do niedawna biednych poprawa ekonomiczna nie przekreśla pamięci o deprywacji i wyzysku; czemu ludzie, nawet wzbogaceni, mieliby zaufać rządzącym ex-wyzyskiwaczom? Mogą się tylko obawiać, że zostanie im odebrane to, co zdołali osiągnąć własnym wysiłkiem. „W badaniu porównawczym z 2020 roku Polska znalazła się wśród piętnastu państw o najniższym poziomie zaufania do władzy na świecie” (s. 163); podobnie z nieufnością odnosimy się do partnerów w handlu, do sąsiadów, a czasem i do rodziny. Ta nieufność jest długo hodowana, w przypadku stosunku do państwa i prawa – na pamięci o kolejnych zaborach i okupacjach; figury zarówno buntownika jak cwaniaka zawierają znaczną dozę nihilizmu. Na historyczne traumy można patrzeć jak na ekstremalny trening nieufności (s.173) – pisze Bilewicz. A wszelkie przepisy, łącznie z drogowymi, traktować jako zamach na naszą wolność.
I wreszcie ostatnia z konsekwencji życia w traumie: panika moralna. Bilewicz cytuje definicję: „nadmiarowa reakcja na nagłośnione wypadki złamania jakichś fundamentalnych dla społeczeństwa zasad moralnych” (s. 193). W straumatyzowanym społeczeństwie panikę moralną wywołać może cokolwiek – zarówno rzeczywista katastrofa, jak zwykła plotka. Zarówno rozbicie prezydenckiego samolotu, jak nagłośniona w gazetach śmierć Kamilka czy Madzi. Panika moralna na ogół koncentruje się wokół niebezpieczeństw, jakie czyhają na kobiety i dzieci; kobietom zagrażają imigranci, którzy w Szwecji nic, tylko gwałcą, dzieciom zaś pedofile i mordercy. Godzi się przypomnieć, że w powojennych pogromach powtarzał się motyw dziecka porwanego przez Żydów; tak przecież było w Kielcach w 1946 roku, ale także w Krakowie i w Rzeszowie. A z kolei w Radomiu w 1976 roku – pisze Bilewicz – to plotka, że milicjanci zabili dwoje dzieci, ostatecznie sprowokowała manifestantów do szturmu na Urząd Wojewódzki i komendę milicji (s. 187). Wybuchy paniki moralnej na pewno nie świadczą o zbiorowej stabilności psychicznej.
Jak żyć w Traumalandzie, jak to wytrzymać ? Trauma, jak wywodzi autor, odnawia się w drugim, trzecim pokoleniu, a związany z nią kształt kultury oddziałuje na kolejne generacje. Perpetuum mobile. W dodatku, zdaniem Bilewicza, polskie traumy w zasadzie nigdy nie spotkały się z należytym uznaniem społecznym. Nikt nas nigdy wystarczająco nie pożałował. Ze względu na okoliczności historyczne, takiego traktowania nie zaznały zwłaszcza traumy pokolenia wojennego. W Polsce Ludowej, podkreśla Bilewicz, obowiązywała cenzura i model heroiczny. Spóźnione o dziesięciolecia rozpamiętywanie dawnych krzywd niewiele tu może zmienić.
A jednak. Ostatni rozdział książki Bilewicza nosi tytuł „A gdyby tak przepisać historię?” Bo traumatyczna historia Polski jest w istocie historią opowiadaną przez inteligencję; „Hegemonia inteligencji z zaboru rosyjskiego spowodowała, że to właśnie jej opowieść o historii stała się sztandarową historią narodu” (s. 272). A ta inteligencja to w rzeczywistości zdeklasowana i przetrzepana szlachta; właściwie trudno się dziwić jej skłonności do histerii. A gdzie chłopi? Gdzie mieszczaństwo? Może ich opowieść o przeszłości byłaby mniej traumatyczna? Niestety, nie została sformułowana. Podejrzewam jednak, że nie byłaby inna, ale zawsze warto mieć nadzieję. Z pewnością jednak nie da się, jak sugeruje Bilewicz, zmienić kształtu kultury oczyszczając program szkolny z natręctwa rozpamiętywanych ciosów, klęsk i masakr, zresztą o znacznie szerszym zakresie niż wojenne. Wprawdzie w książce kilkakrotnie się podkreśla, że głównym źródłem dzisiejszej post-post-traumy jest druga wojna światowa, jednak choćby cytowane przed chwilą zdanie wskazuje, że należy sięgnąć głębiej w przeszłość.
Sięgajmy zatem. Uderzające jest, że charakterystyka polskiego Traumalandu w dużej części odpowiada temu, co za przykładem Marii Janion bywa określane jako paradygmat romantyczny kultury polskiej. „Romantyzm – pisała w szkicu Zmierzch paradygmatu – jako pewien wszechogarniający styl – koncepcja i praktyka kultury – budował przede wszystkim poczucie tożsamości narodowej i bronił tej tożsamości”2. Okoliczności zmuszały do intensyfikacji tej obrony. Trudno więc się dziwić, że przywołana przez Bilewicza „sztandarowa historia narodu” to właśnie inteligencka historia czytana przez pryzmat poezji romantycznej.
Paradygmat romantyczny najłatwiej odtworzyć za pośrednictwem Mickiewicza. Ten miał wyjątkowo szczęśliwą rękę w tworzeniu mitologii narodowej. Związane z jego nazwiskiem mity żyły potem samodzielnie przez lata. Zatem mit szczęśliwego dzieciństwa (kraj lat dziecinnych w dworku z drewna, choć podmurowanym). Mit indywidualnej wielkości („ja mistrz” – wyzywa Boga bohater Dziadów w Improwizacji). Mit przemiany Gustawa w Konrada, czyli obowiązek poświecenia dla ojczyzny. Mit Konrada Wallenroda, czyli tajnego agenta we wrogim obozie. Mit wysadzonej w powietrze Reduty Ordona i tego zniszczenia, co nie ustępuje (w dobrej sprawie) dziełu tworzenia. Mit męczeński z wiersza Do matki Polki – apologia ofiary bez nagrody; kto normalny szczyciłby się szubienicą lub więzieniem, gdyby od dziecka nie tkwił w systemie wartości, w którym najmniejsze znaczenie ma skuteczność. I jest wreszcie formuła magiczna „jakoś to będzie” jako hasło do spapranego powstania, które jednak kończy się wesołym polonezem.
Część żałosna tej litanii dość dokładnie pokrywa się z tym, co Bilewicz pisze o traumie: patriotyczna ofiara, szubienica, więzienie, klęska i wreszcie niepamięć o cichym bohaterstwie. Pierwotna trauma wywodzi się zapewne z tamtych czasów; i jeśli Bilewicz utrwalenie się traumy powojennej przypisuje niemożności jej odreagowania w warunkach PRL, to traum dziewiętnastowiecznych dotyczy to w jeszcze większym stopniu. Po każdym przegranym powstaniu następowały lata beznadziei, czasem na całe pokolenie. I tej traumy też nie można było wypowiedzieć publicznie, pozostawały co najwyżej długie nocne rodaków rozmowy. Gorycz klęski korespondowała z drażliwością, z przekonaniem o wszechogarniającym spisku przeciw Polsce (patrz Prelekcje paryskie) i z głębokim poczuciem niesprawiedliwości. Wypisz wymaluj jak po drugiej wojnie światowej.
Ale pozostałą część mitologii romantycznej w formule traumy zamknąć już trudniej. W paradygmacie romantycznym Marii Janion przewijają się dwa wątki: tanatyczny i tyrtejski. Trauma polska opisana przez Bilewicza z grubsza mieści się w tym pierwszym: wyliczone przed chwilą składniki dają się (z pewnym wysiłkiem) sprowadzić do popędu śmierci. Osobiste obciążenie cierpieniami narodu, przesadne poczucie godności, postrzeganie siebie jako ofiary, narcyzm, tropienie spisków – to rzeczywiście jest nasze dziedzictwo. Gorzej, gdy zaczynamy pytać o wątek bohaterski. Chętnych do umierania za ojczyznę nie ma dziś tak znowu wielu; nawet deklarujących tę chęć brakuje. Inna sprawa, na ile dziewiętnastowieczne deklaracje poświecenia miały pokrycie w rzeczywistości. W bardzo gorzkich uwagach o powstaniu styczniowym Jerzy Jedlicki pisał: „Wezwanie do walki ma w Polsce przemożną siłę: odpowiedzą na nie ci nawet, którzy uważają je za wezwanie do narodowego samobójstwa, bo każdy najbardziej się boi oskarżenia, że w chwili krytycznej stchórzył i wyparł się solidarności z tymi, co poszli”3. No tak, ale w dwudziestym pierwszym wieku znacząca część badanych bez wahania oświadcza, że w razie wojny natychmiast przeniesie się za granicę. „Idea nieprzerwanej insurekcji”, o której pisał Jedlicki, straciła aktualność, a zjadacze chleba jawnie cieszą się apetytem.
Wniosek nie jest szczególnie optymistyczny. Wydaje się, że znaczna część wartości (jakkolwiek byśmy je dziś oceniali) zawartych w dziedzictwie romantycznym całkiem się już zużyła i jedyne, co nam po nich pozostało, to drażliwość i przygnębienie. Czyli właśnie trauma, zapewne nieuleczalna. Z książki Bilewicza wynika bowiem niedwuznacznie, że nie da się jej przepracować ani oswoić. Chyba żeby udało się nam zmienić przeszłość.
- 1. Michał Bilewicz Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości, Mando, Kraków 2024, s. 61, dalsze cytaty według tego wydania.
- 2. Maria Janion „Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś”, Tower Press, Gdańsk 2000, s. 6.
- 3. Jerzy Jedlicki Błędne koło. 1832-1864, tom drugi Dziejów inteligencji polskiej do roku 1918, Instytut Historii PAN i Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2008, s. 243, kolejny cytat s. 60.

