powrot_krola_fot_ela_kozak_dscf2096.jpg

Tonący farsy się chwyta
Współczesny progresywny teatr wpuszcza na scenę farsę i kabaret. Czy urodzi się z tego teatr środka?
„Nic nie rozumiem” – narzeka Cocomo, klaun, który dawno powinien być na emeryturze. I byłby, gdyby gaży wystarczyło mu na zusowskie składki. Tymczasem pozostały mu jedynie wspomnienia cyrkowej prosperity lat dziewięćdziesiątych. Dziś żyje wraz z ukochaną Popeliną w szałasie na tyłach zoo, próbując utrzymać się z fuch w galeriach handlowych. I narzeka – że widz się zmienił, że publika nie wie, czego chce, a on sam nie potrafi znaleźć do tych potrzeb klucza. Za wszystkie niepowodzenia wini „jebane lewactwo” i „pierdolonych ekologów”.
Michał Walczak w Powrocie króla, tekście nagrodzonym we wrocławskim konkursie dramaturgicznym „Strefy kontaktu”, opowiada o niegdysiejszych kapłanach rozrywki, dziś pozbawionych mocy. O ich strachu, frustracji, gniewie, upokorzeniu. Tytułowym królem jest Michael Jackson, który przetrwał pedofilską aferę, zaszył się w Polsce i w kraju nad Wisłą chce otworzyć Narodowy Park Rozrywki Narodowej – zdegenerowani cyrkowcy wydają mu się stworzeni do tego przedsięwzięcia.
Powrotowi zdecydowanie bliżej do kabaretowych scenariuszy kolejnych odcinków Pożaru w burdelu, niż do tekstów Walczaka pisanych dla innych scen. To podszyta autoironią satyra na bolączki artystów, na aspiracje Polaków, na mesjańskie ciągoty i – wreszcie – na naszą chorobliwą skłonność do łamania przykazania o miłowaniu bliźniego swego, pod byle pretekstem. Jednocześnie to krzywe zwierciadło, w którym może przeglądać się wiele działających w Polsce scen. Tych pozostających od lat w awangardzie, w których coraz częściej i coraz głośniej mówi się o potrzebie teatru środka, spektakli lekkich, choć niegłupich, które nikogo nie wykluczą, a raczej rozszerzą obszar teatralnej wspólnoty.
powrot_krola_fot_ela_kozak_dscf2361.jpg

Piosenka o teatrze środka jest stara jak świat, tyle że przez lata śpiewali ją głównie przeciwnicy dokonujących się na scenie przekroczeń – dziś coraz chętniej nucą ten refren twórcy kojarzeni z awangardą. Tyle że jak trafić do teatralnego państwa środka? Czy przypadkiem nie zapomnieliśmy drogi? Bo raptem okazuje się, że to żmudna wyprawa.
O tym, że współczesny, progresywny teatr spróbował, jak smakuje własny ogon i że samym sobą jest zmęczony, czeka na zmianę, napisał w głośnym manifeście Sebastian Majewski, szef artystyczny wałbrzyskiego Szaniawskiego. Głośnym, bo trudno było znaleźć w teatralnym środowisku kogoś, kogo by ten tekst by nie obraził, nie zirytował, nie oburzył czy nie rozwścieczył. Racja, Majewski oddał serię strzałów na oślep, trafiając i w młodych twórców (za to, że nie dokonują aktów ojcobójstwa na swoich mistrzach), w starych wyjadaczy (bo powtarzają w nieskończoność odkrywcze niegdyś gesty), w bywalców, którzy snobują się na spektakle, których nie widzieli i w recenzentów, którym do Wałbrzycha wciąż daleko. A choć modne awangardowe sceny nie mogą narzekać na pustki na widowni, to trudno nie dostrzec, że w pogoni za wpływowym krytykiem, za inteligencką publicznością, teatr stał się kolejną bańką, w której tkwimy. Czujemy się w niej bezpiecznie, ale nie jesteśmy w stanie rozhuśtać jej na tyle, żeby zderzyć się ze światem na zewnątrz.
Piosenka o teatrze środka jest stara jak świat, tyle że przez lata śpiewali ją głównie przeciwnicy dokonujących się na scenie przekroczeń – dziś coraz chętniej nucą ten refren twórcy kojarzeni z awangardą
Żeby ją rozbić, Majewski wraz z reżyserem Pawłem Świątkiem, serwują nam gatunek, którym szanujące się sceny dramatyczne pogardzają, co nie znaczy, że go unikają – Wałbrzych jest jednym z niewielu miast, które ominął zalew fars. Wystawianych często niechlujnie, granych od niechcenia, a mimo to utrzymujących się na afiszach przez kolejne dekady.
Inscenizując na scenie Teatru Dramatycznego Czego nie widać Michaela Frayna, Świątek mówi: sprawdzam. Sprawdzam, czy da się gotowy format ożenić z duchem nowoczesnego teatru. Sprawdzam, czy jest tam przestrzeń dla refleksji serio. Czy pozostanie coś poza chichotem widowni. I czy materiał podlegający licencyjnym ograniczeniom pozwoli na autorski rys.
Farsa Frayna to opowieść o teatrze w teatrze – w wałbrzyskiej wersji to historia o powstającym na prowincji, na scenie, na której od zaplecza wciąż można oglądać plakaty przedstawień Strzępki i Garbaczewskiego, komediowym spektaklu. O aktorach, którzy z poświęceniem godnym lepszej sprawy wychodzą z siebie, żeby stworzyć kreacje w tej komedii omyłek, w której każdy suspens jest okupiony bieganiem po schodach i trzaskaniem drzwiami, rozmnożonymi tu ad absurdum.
c5.jpg

W trzecim akcie, kiedy wszystko – zgodnie ze scenariuszem – pogrąża się w totalnym chaosie, nad sceną zawisa portret damy z gronostajem, niepokojąco podobnej z twarzy do obecnego ministra kultury, jako honorowego patrona tej rozpierduchy. Ale zanim Piotr Gliński omiecie spojrzeniem widownię, usłyszymy głosy aktorów zza kulis – niepewnych, czy to, co robią, ma sens i czy widz to kupi. A jeśli tak, to czy po farsie da się złapać na teatr położony nieco dalej od środka. Dziś trudno ocenić, na ile to się sprawdzi. Ale choć spektakl działa w obu warstwach – i jako perfekcyjnie wyreżyserowana farsa, i jako opowieść o współczesnym teatrze, to nie da się ukryć, że sytuacyjny komizm przykrywa ukryte znaczenia.
Dziś mało kto pamięta, że farsa Frayna zadebiutowała w Polsce we Wrocławskim Teatrze Współczesnym – w 1985 roku, po stanie wojennym, po tym jak z dyrekcji był zmuszony zrezygnować Kazimierz Braun. W spektaklu w reżyserii Grzegorza Warchoła Krzysztof Kuliński zagrał Tima, przedstawiciela scenicznego zaplecza, który spełnia wszystkie zachcianki reżysera, zawsze gotów naprawić niedomykające się drzwi i zapełnić dziurę w obsadzie. Dziś Kuliński wychodzi na scenę w wyreżyserowanym przez Tomasza Hynka Powrocie króla jako Cocomo. Pokazuje teatr zmęczonych klaunów, czekających na cud, na mesjasza, który pozwoli im na nowo uwierzyć w siebie. Teatr, który próbuje się umościć gdzieś bliżej środka, ale z trudem odnajduje właściwy język.
„Nie bawię jak kiedyś” – utyskuje Cocomo i trudno mu nie przyznać racji. W komiksowej inscenizacji Hynka Powrót króla zatrzymał się w pół drogi, rozdarty między dramatem a kabaretem. Pośrodku jest bezradność: „Nie rozumiem już widowni, Śnieżynko” – rozkłada ręce Cocomo.

