zrzut_ekranu_2025-10-27_175536.png

Ruch, który nie znaczy
Z Marcinem Miętusem rozmawia Barbara Klicka
Kiedy czytałam twoją sztukę, pomyślałam, że jest ona przede wszystkim świadectwem dwóch twoich fascynacji. Zacznijmy od pierwszej z nich – fascynacji postacią Antoine’a de Paris, czy też Antoniego Cierplikowskiego. Jak trafiłeś na swojego bohatera?
Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie poznałem to nazwisko i historię tego, co robił. Od dawna wiedziałem, że istniał ktoś taki, jak Antoine de Paris, że naprawdę nazywał się Cierplikowski i pochodził z Polski, że rozpropagował fryzurę „na chłopczycę”. To była taka wiedza, którą się czerpie nie wiadomo skąd, gdzieś ktoś się pojawia, w filmach lub książkach, wie się o nim, ale to przecież za mało, żeby nas zainteresował jako potencjalny bohater. Dopiero kiedy do ręki wpadła mi książka Marty Orzeszyny o Antoinie pod tytułem Polski geniusz światowego fryzjerstwa, zacząłem myśleć o nim poważniej. W tamtym czasie znajomy aktor, Karol Franek Nowiński z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, wrzucił na swój Instagram post ze zdjęciami, na których był wystylizowany na Antoine’a. Wyglądał zresztą bardzo podobnie, a pod spodem umieścił notatkę o tym, że marzy, żeby zagrać kiedyś Cierplikowskiego w filmie czy serialu. Pomyślałem wtedy, że to byłoby bardzo ciekawe – zderzyć się z tą postacią w taki sposób, żeby napisać o niej dramat, wyciągnąć ją trochę z niebytu, pokazać od innej strony.
Czy postać Antoine’a – której, jak rozumiem, zacząłeś od tamtej pory przyglądać się z bliska – spełniła pokładane w niej nadzieje?
To ciekawe pytanie, bo rzeczywiście czasem tak bywa, że kiedy zaczynasz przyglądać się bliżej postaci, która cię interesuje, okazuje się ona rozczarowująca. W pewnym przynajmniej sensie. Wokół biografii Cierplikowskiego krąży bardzo wiele mitów, on sam aktywnie je wytwarzał. Mnie bardzo interesowało życie miłosne Antoniego: jego małżeństwo, to, że miał żonę, która była – dziś byśmy tak powiedzieli – jego menedżerką, ale też wielu kochanków. Jak na swoje czasy był chyba dość jawnie homoseksualny, w jakimś sensie nie ukrywał swoich preferencji, ekstrawagancko się ubierał i raczej nie przejmował się cudzymi opiniami. Oczywiście, mógł sobie na to pozwolić z powodu tego, kim był, ile miał pieniędzy, jaki miał zawód.
Jest bardzo dużo anegdot o Antoinie, ale mnie najbardziej urzekła opowieść o ostatnich latach jego życia. Bo Cierplikowski skończył samotnie, w Sieradzu, przebrany za mazowieckiego chłopa. Rozpaczliwie próbował znaleźć swoje miejsce w tym mieście, nie rezygnując z własnych, trochę „paryskich”, zasad. Szukał kontaktu z ludźmi, a społeczność Sieradza trochę nie wiedziała, o co chodzi temu dziwnie przebranemu panu. O tym wątku ciekawie opowiada film dokumentalny Ręka fryzjera.
Lubię też te weselsze anegdoty; opowieści o kwiatach zrzucanych z samolotu nad Polską, czy o niebieskim charcie, którego pomalował, żeby po prostu dodać sobie szyku.
Do ufarbowania tego charta posłużyła, zdaje się, zupełnie ludzka płukanka do włosów, którą wynalazł. Ale porozmawiajmy teraz przez chwilę o Szymonie, który wydaje mi się współczesnym alter ego Antoine’a. Zaciekawiło mnie, czy – twoim zdaniem – historia kariery w stylu „od pucybuta do milionera” jest w dzisiejszych warunkach do powtórzenia?
Zastanawiałem się nad tym. Przez chwilę wydawało mi się, że to Antoine będzie głównym bohaterem, ale zdecydowałem w końcu, że chcę opowiedzieć tę historię inaczej, nie umieszczać w centrum tej historycznej postaci, tylko kogoś innego, w kim ta historia może się przeglądać. Rzeczywiście Szymon to porte-parole Antoine’a, ale też wiele ich różni. To, że są z małego miasta, to jest jakaś łączność między nimi, ale zdecydowałem się też nie nadawać Szymonowi tych samych cech. Zastanawiałem się przez chwilę, czy uczynić z niego osobę homoseksualną, ale ostatecznie nie zrobiłem tego. Wiemy, że Szymon ma dziecko…
Ale wiemy też – z historii Antoine’a oczywiście – że związek z kobietą nie jest w kwestii homoseksualizmu ostatecznie rozstrzygający…
To prawda. Chciałem też nieco zagrać ze stereotypem geja fryzjera. Trudno ukryć, że moje zainteresowanie postacią Cierplikowskiego wiążę się z jego orientacją, bohaterami moich wcześniejszych tekstów dramatycznych również były osoby nieheteronormatywne, jak Karol Szymanowski czy Pola Nireńska. W przypadku Zawód: fryzjer chciałem też przetestować różne rodzaje scenariusza alternatywnego, czy dla Antoine’a, czy też postaci Szymona. Nie dawać młodemu chłopakowi od razu wchodzić w buty gwiazdy fryzjerstwa, myśleć raczej o teraźniejszych problemach, bliższym osobom z mojego pokolenia lub młodszym: pracy bez perspektyw, prekarności, emigracji. Jeśli chodzi zaś o sam wzorzec kariery w stylu „od zera do bohatera”, to ona już w dzisiejszych czasach trochę nie ma prawa bytu. Można odnieść sukces, oczywiście, ale takie uwielbienie, jakie żywiono do Antoine’a, byłoby dziś raczej nieosiągalne. Zwłaszcza w tym zawodzie.
Masz wrażenie, że to kwestia nieco bałwochwalczego uwielbienia dla kogoś, kogo postrzegano jako artystę?
Tak, a to jest kategoria dzisiaj bardzo trudna, być może nawet zdewaluowana i trochę passé. No taka, żeśmy już trochę przejrzeli na oczy… Poza tym zastanawiałem się nad tym, czy fryzjerstwo może być dziś postrzegane jako zawód artystyczny. Chyba nie mam na to odpowiedzi, ale ostatecznie wydaje mi się, że tak. Moda jest przecież formą ekspresji artystycznej. Wątek drag queens jest dla mnie próbą skomentowania właśnie tego tematu. Bo skoro to, co one robią, jest sztuką – a ja jestem przekonany, że jest – to to, że ktoś robi piękne fryzury, też może być postrzegane jako artyzm.
Wydaje mi się, że ten wątek też jest trochę związany z Szymonem, bo on jeszcze nie wie, czy chce być artystą, czy rzemieślnikiem. Sam się przy tym pisaniu zastanawiałem, czym jest dziś praca, jak się ma do takich kategorii jak rzemiosło oraz pasja i czy to wszystko może się łączyć z byciem artystą. Antoine dobrze się czuje w swojej roli wielkiego artysty, Szymon szuka, jest młodym chłopakiem, wielu rzeczy jeszcze nie wie. Ja w jego wieku też bardzo mało rzeczy jeszcze wiedziałem.
Drugą wielką fascynacją, którą odnajduję w twoim tekście, jest ruch. Zapisy choreograficzne, które zamieściłeś w swojej sztuce, są jej niezwykle istotnym fragmentem. Rozmowę o tym wątku chciałabym zacząć od pytania o to, czy sądzisz, że zapis ruchu jest w ogóle możliwy? Czy, krótko mówiąc, coś, co unieruchamia ruch, nie jest zwrócone przeciwko samej jego istocie?
Zajmuję się i dramatopisarstwem, i tańcem, ciągle próbuję łączyć te dwie dziedziny, stwarzać nowe próby opisu ruchu. I rzeczywiście, trochę to jest jak łapanie w klatkę czegoś, co jest bardzo efemeryczne i wynika trochę z innych motywacji niż słowa. Bo słowo, wydaje mi się, rodzi się w mózgu…
Uprzedzam, że będę się upierać przy tym, że mózg to też fragment ciała…
Tak, to prawda, trudno byłoby tańczyć bez głowy. Co nie zmienia faktu, że cały czas nie mam odpowiedzi na pytanie o to, czy da się uchwycić ruch słowami. Ciągle mam wrażenie, że coś się dzieje dziwnego, kiedy się to robi. Słowo często nie nadąża za myślą czy ruchem. Jest jakieś takie… niewystarczające. Bywa domykające.
To co sprawia, że decydujesz się wciąż próbować?
Co jest dla ciebie tak istotne w tej partyturze ruchu, co sprawia, że podejmujesz to duże, jak sobie powiedzieliśmy, ryzyko? To dla mnie ciekawa alternatywa wobec monologu wewnętrznego albo dialogu. Próbuję opisywać w ten sposób rzeczywistość. Wydaje mi się, że staram się też spojrzeć w ogóle na działania ludzi, na cały jakiś taki świat wokół nich, z innej perspektywy po prostu. Bardzo lubię eksperymentować, więc łączenie tych dziedzin jest dla mnie po prostu nęcące. Dostrzegam też może rodzaj niszy w tym temacie. Choć wydaje mi się, że osoby, które zajmują się tańcem, często bardzo dobrze piszą, są różne inicjatywy, które wspaniale łączą słowa z ruchem, na przykład Ruchome Teksty w Warszawie. Bardzo ważny wydaje mi się wysiłek zapisywania po praktyce tanecznej myśli, uczuć, czegoś, co w trakcie tańca się w nas pojawiło.
Dlaczego?
Wydaje mi się, że chodzi o nazwanie sobie procesu, który się wydarzył, najczęściej w pozasłownym porządku. Próbę nazwania rzeczy, odkrywania ich.
Chcesz powiedzieć, jeśli cię dobrze rozumiem, że jakaś część wiedzy o tobie samym, o świecie, pochodzi z ruchu i stamtąd dopiero trafia do twojej świadomości?
Chciałbym, żeby tak było, niestety jest u mnie właśnie inaczej – wszystko rodzi się w mojej głowie. Zacząłem tańczyć po to, żeby trochę osłabić to wrażenie. Chodzi o dostęp do czegoś bardzo intuicyjnego, czerpanie pomysłów nie z daleka, tylko doświadczanie, jak naturalnie wypływają ze mnie. Jakoś nie potrafię tego chyba inaczej ująć. To jest coś bardzo organicznego.
Porozmawiajmy zatem o samym stosowanym przez ciebie zapisie ruchu. Scharakteryzowałabym go jako drobiazgowe opisywanie konkretnych fragmentów ciała i kierunków ich przemieszczeń. Dlaczego zdecydowałeś się na taki rodzaj zapisu i czy sądzisz, że ktokolwiek mógłby naprawdę wykonać te instrukcje?
Tak, myślę, że tak, bo ja sam mógłbym je bez problemu wykonać. Rzeczywiście bardzo dużo jest w tym zapisie mowy o częściach ciała, kierunkach i wzroku. Ja się tym zajmuję na co dzień w takiej praktyce choreograficznej. To są dla mnie jedne z ważniejszych parametrów, obok przestrzeni. Myślałem o tym przez chwilę – dziś, zanim się spotkaliśmy – jak się w ogóle narodził we mnie ten rodzaj narracji choreograficznej. Przypuszczam, że zacząłem sobie bardzo dokładnie wyobrażać konkretną sytuację sceniczną i robiłem to właśnie w ten sposób. Przy pisaniu Zawód: fryzjer wiele razy po prostu wstawałem od biurka i wykonywałem ruchy, które następnie zapisywałem. Czasami obawiam się, że może się z tego zrobić taki rysunek 2D, płaski, że instrukcja: ręka w tę, noga w tę, nie jest prawdziwą charakterystyką ruchu, ale w mojej wyobraźni to zawsze ma trzeci wymiar.
Porozmawiajmy zatem szerzej o twojej praktyce choreograficznej, bo Zawód: fryzjer jest w niej zanurzony, a może nawet w jakimś sensie jest partyturą dla ciebie samego.
Może, ale chciałbym, żeby był też dostępny dla innego wykonawcy. Dodam tylko, że nie zależy mi na perfekcyjnym wykonaniu, każdy może znaleźć na te specyficzne didaskalia swój sposób. Ale tak, pisałem ten tekst ze swojej perspektywy tancerza-nie-tancerza, osoby, która nie jest wykształcona tanecznie, tylko dostała się do tego świata poprzez teorię, czy tam bycie krytykiem i opisywanie tańca. Pamiętam, że moje pierwsze recenzje były po prostu opisem ruchu, czyli tego, co się działo na scenie. Dopiero później zacząłem wchodzić w głębsze rejestry i czasem byłem w stanie zawiesić interpretację.
Bo ruch niekoniecznie musi coś znaczyć. Niektórzy uważają, że wyciągnięcie ręki zawsze musi coś znaczyć, ale ja się z tym nie zgadzam. Bardziej mnie interesuje, co dane ciało robi w przestrzeni, jaki obraz lub skojarzenia buduje, jakie emocje lub myśli wywołuje. Dlatego ważny jest dla mnie ten improwizacyjny aspekt. Tym samym zachęcam, żeby w inscenizacji opis ruchu potraktować jako ogólną bazę lub punkt odbicia.
Zatrzymajmy się, proszę, na moment przy tym, jak to się stało, że przeszedłeś od pisania o tańcu do tańca? Mnie się to wydają zgoła odmienne zajęcia…
Niekoniecznie. Dużą rolę odegrał w tym, oczywiście, przypadek. Na studiach teatrologicznych odkryłem spektakle tańca, o których zacząłem pisać i interesować się choreografią. Na początku od teoretycznej strony. Dramaturgiem chciałem być już wtedy, myślałem przede wszystkim o teatrze. Udało mi się wejść we współpracę z Robem Wasiewiczem. Jako dramaturg współtworzyłem z nim Więcej niż jedno zwierzę w Teatrze Studio w Warszawie. Tak się złożyło, że dwa dni przed premierą wylądowałem na scenie. Pamiętam, że od początku pracy nad tym spektaklem trochę fantazjowałem o tym, że sam chciałbym w nim grać, performować. Potem był kolejny spektakl z Robem. Skończyło się na kursie choreografii eksperymentalnej, który zrobiłem trzy razy z rzędu. Kompletnie przepadłem, no i postanowiłem iść w tę stronę. To znaczy – pisanie nadal było i jest. Działam dwutorowo, pewnie też z uwagi na to, że pracuję jako freelancer, więc jeśli mam mały przestój w pracy w tańcu, piszę dramat. I odwrotnie. Polski teatr wydaje mi się słowocentryczny, taniec był dla mnie trochę ucieczką od niego. Mnie po prostu interesuje chyba trochę inny rodzaj scenicznej obecności. Kiedy zacząłem tańczyć, odkryłem, że rzeczywiście można wyjść poza głowę, że mam miednicę, która się rusza, że moja klatka piersiowa może inicjować ruch, że przestrzeń wokół mnie ma właściwości. Praca na sali z własnym ciałem, odkrycie, że je mam i że ono się rusza, że jest, było dla mnie przełomowe. Naprawdę miło było zostawić własną głowę w tyle i zająć się trochę innymi rejonami mnie.
Rozumiem, że poczułeś się wtedy w ogóle zdolny do innych sposobów ekspresji.
Tak, to też na pewno było bardzo odświeżające. Bardzo lubię odkrywać siebie, eksplorować nowe możliwości, o których wcześniej bym nie pomyślał. Czasami to prowadzi do jakichś takich dziwnych rzeczy, że pushuję siebie w różne strony, które, jak później się okazuje, tak naprawdę mi nie pasują, ale niestety muszę to sprawdzić empirycznie. To odkrycie performowania rzeczywiście dużo mi pozmieniało, otworzyło mnie, stałem się śmielszy w różnych sytuacjach, bo byłem i jestem bardzo nieśmiałą osobą, uważam się za introwertyka. Introwertyk na scenie jest na pierwszy rzut oka oksymoronem, a dla mnie jest to bardzo ciekawa zależność. Badam ostatnio na przykład to, jak można się schować na scenie albo jak można się schować za tekstem, który się pisze. To są pytania, które mnie bardzo zawsze ciekawiły. To jest trochę tak, że mam wrażenie, że sobie po prostu to cały czas eksploruję, że gdzieś różnych rzeczy szukam. Choć tego, że chciałbym zostać w tańcu i choreografii jestem zupełnie pewien. Co nie zmienia faktu, że wciąż też lubię pisać i chciałbym, poprzez praktykę, być coraz lepszy.
W obu tych żywiołach – słowa i ruchu?
Tak, chociaż w tańcu nie zależy mi na jakiejś takiej wirtuozerii, więc sam jestem ciekawy, o co mi właściwie chodzi z tym pisaniem. Sam jeszcze nie wiem, ale wydaje mi się, że te dwa żywioły gdzieś ze mną będą. Może któryś w pewnym momencie przeważy, ale nie wiem jeszcze który. Zobaczymy.

