zrzut_ekranu_2026-03-18_153558.png

Procesy owadów. Glosa do "Pchły Szachrajki"
Przeleciała żywa mucha? A może mi się zdawało. Raz się pokazała, ja się ucieszyłem, rolnik pyta
– darować jej życie?
– darować.
Miron Białoszewski Zawał
NIESŁYCHANA RZECZ PO PROSTU
Jak zapewne pamiętamy, do procesu Pchły Szachrajki nie dochodzi. Sędzia, który zapoznaje się z aktami sprawy („Samych pozwów tutaj mamy / Trzy czy cztery kilogramy”), dochodzi do wniosku, że jeśli nie pozbędzie się radykalnie problemu, to straci zdrowie i życie na prowadzeniu tej sprawy. W związku z tym proponuje oskarżonej układ
Jeśli pani da mi słowo
Że uczciwie i wzorowo
Odtąd żyć jest pani zdolna,
Wtenczas będzie pani wolna 1
Pchła decyduje się na te warunki, zostaje wypuszczona i wypełnia przyrzeczenie. Bajkę Brzechwy kończy całkowite ustatkowanie się bohaterki czy też dorośnięcie „do powszechnie akceptowanych zachowań społecznych”2: do ślubu, dzieci i porządnego prowadzenia się. Sformułowanie o uczciwości, „jak to tylko we bajkach bywa”, osładza nieco ten nie do końca szczęśliwy dla zaangażowanych odbiorców finał. Jego kapitulancki charakter został zresztą dostrzeżony przez badaczy, chociaż Magdalena Kokoszka doszukiwała się w tym „końcu bajki” obśmiania „rewelacji dorosłości”3.
Świat przedstawiony Pchły Szachrajki składa się z ludzi, owadów i innych zwierząt – o ile te ostatnie występują raczej w funkcji zwierząt właściwych, to dwa pierwsze rodzaje stworzeń tworzą równoległe wspólnoty ludzi i antropomorfizowanych owadów. Nasza bohaterka funkcjonuje na krawędzi tych światów, regularnie wkraczając w przestrzeń nie-swoją, staje się rodzajem hybrydy, medium, kogoś pomiędzy sferami. To jest jej największa transgresja i na dobrą sprawę główny powód do jej oskarżenia. Demaskacja jako pchły udającej człowieka grozi jej równie poważnymi konsekwencjami, gdy poda się za księżniczkę lub przebierze za oficera prowadzącego defiladę we fragmencie, który wypadł ostatecznie z wersji książkowej4.
Trudno w tej sytuacji poważnie przejmować się drobnymi szalbierstwami, jakich się bohaterka dopuszcza, nie uiszczając zapłaty za rurki z kremem, oszukując w pchełki czy udając, że śpiewa po włosku „arię z Toski” (podczas gdy aria leci z płyty obsługiwanej przez karalucha), wreszcie organizując przyjęcie karnawałowe u szerszenia bez jego wiedzy i woli. Są to przestępstwa bardzo niskiej rangi, jeśli w ogóle możemy je tak nazwać, wiele z jej psot ma raczej status żartów sytuacyjnych. Dodatkowo narrator często podkreśla negatywne cechy oszukiwanych i raczej dotyczy to ludzi niż owadów: próżność panny Kiki z ulicy Kopernika, która chciała imponować angielszczyzną, albo wpatrzonych w siebie, obmawiających Pchłę koleżanek-Warszawianek.
Wokół głównego przedmiotu kpiny – jeśli takowy istnieje – rozciągała się dyskusja krytyczna dotycząca Pchły Szachrajki. Ta dwoistość świata i „Przekrojowy” pierwodruk pikareski wywołały dezorientację, kolejny powód do nadąsania na poetę i jego twórczość ze strony sztywnego pedagogiczno-krytycznego ciała, zarzucającego autorowi zejście na manowce, ale tę podwójność adresu konstatowali też Karol Wiktor Zawodziński czy Ryszard Matuszewski, krytycy życzliwi Brzechwie5. Utwór o Pchle był jeszcze bardziej dla dorosłych niż inne jego autorstwa, których projektowanymi odbiorcami były niewątpliwie dzieci, a mogły one usatysfakcjonować dorosłych; Pchła była raczej utworem dla dorosłych, który równocześnie okazał się bajką dla dzieci (przy tym trzeba pamiętać, że całkiem dużo wierszy poety postrzeganych ewidentnie jako wiersze dla dzieci drukowano w tym krakowskim piśmie). O tym, że długo nierozpoznany był adres czytelniczy Pchły, świadczą nawet rysunki (autorstwa Ireny Kuczborskiej) w pierwszym wydaniu książkowym po stalinowskiej przerwie i cała ta edycja w roku 1957 w Czytelniku (nieduży format, drobny druk, przedstawianie Pchły jako młodej atrakcyjnej kobiety – w odcinkowej edycji w „Przekroju” tak nie było). Jeśli gdzieś w utworze wyraża się karykaturalność, to w oddaniu relacji świata dorosłych, co potwierdzałoby z kolei tezy Grzegorza Leszczyńskiego o dorosłości jako głównym celu kpin Brzechwy w jego twórczości „dla dzieci”, kpin przecież nie bardzo ostro formułowanych6. Owady w ludzkiej postaci są przerysowane na mocy przenośni – dodajmy – więc już samo to, że mówią, roznoszą placek kruchy, są uczone (jak dwa karaluchy) i tak dalej, było wystarczające i nieco powiększało przestrzeń karykatury ocenianego ironicznie świata ludzkiego.
Zdaje się, że na kształcie ostatecznego tekstu i jego wczesnej recepcji zaciążyło kilka epok, w których powstawała bajka. Rzecz zaczął pisać Brzechwa w czasie okupacji, potem były jej publikacje tużpowojenne w roku 1946 (wspomniany „Przekrój”, gdzie Pchła wychodziła w odcinkach, oraz książkowa wersja wydrukowana w wydawnictwie Eugeniusza Kuthana), a ostateczna, kanoniczna wersja musiała poczekać aż do okresu po przełomie 1956 roku. Czasy stalinowskie nie sprzyjały bowiem Pchle Szachrajce. Mamy więc do czynienia z kilkakrotnym przyspieszeniem zdarzeń i zamarzaniem czasu, otwierającymi i zamykającymi się możliwościami. W samym dziele przestrzeń i stosunki są nieco przedwojenne (nawet pisanie o Ochocie jako o dalekim przedmieściu Warszawy), ale dodano tam trochę realiów powojennych, przez co rozumiem głównie wątek unrrowski w wypowiedzi narratora o angielszczyźnie bohaterki (z „unrowskiej paczki” zaczerpnęła Pchła jedno z nieujawnionych słów używanych dla zrobienia pierwszego wrażenia na pannie Kice) i zasugerowany przez dwukrotnie pojawiającą się „dojną krowę z Ameryki”, także z pewnością idea wyjazdu do Wrocławia jest tym tużpowojennym signum temporis (w pierwodruku mocniej skojarzona z zasiedlaniem ziem zachodnich).
Pośród opublikowanych w „Przekroju” w 1946 roku odcinków był jeszcze fragment, w książkowej wersji wyeliminowany, w którym Pchła dostaje się do radia i na antenie wygłasza przemówienie o dużych darach z Turcji, które czekają na blondynów i blondynki w składach i magazynach UNRRy, co oczywiście wywołuje wielkie zamieszanie w całym kraju i niezadowolenie brunetów i brunetek7. Są w Pchle z kolei inne rzeczy, które przerzucają pomost między epokami – z pewnością wizja kobiecej elegancji i moda (choć już w połowie lat pięćdziesiątych odczuwana jako anachroniczna, to chyba zaraz po wojnie niekoniecznie, z drugiej strony przełom październikowy to pewien zwrot reakcyjny w sferze mody, urody i obyczaju). Bardzo silnie z codziennością ludzko-owadzią, przedwojenną i powojenną, wiąże się Flit, czyli handlowa nazwa mieszanki środków owadobójczych (skład zmieniał się w czasie) amerykańskiego pochodzenia, którym kucharz od rurek z kremem chce potraktować w przyszłości bohaterkę. Flit można zobaczyć na przedwojennych polskich fotografiach, zasadne jest pytanie o jego obecność w okupowanej i powojennej Warszawie. A może Flit urwał się zachodniemu producentowi i zaczął oznaczać każdy rozpylany insektocyd?8
Za satyrę obyczajową wolną od jadu i skłonną do wybaczania przywar uznał Pchłę Ryszard Matuszewski. O kim to miałoby być wobec tego? O świecie stołecznej socjety, która daje się (czy dawała) łatwo oszukiwać? Pchła jest – użyjmy tu słów z wewnątrz tekstu – osobą modną, co ukazane jest ironicznie, ale nie jest to raczej satyra na modę damską. Cenzura miała pretensje do Brzechwy o przeniesienie wad drobnomieszczańskich na zwierzęta i ukazywanie ich w akceptowalnym świetle, ale w tym przypadku trudno Szachrajkę uznać za drobnomieszczankę w trzypiętrowym domku na przedmieściu z najmowaną i stałą służbą. Pchła to prędzej nasz Wielki Gatsby, od biedy wariacja na temat Dyzmy!9
Kłopot bierze się częściowo z rozmytego pojęcia samej satyry i z podejrzenia każdej twórczości humorystycznej o bycie nią właśnie. A jednak w konwencji, w której rozsiane mogą być akcenty dobrodusznej kpiny społeczno-obyczajowej, mieści się to przecież wszystko znakomicie. Twórcy budują tam swoje światy, będące syntezą różnych czasów, wyzute z hiperrealizmu, złożone z heterogenicznych składników. W tymże samym „Przekroju” od 1949 roku drukowane będą opowiadania z cyklu o profesorze Tutce Jerzego Szaniawskiego. Z powojennych krewnych można by przywołać wiersze czy próby teatralne Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (również stałego współpracownika pisma) czy nawet wczesną radiową twórczość Jeremiego Przybory (Kabaret Starszych Panów będzie tu późnym dzieckiem tej konwencji). Jest to świat biorący całkowicie (lub prawie całkowicie) w nawias traumatyczne przeżycie wojenne, ale i konkretną rzeczywistość społeczno-polityczną, przenoszący we współczesność tradycję dawnego kabaretu (ale niebędący jednoznacznie wyrazem mody retro). To dlatego miewali z nim problem sternicy polityki kulturalnej i stronnicy nowej władzy wraz z projektowaną przez nią nową literaturą. Chociaż słowo „bajka” dość dobrze zabezpiecza utwór Brzechwy na wypadek zderzania z nimi, to – jak widać – dobrze, lecz nieidealnie skoro następne wydanie Pchły miało miejsce dopiero w 1957 roku.
BY KTOŚ TAK MARNEGO WZROSTU
Wróćmy jednak do owadów. Ich satyryczność serwowana nawet w mikrodawce to jednak w czasach okupacji oraz świeżo po drugiej wojnie światowej trochę niebezpieczny sposób ujęcia tematu z uwagi na wszystkie skojarzenia okupacyjno-zagładowe. Powiedziałbym, że wymagało to umiejętnego nieprzeciągania struny, dobrego wyboru chwytu i gatunku. W 1946 roku Gałczyński pisze w Szczecinie Satyrę na Bożą Krówkę – wiersz nie doczekał się do dzisiaj dointerpretowania, mimo że umieszczany był często w popularnych antologiach i wyborach (również w BNowskim wyborze poety autorstwa Marty Wyki), chętnie recytowany (miał w recytacji bardzo zyskiwać, co przyznawali nawet ci uważający utwór za słaby wiersz), z dużym potencjałem prowokacji, ale przecież przede wszystkim nie wobec tytułowego owada, który znalazł się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu (na ścianie w szczecińskiej Świetlicy Artystycznej w połowie lutego). Z drugiej strony „Mucha” to tytuł czasopisma satyryczno-humorystycznego, wydawanego od roku 1868, które – owszem – zostało wznowione w roku 1946 i dojechało do roku 1952, w związku z czym znajdziemy w nim jeszcze karykatury stonki ziemniaczanej. Chodziło chyba w tytułowym koncepcie o brzęczenie. To nie było pismo oparte na bardzo gryzącej ironii, ale przeszkadzać w codzienności już mogło.
Wiele jest jeszcze do przebadania, ale choć są to wizerunki owadzie raczej niegroźne, to antropomorfizacja i przerysowanie cech ludzkich cokolwiek tutaj wywołują śmiesznego, budując pewien alternatywny świat. One wręcz się proszą o twórczość z gatunku humorystyczno-niedorosłego. Już Tomasz Bielawski w Myśliwcu w 1595 roku pisał o sensie polowania na różnorodne owady, czy to pożyteczne, czy nieco groźne, czy całkiem niemające żadnego znaczenia: „Lecz to nie źwierze robaki. / Puśćmyż je w sekwestr na żaki”10. Niewątpliwie twórczość dla młodych i dzieci to miejsce, gdzie te owady mogły się w miarę bezkarnie pojawiać, już zresztą przed wojną się pojawiały. W wierszach obu klasyków nowej poezji dziecięcej to Brzechwa jest tym, który z nich korzysta po wojnie bardzo dużo, zwłaszcza z much, których więcej w powojennej poezji jest może tylko u Mirona Białoszewskiego (o ile mucha z melancholijnego wiersza Juliana Tuwima z roku 1939 uchodzi za przeczucie zagłady, to inne owady pojawiają się u niego bardzo epizodycznie, może właśnie dlatego zresztą).
Twórca Pchły Szachrajki opublikuje jeszcze jeden nieco dłuższy utwór z owadami jako pierwszoplanowymi bohaterami, to jest Za króla Jelonka (pierw. 1950). Wyśniona wojna rodziny drwala z leśnymi insektami i to wojna niewątpliwie nowoczesna, taka jak ta, która dopiero co minęła, a która wciąż nam grozi, kończy się propozycją małżeństwa między chrząszczem królem Jelonkiem a córką drwala, Janeczką. Do małżeństwa w ostatniej chwili nie dochodzi, bo przychodzi zima. Wszystko okazuje się snem dziewczyny.
Przywołanie metafory wojny z owadami, milion razy używanej i w kulturze, i w naszym życiu, więc prawie przeźroczystej, w obliczu wielkiego niszczącego konfliktu, który skończył się niedawno, jest jednak zastanawiające, zwłaszcza w kontekście podwójnego finału – happy endu, który się wyśnił. Okupacyjno-tużpowojenna rzeczywistość to bowiem także poruszenie w świecie roślin i zwierząt, które na dużą skalę dotknęło populacje owadów: zmiany w ekosystemie okupowanych miast związane ze zniszczeniami i specjalnym systemem gospodarczym, duża mobilność ludności, kłopoty z higieną, sprawa ekshumowanych i niepogrzebanych ciał. Owady pojawiają się w większej ilości niż zwykle, o ile nie zawsze można to wymierzyć i zliczyć, to tak się po prostu wydaje, jest to widoczne11.
I NĘDZNEGO PCHLEGO RODU
Owady opanowują w związku z wojną również teksty kultury i w sensie symbolicznym, przede wszystkim w ramach wizerunku wroga, było to przedmiotem różnorodnych konstatacji i rozpoznań, do których nie ma powodów wracać, ale o których warto pamiętać (Patrycja Cembrzyńska, Monika Żółkoś)12. Nadobecność insektów to także ten element, który jest dla późniejszej pamięci o wojennej niecodziennej codzienności znamienny. To wszystko sprawia, że będzie się przewijała w utworach pisanych po latach – przywołajmy szczególnie wyraziste polskie przykłady literackie: w wierszach Anny Świrszczyńskiej z tomu Budowałam barykadę pojawiają się stonoga i wszy. W poezji Jerzego Ficowskiego im dalej od traumy, tym więcej łuskoskrzydłych – motyli dziennych i nocnych. W Pamiętniku z powstania warszawskiego Białoszewskiego dostajemy historię o świerszczu odzywającym się w czasie oblężenia na starówce. Te opowieści to relacje z ludzko-owadziej wspólnej podróży, cechuje je niejednoznaczność, wyczulenie na ich i nasz los. Tym szczególnym uwrażliwieniem kieruje się też autor bajki Za króla Jelonka, śniący o szczęśliwym końcu tej wojny międzygatunkowej. Owady tamte i owady te współczesne stają się wygodną, eskapistyczną formułą dla literatury po wojnie, traumie i zagładzie. Jeśli doszliśmy w ostatnim stuleciu do sytuacji, w której jesteśmy w stanie zgładzić własne życie na planecie, to chętnie czasem czyni się zastrzeżenie (z nadzieją?) wobec tego karalucha, który przeżywa bez trudu katastrofę nuklearną.
Wojna jest jednak uporczywą metaforyką, a może i, jakby powiedział Mikołaj Sęp-Szarzyński, „własnym” stanem ludzko-owadzich relacji, zwłaszcza w ujęciu zbiorowym ludzie kontra rój. Jędrzej Kitowicz opisywał szarańczę nawiedzającą ziemie polskie w roku 1748: „Na kształt wojska miała przednią straż i odwód, w których była rzadsza od korpusu”13. Owady jako siła niszcząca i ludzie jako siły eksterminacji. Anihilacja, wyjęcie spod prawa, niepytanie o legalizm, przejście do porządku dziennego nad racjami i powodami, dla których masowo zabijamy owady, uznanie ich za oczywiste i pewne (odruch, obrona konieczna), skłaniały do refleksji etycznej różnych myślicieli. Tym bardziej sens epidemicznego pojawienia się owadów- -szkodników, wobec których byliśmy najczęściej bezradni i nadal kosztuje nas bardzo wiele stawienie im czoła, był przedmiotem różnorodnych, religijnych, magicznych i nowoczesnych, naukowych, istniejących bezkolizyjnie obok siebie, hermeneutyk, jak napisał swego czasu w artykule o sposobach widzenia szarańczy Piotr Kowalski, pokazując, jak różne, właściwie sprzeczne akcje wobec tych samych istot podejmowali konfrontujący się z nimi ludzie i z jak pełną determinacji niekonsekwencją je sobie tłumaczyli14.
MÓGŁ WYCZYNIAĆ BEZ POWODU
Wracając do powojnia, można powiedzieć, że w jakiejś mierze realnym i symbolicznym ukoronowaniem tej owadziej eksplozji o charakterze epidemicznym (muchy, komary, ćmy i korniki) była kampania przeciw stonce wraz z jej propagandową przesadą na początku lat pięćdziesiątych. Kampania, w której pióro Brzechwy również się przydało w postaci utworu Stonka i Bronka (z ilustracjami Szancera!), w którym najbardziej ekscytujący jest obraz ziemniaczanych potraw…
Po robocie każdy siada
I przy stole obiad zjada.
A więc jeden je ze smakiem –
Dajmy na to ‒ barszcz z ziemniakiem,
Inny – placki kartoflane.
Jeśli lubi kto odmianę,
Je ziemniaki podsmażone,
Czy tłuczone, czy pieczone,
Bowiem w każdym domu one –
O czym wiecie bez wątpienia –
Są podstawą pożywienia.
… oraz całej rodziny tego chrząszcza wychodzącego na żer:
Tak na żer wyrusza stonka;
Więc małżonek i małżonka,
Brat i siostra, i szwagierek,
Ciotek, wujów długi szereg,
Pożerają na wyścigi
Świeże liście i łodygi.
Nic nasycić ich nie zdoła,
Więc żarłoczna stonka woła: –
Skoro krzak już objedzony,
W różne się rozejdźmy strony:
Wy na lewo, my na prawo!
Podążają tedy żwawo,
Pożerając – krzak po krzaku –
Każdy liść i pęd ziemniaków.
Najważniejsza jednak, choć już nie tak porywająca poetycko, jest instrukcja dla młodzieży i wezwanie do konkretnych działań.
W jednej z drużyn jest i Bronka.
Ona wie co znaczy stonka;
Wlała nafty do butelki,
W nafcie topi niszczycielki.
A liść każdy się uśmiecha:
– Z tej dziewczyny jest pociecha!
Bierzcie wszyscy przykład z Bronki:
Trzeba niszczyć larwy stonki,
Przeszukiwać krzaczków gąszcze,
Z liści, z ziemi zbierać chrząszcze
Bardzo pilnie, bardzo skrzętnie,
Żeby niszczyć je doszczętnie.
Trzeba też z opryskiwaczy
Ciecz rozpylać, bo inaczej W ciągu lata do jesieni
Stonka znowu się rozpleni15
W przypadku stonki opanowanie sytuacji wymagało zastosowania kilku hermeneutyk, czy też, jakbyśmy dziś powiedzieli, narracji, wyjaśnień. Propagandowej opowieści o prezencie od Trumana zrzuconym na tereny NRD, który wiatr porwał na polskie ziemie, nie przeszkadzało naukowe podejście i uczonych polskich, i radzieckich. A metody angażujące wszystkich, w tym szczególnie młodzież (tytułowa Bronka), nie wykluczały poszukiwań różnych sposobów biologicznych i chemicznych, o których Polska Kronika Filmowa informowała, już ironicznym głosem Włodzimierza Kmicika, jeszcze u schyłku epoki Gomułki16.
TAKIE PSOTY I GAŁGAŃSTWA
W tekście poświęconym późnośredniowiecznym procesom zwierząt Michel Pastoureau pisze: „Powiesić albo spalić wieprze a obłożyć ekskomuniką szczury lub insekty to nie to samo. Różnica między sprawą maciory z Falaise a sprawą szarańczy z Villenauxe jest ogromna”17.
Postępowanie w przypadku owadów było zasadniczo odmienne niż w przypadku wałęsających się świń dopuszczających się zjedzenia dziecka czy konia przypadkowo zabijającego dorosłego, jak również inne niż w przypadku zwierząt sądzonych wraz ze sprawcami zoofilii (o tych ostatnich zresztą niewiele wiadomo, gdyż w ramach wykonania wyroku obok uczestników czynu palono także akta). Przestępstwa większych ssaków są rozpatrywane przez sądy świeckie, oskarżone odpowiadają najczęściej indywidualnie, choć przywołuje się inne przedstawicielki gatunku, by ku przestrodze oglądały egzekucję skazanego zwierzęcia. To zwyczajne, a zarazem modelowe sprawy kryminalne. Pastoureau tłumaczy je potrzebą przedstawienia doskonałego działania sprawiedliwości, przedstawia je jako procesy modelowe, a więc logiczne, oczywiście w ramach średniowiecznego pojmowania świata.
Zwierzęta stanowiące plagi – przede wszystkim gryzonie i owady: gąsienice i szarańcza, także inne zwierzęta spadłe z nieba (muchy, chrabąszcze) – zostają bowiem przejęte przez jurysdykcję kościelną. To ona organizuje całą procedurę nieuchronnie prowadzącą do ekskomuniki oskarżonych. Pastoureau przywołuje fragmenty dzieła Barthélemy’ego Chassenée z 1531 roku:
Czy trzeba je pozywać osobiście? Tak. Czy w przypadku, gdy oskarżeni nie stawiają się w sądzie, może ich reprezentować pełnomocnik (adwokat) z urzędu? Tak. Jaki organ ma sprawować jurysdykcję? Trybunał duchowny, czyli sąd biskupi. Czy zgodnie z prawem można nakazać wspomnianym gryzoniom i insektom opuszczenie terytorium, na którym dopuszczają się swych niecnych czynów? Tak [jednakże Chassenée przyznaje, że dla większości z nich zjadanie plonów jest czynnością „naturalną”]. Jak procedować, by sprawę zakończyć? Nakazać, obłożyć anatemą, rzucić klątwę, a nawet ekskomunikować!18
Sprawa jest więc na tyle poważna, że wymaga interwencji Kościoła. W 1120 roku biskup Barthelemy „potępił i ekskomunikował” gąsienice, które opanowały pola, rok później – muchy. W 1516 roku biskup Troyes rozkazał szarańczy pustoszącej winnice „opuścić diecezję w terminie sześciu dni, pod groźbą ekskomuniki”. W Grenoble w 1585 roku anatema zostaje poprzedzona próbą mediacji – gąsienicom proponuje się „by wycofały się na tereny nieuprawne, które zostaną im przyznane”, podobne rokowania prowadzono z insektami jeszcze w siedemnastym i osiemnastym wieku19.
Owady są więc postrzegane jako narzędzie boskie, może nawet wymierzające ludziom sprawiedliwość czy karę (od tego właśnie są plagi), nie przeszkadza to jednak sądzić ich za pomocą procedur przewidywanych dla heretyków. Jeśli zastanawiacie się, jak można ekskomunikować gąsienicę, która wszak20 nigdy do wspólnoty wiernych nie została przez chrzest święty przyjęta, to jest to bardzo zasadne pytanie, jeden z paradoksów ludzkiego współbycia z owadami. Procesy owadów zdarzały się w południowej Francji i w krajach alpejskich przez całą epokę wczesnonowożytną, nawet jeszcze w osiemnastym wieku.
JAK PCHŁA OWA, PROSZĘ PAŃSTWA!
Wróćmy jeszcze do Szachrajki. „Pchła to dziwna jest osoba!” – mówi jedna z zazdrosnych koleżanek Warszawianek. I oczywiście tkwi w tym zdaniu w ogóle możliwość spojrzenia na pojedynczego owada jako na osobę, i nawet nie chodzi o filozoficzne pretensje nadętego personalizmu. Scena z grożącym bohaterce sądem i możliwością ułożenia się z oskarżoną mieści się w logice bajki. To, że jest to pchła, jest szczególnie pomysłowe i dojmujące. Metafora owada jako innego człowieka jest podstawowa i choć stoi na pozór na antypodach wszelkich odruchów abiektalnych, to w gruncie rzeczy bardzo trudno jest się z niej wywikłać, jeżeli tylko wejdzie się w tryb szkła powiększającego, w świat miniatury.
Ostatnio próbował, nie pierwszy i nie ostatni, wyłamać się z tego porządku w książeczce Robale Marek Rosłan za pomocą pojęcia roju21. Jest to forma istnienia dla człowieka z pewnością nieosiągalna i nie do końca zrozumiała, ale kto nawet nie stał się nigdy częścią fanatycznego tłumu czy peletonu kolarskiego, to czasami miał może poczucie współpłynięcia z resztą ludzkości. I choć będą nas entomologowie przekonywali, że to wszystko nie to, to jednak przenośnia jest używana nieprzypadkowo. Poczucie totalnej obcości i łatwość antropomorfizacji to kierujące ludzkim stosunkiem do owadów siły.
W okoliczności sądu zawieszenie egzekucji wyraża gest minimalnej hojności, o której pisał Andrew Linzey jako o obowiązku naszego gatunku wynikającym z nierówości wobec wszystkich pozostałych.22
- 1. Jan Brzechwa Pchła Szachrajka, w: tegoż Bajki, ilustracje Jola Richter-Magnuszewski, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016, s. 321-322; w dalszym ciągu cytuję za tym wydaniem.
- 2. Magdalena Kokoszka Bajki Szachrajki, czyli o tym, co pomyślane na opak, w: Par coeur. Twórczość dla dzieci i młodzieży raz jeszcze, pod redakcją Iwony Gralewicz-Wolny i Beaty Mytych-Forajter, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2016, s. 116.
- 3. Tamże.
- 4. Jan Brzechwa Była sobie Pchła Szachrajka…, „Przekrój” nr 17/1946.
- 5. Szerzej o ówczesnej recepcji: Kinga Kuszak Poeta. Nauczyciel(ka). Dziecko. Twórczość dla dzieci Juliana Tuwima i Jana Brzechwy w zmieniającej się rzeczywistości przedszkolnej, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2021 oraz Mariusz Urbanek Brzechwa nie dla dzieci, Iskry, Warszawa 2013.
- 6. Grzegorz Leszczyński Skandalista Jan B., w: Nie bój Brzechwy. Studia i szkice kleksologiczne, red. Jan Malicki i Joanna Papuzińska, Wydawnictwo Naukowe Śląsk, Katowice 2010, s. 32-33.
- 7. Jan Brzechwa, dz. cyt., „Przekrój” nr 27/1946
- 8. „Mój znajomy naukowiec, humanista ma w swoich mądrych książkach rożne teorie podziału społeczeństwa, lecz prywatnie dzieli ludzi na tych, którzy pamiętają jeszcze rozpylacz na muchy typu Flit i tych, którzy Flitu nie znają” – pisał w 1968 roku na łamach studenckiego „itd.” Tadeusz Zimecki
- 9. Za całkiem nietrafiony koncept i anachroniczny w kontekście polskim uważam próby odnoszenia postaci Pchły do subkultury hipsterskiej; por. Kokoszka, dz. cyt., s. 115-116.
- 10. Tomasz Bielawski Myśliwiec, w: O myślistwie, koniach i psach łowczych książek pięcioro z lat 1584-1690, wydał Józef Rostafiński, Nakładem Akademii Umiejętności, Kraków 1914, s. 374-375.
- 11. Szerzej pisałem o tym w swoim tekście Osy zaraz po wojnie. Owady na miejskim marginesie: realizm i widzialna obecność, „Almanach Communicare” tom 8. Miasta/Zwierzęta, WUW, Warszawa 2021, publikacja dostępna online.
- 12. Pośród polskich tekstów z ostatnich lat: Patrycja Cembrzyńska O kreaturach. Lekcja entomologii, „Teksty Drugie” nr 4/2016, czy kilkakrotnie Monika Żółkoś (Insektosemityzm, „Narracje o Zagładzie” nr 3/2017).
- 13. Jędrzej Kitowicz Pamiętniki czyli Historia Polska, opracowanie i wstęp Przemysława Matuszewska, Warszawa 1971, s. 48.
- 14. Piotr Kowalski Mit, prawda, wyobrażenie. O sposobach widzenia szarańczy, w: Mit, prawda, imaginacja, redakcja Piotra Kowalskiego, WUWr, Wrocław 2011.
- 15. Jan Brzechwa Stonka i Bronka, Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1953, pierwodruk w: „Mucha” nr 24/1950.
- 16. Szerzej: Monika Milewska I rak ryba. Stworzenia polityczne PRLu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024.
- 17. Michel Pastoureau Procesy zwierząt. Sprawiedliwość jako przykład?, w: tegoż Średniowieczna gra symboli, przełożyła Hanna Igalson-Tygielska, Oficyna Naukowa, Warszawa 2006, s. 44.
- 18. Tamże, s. 42-43.
- 19. Tamże, s. 43-44
- 20. W długiej tradycji redaktorskiej pisma „Dialog” słowo „wszak” było zakazane, Konstanty Puzyna mawiał, że to męska wesz. Ze względu jednak na tematykę tekstu zdecydowaliśmy się je tu, w drodze wyjątku, pozostawić. (Red.)
- 21. Marek Rosłan Robale, Wydawinctwo Nisza, Warszawa 2025.
- 22. Andrew Linzey Teologia zwierząt, przełożył Wiktor Kostrzewski, WAM, Kraków 2010.

