Zamiakulkasy

Mariusz Gołosz
W numerach
10 lut, 2026
Styczeń
2026
1 (827)

Kumam. Mam tę samą gorycz. Tę samą albo trochę przynajmniej podobną. Mam jej całkiem sporo.

Mam tej goryczy dużo i staram się ulewać po trochu, czyli inaczej niż Anna Zawadzka. Ale po kolei. Dostałem maila z zapytaniem, czy nie napisałbym recenzji książki Gorycz1. Co prawda, nigdy wcześniej nie napisałem żadnej recenzji, ale napisałem dramat o wyzysku w polskiej piekarni.2 Nie wiem, czy daje mi to wystarczający glejt, żeby oceniać książkę o wyzysku w niemieckim ogrodnictwie, ale spróbuję.

Żeby była jasność: nie podważam ani nie czepiam się tematu, pisanie o upokorzeniu czy rozczarowaniu rzeczywistością, która miała wyglądać jakoś, a przypomina jakieś chore gówno, jest moim ulubionym rodzajem literatury.

Mam też wrażenie, że przerabianie własnych doświadczeń na tekst pozwala wejść w temat z większą intensywnością, przykleić się do tekstu silniej, i to też autorka Goryczy robi. Zawadzka nie dystansuje się, nie ironizuje, zabiera nas do Niemiec, które miały stać się dla niej ucieczką od polskiej rzeczywistości uczelnianej. Okazało się jednak, że praca w ogrodnictwie jest niewdzięczna, smutna i fizycznie obciążająca. Czy jest to kwestia rasowa, jak próbuje dowieść autorka? Nie jestem pewny, bo skoro wszyscy w tej opowieści są biali, to może przyczyną jest coś innego? Może to taka dziwna mieszanka wstydu i poczucia władzy, która często występuje obok zmęczenia i pracy fizycznej?

Autorka opisuje na przykład swoją znajomość z Rogerem, niemieckim kolegą z niemieckiej pracy. Roger był seksistą, ale też miłym gościem, który czasem wykonywał w pracy miłe gesty: zabierał ją do najlepszej piekarni z preclami albo pozwalał dłużej posiedzieć w ciepłym aucie. Tak było do czasu, gdy pojawiła się w nim fantazja o buncie, która szybko zderzyła się z rzeczywistością i pękła. Wtedy pękł też Roger i przemienił się w chuja, zaczął wymagać gadania tylko po niemiecku i wykorzystywać swoją pozycję do uprzykrzania „pracowego” życia i mobbowania.

Czy gdyby Roger nie był Niemcem, a cała sytuacja miałaby miejsce w Lublinie, Uniejowie albo na Mazurach, to też byłaby to kwestia rasizmu? Może problem był umiejscowiony gdzie indziej. Może pozycja w pracy dawała Rogerowi jedyną stabilność. Kiedy więc rozwalił się, pozwolił sobie na chwilowy upust emocji, musiał szybko ją zrekonstruować. Jak? Tak jak da się to zrobić najłatwiej, czyli wskakując w kostium twardego typa, który wymaga od współpracowników niestworzonych rzeczy, bo ma do dyspozycji odrobinę władzy.

Czy jednak ten mechanizm jest determinowany rasą? Ja odczytuję to jako trochę inną sytuację. Każdy chyba, kto kiedykolwiek pracował fizycznie, poznał osobę, która tydzień po niezmieniającym absolutnie niczego awansie, traciła poczucie przynależności do grupy „roboli”. Ale czy podobne sytuacje mają podłoże etniczne? Mam poczucie, że nie.

Dalsza część historii opowiadana jest tym samym sposobem. Pracownicy oczekują od autorki znajomości języka niemieckiego, mimo że są w stanie porozumieć się z nią inaczej. Jest to wredne, ale wredna też bywa autorka, traktując innych pracowników jak troglodytów („Gołe cycki, buhahaha”). Nie jest tak, że nie wierzę w seksistowskie zachowania albo neguję, nie wiem, wulgarność, ale oczekiwanie od gości, z którymi pracujesz fizycznie, lewicowej wrażliwości jest chyba odrobinę klasistowskie.

Jestem w stanie wyobrazić sobie, że nie każdy mógł cieszyć się przywilejem czytania w wolnym czasie książek Rebekki Solnit. Nie każdy mógł też, jak autorka, zachwycać się w muzeum obrazami przedstawiającymi proletariuszy („Patrzyłam na obraz Griebela i czułam niewysłowioną ulgę”).

Mam też mały problem z porównywaniem mobbingu do Holokaustu, a chyba to właśnie dzieje się, gdy autorka pyta, czy pozostali współpracownicy są jej „strażnikami w obozie”. Brak znajomości niemieckiego jest też zestawiany z odmawianiem Żydom obsługi w sądach, bo żydłaczą. W 2025 roku znalazłbym bliższą analogię, na przykład do ludobójstwa w Gazie. Daleko jej do sytuacji berlińskich pracowników.

Autorka jednak daje sobie zdecydowanie większe prawo do oceny osób i zachowań („Tobias, który był od niej sto razy mniej sztampowy”) niż wszystkim innym. Odmawia też na przykład biseksualności swojemu współlokatorowi („męskiemu mężczyźnie”, „dwieście procent hetero”), szczerości emocjonalnej swoim współlokatorkom („Erika, a jakże, płakała”, „Katrin zrobiła smutną minkę”), a także czytelnikowi oceny książki („jacyś oni powiedzą: «e, kiepski tekst»”).

Mam poczucie, że problem klasowy miesza się tutaj z rasowym. Znam podobne sytuacje, jak te, kiedy odmawiają ci w deszczu schronienia na klatce schodowej, bo wniesiesz bogaczom błoto na marmury. Znam też lewicowych właścicieli piekarni,którzy z pasją opowiadali o spektaklach Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, a później pytali, czy nie za dużo ci płacą, skoro robisz kolejną dziarkę? Doskonale wiem, jak straszne jest, gdy ktoś gra na najniższych instynktach i pyta, czy smarujesz bułkę j e g o masłem?

Tylko, czy jest to kwestią rasy, czy prostego podziału na pana i robola?

Goryczy kwestia klasowa sprowadza się jednak do braku przywileju, który uniemożliwił autorce wejście w struktury akademickie i zderzył ją z prawami jej akademickiej hierarchii („nikt na inteligenckich salonach nie zna moich rodziców”). W tej samej książce, ta sama autorka pisze jednak o ojcu, który studiował w Leningradzie, czy mieszkaniu od urodzenia w Warszawie. To chyba sporo przywilejów w porównaniu z pozycją większej części społeczeństwa.

 

Autorka na początku książki zapowiada, że nie próbuje przedstawić swojego doświadczenia jako wyjątkowego, że w opisywanych sytuacjach interesuje ją „typowość” i to właśnie największa siła Goryczy. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że o ile opisane sytuacje pracownicze potwierdzają znany model oparty na wyzysku, to opowieści o randkach i współlokatorach wydają się niepotrzebnym dodatkiem przepisanym z dziennika. Również zapowiedziane pożegnanie „z pielęgnowaną od lat tożsamością”, „jestem socjolożką”, „jestem doktorem nauk społecznych” nie następuje.

Dostajemy opowieść o badaczce, która obserwuje plemiona robotnicze i dziwi się, że nie reprezentują jej światopoglądu. A przecież ta sama osoba tworzy wspaniałą metaforę: zamiakulkasy to osiemdziesiąt procent roślin, którymi autorka zajmuje się w pracy; zamiakulkasy są w stanie przeżyć w fatalnych warunkach, bez wody i światła.

Właśnie oni, to osiemdziesiąt procent, najlepiej rozumie tytułową gorycz. Tyle że oni najczęściej nie podzielają poglądu na temat aborcji, małżeństw jednopłciowych czy emigrantów. Wtedy ta mityczna więź klasowa staje się dużo trudniejsza do utrzymania.

  • 1. Anna Zawadzka Gorycz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025. Fragment książki zatytułowany Mapa drukowaliśmy w numerze 4/2025.
  • 2. Mariusz Gołosz pieśni piekarzy polskich druk w numerzez 9/2022 "Dialogu"

Udostępnij

Mariusz Gołosz

jest dramatopisarzem, laureatem wielu wyróżnień, zwycięzcą zeszłorocznej edycji konkursu Teatru Telewizji „Narracje Nieobecne”. Jest dramaturgiem Teatru Lalek Guliwer.