bajki zwierzęce

W kwietniu i maju najszybsze i największe miasto w Polsce zaczyna nagle zauważać obecność pewnych ptaków. To bowiem miesiące lęgowe nurogęsi, które z różnych przyczyn w ostatnich latach wybrały na miejsce wychowywania piskląt głównie tereny Łazienek Królewskich. Nurogęś to gatunek może nie aż taki rzadki, ale rzadki w wielkich miastach; w dodatku ogólnie w Polsce raczej nieliczny i chroniony. Nazwa jest nieco myląca, bo nurogęś to kaczka. Samiec jest czarny i biały, samica rudo-brązowa i ma na głowie najbardziej punkowego z irokezów.

„Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać, wyrywam nawłoć kanadyjską” – głosi jeden z memów, towarzyszący narastającej atmosferze grozy wokół roślin inwazyjnych. Nawłoć kanadyjska jest właśnie jedną z nich. Roślina ozdobna z rodziny astrowatych wydaje się zagrożeniem dla całych ekosystemów – alarmuje część ekspertów. Podstępny wiecheć z żółtymi kwiatami zmienia glebę, tworzy gęste zagajniki utrudniające ptakom lądowanie. Rośnie w sposób niekontrolowany i w warunkach antropopresji trudno z nią wygrywać rodzimym gatunkom.

Bliska mi osoba zadumała się kiedyś nad pewną mazowiecką miejscowością na obrzeżach Kampinoskiego Parku Narodowego i patrząc na nieudaną inwestycję z lat dziewięćdziesiątych, zapewne mającą być swego czasu domkami letniskowymi, powiedziała dobitnie: „kurwa, ale tu brzydko”. I wtedy, nie kłamię, na środek polany wyszedł wielki jeleń. Stanęliśmy nieruchomo i wstrzymaliśmy oddech. Poruszał trochę porożem, popatrzył na nas dość oceniająco i zanim dobrze zdążyłam poprawić lornetkę, aby się mu przyjrzeć, poszedł sobie.

– O niee, znowu mam mysz – pisze do mnie moja siostra, co stało się w ostatnich czasach rodzajem niezobowiązującej zagajki, na równi z „hej, co tam” albo „strasznie mi się dzisiaj nie chce wstać do pracy” (pośpiesznie dodaję, że to ostatnie pisze tylko ona, oczywiście mnie się zawsze chce). Wielkie Zmagania Mojej Siostry z Myszą stały się motywem nieco podobnym do tej, znanej pewnie czytelnikom, kreskówki, w której kojot próbuje dorwać strusia pędziwiatra, a ten zawsze się wymyka, chociażby drapieżnik zbudował dla niego wielopiętrowe pułapki.

Czasami mówię, że najchętniej rzuciłabym wszystko i przeniosła się do sanktuarium dla nosorożców. Są to dziwne zwierzęta. Ich twarze wyglądają trochę jakby nie były one istotami z tej samej planety, tylko niezgrabnymi przybyszami z innego wymiaru: kanciaste, ciężkie, geometryczne. Jeden z ośrodków, które obserwuję, co jakiś czas ratuje nową osobę z rogiem, osobę poszkodowaną przez odłączenie od matki zabitej przez kłusowników.

Chociaż żyjemy w czasach, w których niewiele już nas zdziwi, mimo wszystko byłam nieco zaskoczona wiadomością, iż na jednej z wysp w pobliżu Australii czterokilogramowy jamnik o imieniu Valerie przetrwał ponad pięćset dni sam wśród buszu1.

W ostatnich latach kultywowałam pewien osobliwy obyczaj: w momentach wewnętrznego niepokoju i przekonania, że świat zmierza w złym kierunku – czyli niestety nadto często – sprawdzałam, ile lat mają aktualnie Jane Goodall i David Attenborough i czy wszystko u nich dobrze. Za każdym razem informacja na Wikipedii uspokajała mnie: okej, są już wiekowi, ale nadal dzielę z nimi tę samą planetę.

– Kiedy skończy się ta wstrętna zima? – pyta pani przy stoliku w kawiarni obok – na szczęście za tydzień ma być na plusie – uspokaja siedzący w pobliżu nastolatek. Kilkanaście ostatnich tygodni przywróciło stary porządek, a w nim też i prawo do marudzenia na zimno, więc próbowałam stłumić w sobie odruchowe potępienie narzekania na brzydką pogodę. Nikt za bardzo nie lubi, jak się mu przypomina, że śnieg przydaje się w kraju zagrożonym od kilku lat suszą hydrologiczną, a tym bardziej jak robi to przypadkowa osoba w kawiarni.