zrzut_ekranu_2025-12-30_104735.png

Planeta małp
W ostatnich latach kultywowałam pewien osobliwy obyczaj: w momentach wewnętrznego niepokoju i przekonania, że świat zmierza w złym kierunku – czyli niestety nadto często – sprawdzałam, ile lat mają aktualnie Jane Goodall i David Attenborough i czy wszystko u nich dobrze. Za każdym razem informacja na Wikipedii uspokajała mnie: okej, są już wiekowi, ale nadal dzielę z nimi tę samą planetę. Ta pewność nie tylko krzepiła, ale pozwalała mi nadal jakoś zobaczyć rzeczywistość w znajomych ramach, mających pewnie korzenie w końcówce dwudziestego wieku, wraz z jej niepokojami ekologicznymi, ale i też spokojem końca historii; osadzić w znajomej matrycy. Nie krzyczcie, wiem, że są to postacie z innych uniwersów: Goodall była jednak przede wszystkim badaczką, Attenborough jest popularyzatorem i gwiazdą BBC, chociaż kończyli pokrewne kierunki studiów. W moim dziecięcym świecie zajmowali się jednak czymś podobnym, tym, czym chciałabym zajmować się w przyszłości: patrzeć na zwierzęta, rozmawiać ze zwierzętami, oglądać zwierzęta. Tłumaczyć ludzkości za pomocą zwierząt. I wyciągać z tego wnioski na temat tego: gdzie teraz się znajdujemy i co z ludzkością trzeba teraz począć.
Ale gdy piszę te słowa, to mój rytuał przestał mieć rację bytu: zabrakło Jane, co jest tylko kolejnym dowodem na chaos i niesprawiedliwość świata. Straciliśmy kolejny powód, żeby czuć się bezpiecznie w naszych czasach i w naszym stadium rozwojowym. I to akurat straciliśmy być może najpotrzebniejszy nam dziś filar naszego firmamentu, bo Jane Goodall była nie tylko naukowczynią, która zrewolucjonizowała metody badawcze, dokonała odkryć czy przetarła szlaki kobietom. Jej odkrycia wzięły się z jej postawy etycznej: traktowania szympansów jako niepowtarzalnych istot, którym nie nadaje się numerów, ale imiona. W całej historii Jane Goodall ‒ jej postawie, aktywistycznym zacięciu, poczuciu odpowiedzialności za całość naszego funkcjonowania na świecie ‒ jest jakieś światło, które wskazuje na to, jak mamy dalej procedować nasze istnienie na ziemi.
A w tym świetle ‒ nadzieja, że oprócz tego, że potrafimy wszystko zepsuć, potrafimy też naprawić.
Jednocześnie przyznam się do innego odczucia, niewygodnego dla mnie samej: nie przepadam za obserwacją szympansów. Jest to oczywiście nie tylko niepoprawne stwierdzenie, ale i absurdalne o tyle, że raczej nie będzie mi dane jechać do ich naturalnego środowiska. A w ogrodzie zoologicznym nie wolno znajdować się w niesproblematyzowany sposób, więc jeśli któryś z czytelników mnie tam kiedyś widział, musiało to być specjalne zadanie ekopoetyckie, które z rozwagą wykonywałam. Niemniej, z szympansami, nawet w zapośredniczonej filmowej formie, mam problem. Czuję się przy nich mocno nieswojo.
Książka Dzikość. Jak kultury zwierzęce wychowują rodziny, tworzą piękno i osiągają pokój Carla Safiny upewniła mnie w tym, skąd to odczucie się bierze. Jedna z jej części opisuje współczesne badania na szympansach, a raczej psychodramy z udziałem tych zwierząt, obserwowanych przez autora wraz z Cat Hobaiter, analizującą ich gesty i zachowania. Analiza zachowania jednej z grup to pasjonująca i straszna zarazem opowieść o społeczności funkcjonującej w ścisłej hierarchii, przestrzegającej bardzo dokładnych, często okrutnych zasad. Wspólnocie używającej przemocy, posiadającej swój bardzo skomplikowany system etykiety i gestów, języka, który musimy tłumaczyć na nasz. Hołdującej samcom alfa, wraz z niekoniecznie logicznymi zasadami ich wyłaniania. Rozgrywającej politykę na poziomie bardziej skomplikowanym niż serial Gra o tron. Wreszcie: grupy osób zdolnych do szkodzenia, nie tylko swoim wrogom, zagrażającym gatunkom, ale sobie nawzajem. Safina zauważa:
Przemoc wewnątrz społeczności to aberracja, która wyróżnia szympansy na tle świata przyrody. Tylko ludzie dzielą z nimi tę dziwną skłonność. Oba te gatunki to jedyne naczelne, które potrafią wytwarzać narzędzia i jednocześnie polować w grupie, a także jedyne, które wywołują wojny między społecznościami oraz zabijają dobrze im znane osobniki z własnej grupy.
Problem z szympansami jest więc taki, że za bardzo przypominają nam ludzi, a jednocześnie nie są ludźmi. Są zwierzętami; ale nie da się ich zachowania zamknąć w antropocentrycznym infantylizmie: kiedy pies czy kot zachowuje się nietypowo, mamy na to tysiące uroczych opowieści. Kiedy zwierzę zachowuje się „okrutnie” według standardów humanistycznych, przypominamy sobie o jego nieludzkim rodowodzie. Kiedy okrutnie zachowują się szympansy, jest nam trudniej, bo ich okrucieństwo, zdolność do czynienia zła z rozmysłem, zbyt duże skupienie na ego, które czasem zaślepia nas tak bardzo, że szkodzimy samym sobie, nazbyt intensywnie przypomina ludzkie. Autor, zdając sobie sprawę z tego mechanizmu, pisze:
Gdybyśmy naprawdę zrozumieli, kim jesteśmy i jacy możemy być, zobaczylibyśmy, że zawsze mamy wybór, że możemy wybrać współczucie, które jest w nas najlepsze, i wyrosnąć z tego, co jest w nas najgorsze. Ale musielibyśmy naprawdę dobrze przyjrzeć się sobie w lustrze i zdecydować – jak tylko my jesteśmy w stanie zrobić – jakimi istotami chcemy być.
Jak wiadomo, już lepiej byłoby wybrać, że chcemy być jak bonobo, które, jak się w uproszczeniu wydaje, zamiast przemocy wolą seks. Albo chociażby zacząć naśladować społeczność humbaków, także opisaną w książce Safiny – łagodną, więziotwórczą wspólnotę, potrafiącą zbiorowo opiekować się małymi kaszalotami, posiadającą skomplikowany językowy system identyfikacji swoich klanów i zdolną do przekazywania swoich pieśni. Ale jest nam do tego coraz dalej.
Czytając pierwszy akapit tego tekstu mogli państwo odnieść wrażenie, że jak byłam mała, marzyłam o zostaniu Jane Goodall. Niestety, cechował mnie też nadmierny rozsądek, który nie pozwalał sobie wyobrazić, że będę w stanie podróżować po dżungli. Wolę natomiast zostać Jane Goodall teraz, jak już jestem dorosła i to nie tylko dlatego, że wciąż rozważam, czy chęć zrobienia doktoratu to konstruktywny sposób na przeżycie kryzysu wieku średniego. Bycie Jane Goodall oznacza jednak zupełnie co innego i z każdym dniem staje się to coraz trudniejsze. Najbardziej zazdroszczę nie tego, że jej życie stanowiło jeden z rozsądniejszych sposobów na funkcjonowanie w świecie, ale tego, że była w stanie całe życie patrzeć na szympansy. Nadawać im imiona, kochać je takimi, jakie są. Coraz gorzej mi to ostatnio wychodzi.

