zrzut_ekranu_2025-08-25_134017.png

Michał Buszewicz, fot. Adrian Lach

Ćwiczenia z utraty

W numerach
25 sie, 2025
Lipiec
Sierpień
2025
7-8 (821-822)

Z Michałem Buszewiczem rozmawia Magda Piekarska

Często myślisz o starości?

Może nie tyle o starości, ile o przemijaniu, zmianie, przepoczwarzaniu się świata i człowieka. Myślę o żałobach, utratach rzeczy i ludzi, o tym, że kolejne elementy rzeczywistości mi się wymykają, że nie mogę niczego zamrozić, zatrzymać. Za Elizabeth Bishop: „W sztuce tracenia dochodzę do wprawy”.

Pamiętasz moment, w którym zdecydowałeś, że twoja kolejna szczecińska realizacja i pierwsza w roli dyrektora będzie właśnie o tym?

Kiedy umawiałem się na tę pracę dwa lata temu, nie przypuszczałem nawet, że będę we Współczesnym dyrektorem. Myślałem o tej sztuce jako o rewersie, a może kontynuacji Edukacji seksualnej1, chciałem tym tekstem nieco inaczej ze Szczecinem porozmawiać. W Edukacji… miałem do czynienia z inną grupą aktorów i innym tematem, który gromadził wokół spektaklu młodzieżową publiczność, a ta na moją propozycję chętnie odpowiedziała. Teraz chciałem pokazać, że podeszły wiek może być również tym momentem w życiu, w którym jest obecna wolność, odwaga, życie. Że to może być moment, który pozwala wyzwolić się z ograniczeń.

Cały czas krążę wokół pytania o to, skąd tak naprawdę wziął się Dom niespokojnej starości.

Trochę ze snucia marzenia o wspólnocie, ale trochę też z lęku i z obserwacji, że nawet gdybyśmy teraz zaczęli budować szybko i w dużej ilości tradycyjne domy spokojnej starości, to się w nich zwyczajnie nie pomieścimy. Stąd fantazja o rodzinie z wyboru i o rodzaju opieki dochodzącej, utopia, w której oszukamy choć trochę system. I nie chodzi mi o sytuację, w której zamienimy się w wiecznie młodych starców przedłużających sobie studia aż do śmierci, ale o nietracenie pełni człowieczeństwa, myślenie o sobie jak o osobie, o zachowanie społecznego życia do końca.

Ale pamiętasz tę pierwszą intuicję, która uruchomiła w tobie ten temat?

Z intuicjami i snami jest tak, że piekielnie trudno się dokopać do ich początku, cofnąć się w czasie, zrekonstruować to, co w spektaklu nabrało już cielesności. Zaczęło się najprawdopodobniej od prostych pytań – o to, co ja sam chciałbym móc robić, jak będę starszy, jak spędzać czas, jak być traktowany.

Jak konstruowałeś ten Dom…?

W dużej mierze na własną rękę, ale też w rozmowach z aktorami i z zaproszoną przez teatr do współpracy grupą ekspercką złożoną ze szczecińskich seniorów. Czuję, że moim skillem jest umiejętność rozmawiania z ludźmi, czasami wystarczy mi zarys wypowiedzi albo jeden szczegół, żebym sobie resztę domyślił.

Miałem też takie czysto architektoniczne rozważania: jak powinien być zbudowany taki dom, żeby łatwo było do niego wchodzić, jak rozwiązać kwestie wind, podjazdów, jak zaprojektować bezpieczną przestrzeń, żeby się w niej nie potknąć. Myślałem, że to powinny być duże przestrzenie, a wypełniające je kolory wyraźne, żeby ułatwić trafienie w konkretne miejsce. Dużo czytałem też o takich wspólnotowych zjawiskach, sięgałem do pierwszych projektów dotyczący cohousingu pochodzących z dziewiętnastego wieku. To uwspólnianie przestrzeni wydaje się zresztą dużo bardziej rewolucyjne ze współczesnej perspektywy, kiedy większość z nas zmierza do jednostkowego życia – zburzenie paru ścian pomiędzy ludźmi staje się prawdziwie wywrotową ideą. To wszystko było oczywiście fantazją, bo ja lubię zmyślać rzeczy znacznie bardziej niż przepisywać z rzeczywistości, ale po spektaklu sporo osób dzwoniło do mnie i pisało: „Wiesz, ja już buduję grupę, zbieramy na domek, będziemy dopraszać kolejne osoby”. Więc być może już wkrótce przekonamy się, na ile ta moja wizja okazała się realna. Zobaczymy.

Taka budowa, którą przeprowadzałem na papierze, wymagała odwagi w decyzjach, jasnych odpowiedzi na pytania, co jest dla tego projektu dobre, a co za mocne, z czego lepiej zrezygnować. Bo niektóre wątki budziły lęk – nie wiadomo było, jak je ugryźć, żeby nie zabrzmiały w niezamierzony sposób śmiesznie, pokracznie, paternalistycznie. Ale czasem też pojawiała się we mnie piszącym, nie wiedzieć skąd, pruderia. I wtedy okazywało się, że seniorzy-eksperci z powołanej przez nas grupy konsultacyjnej mieli więcej odwagi w jej przełamaniu ode mnie. Na przykład przy scenie erotycznej pani Wanda powiedziała: „Ale dlaczego oni tak długo gadają, zamiast przejść do rzeczy, przecież są ludźmi i mają ciała”. Odpowiedziałem, że może się boją. I odkryłem zarazem, że stając się rzecznikiem seniorów, zacząłem dopisywać im własne stereotypowe wyobrażenia. Poczułem się zachęcony, żeby szukać odważniej, poruszać się większymi krokami, nie tiptopkami. Bo na początku były to malutkie kroczki. Mówiłem na przykład: „Chciałem popracować z tematem cielesności”. I słyszałem w odpowiedzi: „Czyli co, mam się rozebrać?”. Moje obawy, całkiem zasadne przy Edukacji…, gdzie chodziło o młodzież, ludzi dopiero się kształtujących, od których nie mogłem oczekiwać, że będą gotowi na wszystko, tutaj okazały się na wyrost. Z drugiej strony zależało mi, żeby zachować delikatność i wyczucie, nie rzucać się na kolejne tematy z łopatą i kilofem. Seniorzy zaskoczyli mnie rodzajem bezpośredniości, byciem na bieżąco, tym, że korzystają w sprawny sposób ze sprzętów elektronicznych, ale przede wszystkim, że w komunikacji ze sobą wypracowali rodzaj języka, który nie brzmi ani archaicznie, ani młodzieżowo, ale jest ich własnym kodem.

W spektaklu pojawia się też element ekonomicznej kalkulacji – większa część emerytur siedmiu mieszkańców domu trafia do wspólnej kasy, z której pokrywane są koszty utrzymania, w tym – pensja asystenta, który ugotuje, wypierze i posprząta. Wyliczyłeś to dobrze?

To fikcja literacka, nie skalkulowałem tego dokładnie, ale wydaje mi się, że przy siedmiu osobach w jednej nieruchomości byłaby szansa na pokrycie kosztów życia i opieki w takim niepełnym wymiarze. Oczywiście, to jest zależne od wielu zmiennych i gdyby ideę domu niespokojnej starości zamienić w projekt polityczny, rządowy, albo chociażby lokalną inicjatywę, trzeba by go było opracować na wielu frontach.

Baby, One More Time Britney Spears, w spektaklu w wykonaniu szczecińskiego chóru seniorów, towarzyszyła temu projektowi od początku?

Tak, bo od początku myślałem również w nieco egoistyczny sposób o tym spektaklu – że to nie jest opowieść o teraźniejszości, ale raczej o przyszłości, tej, która będzie dotyczyć mnie i osób ze zbliżonych do mojego roczników, które dorastały z pierwszymi piosenkami Britney.

Z drugiej strony, w spektaklu nie pada żadna konkretna data, co sprawia, że mogą się z nim identyfikować starsze i młodsze osoby. Ale ja sam pracowałem nad tym przedstawieniem przede wszystkim z myślą o moim pokoleniu, o ludziach, którzy urodzili się w późnych latach osiemdziesiątych, wyrośli w młodej demokracji i stali się w szerokim tego słowa znaczeniu producentami, produkowali maksymalnie dużo i będzie tak do momentu, kiedy ustaną nasze siły. I co wtedy? Ciężko będzie nas utrzymać. Jest nas relatywnie dużo. W dodatku, jeśli chodzi o prawo do emerytury, przez piętnaście lat pracy nie uzbierałem na nią prawie grosza i dopiero teraz, zatrudniony jako dyrektor, płacę składki. Wiem już, że będę pracował do grobowej deski albo leżał i kwiczał, chyba że dostanę zapomogę, jeśli jakaś organizacja, która jeszcze nie istnieje, uzna, że na nią zasłużyłem. Zarazem zależało mi, żeby celować w moment, który jest przed nami, trochę jak w serialu Black Mirror: weźmy coś, co jest na wyciągnięcie ręki, przyłóżmy szkło powiększające, tak żeby wizja przyszłości nabrała cech realności.

Więc Britney towarzyszyła nam od wczesnego etapu prób, może nawet jeszcze przed ich rozpoczęciem. Kiedy trafiłem na tekst tej piosenki, byłem w takim myśleniu tunelowym, wszystko kojarzyło mi się z tematem sztuki. Wydało mi się świeże i ciekawe, że tekst, który oryginalnie był skierowany do partnera, kryje w sobie zdecydowanie szerszy potencjał, dotyczący innego międzyludzkiego spotkania. Albo jego braku.

My loneliness is killing me nigdy wcześniej tak nie zabrzmiało. Po premierze znalazłam w sieci wykonania tego utworu przez chór, ale wszystkie podążały za skocznym charakterem piosenki, która u was zamienia się w przejmujący protest song przeciwko samotności.

Takie zdarzenia mają w sobie element magii teatru, zrządzenia losu. Na początku była moja fiksacja na Britney, ale nie wiedziałem, czy, jak i gdzie wykorzystać tę piosenkę. Na pierwszym spotkaniu naszej seniorskiej rady konsultantów pani Ania na pytanie, co robi, żeby zabić czas, odpowiedziała: „Chodzę na próby chóru”. I coś kliknęło. Wprawdzie z tym konkretnym chórem nie wypaliło – na przeszkodzie stanęła trasa koncertowa – ale dowiedziałem się o innym, większym szczecińskim chórze seniorów, prowadzonym charytatywnie przez Szymona Wyrzykowskiego na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym. Opowiedziałem mu o moim pomyśle, a on uznał, że to będzie super zadanie i chętnie się go wraz z podopiecznymi podejmą. Nie wiedziałem tylko, że przyprowadzi aż sześćdziesięcioro chórzystów – to naprawdę zrobiło wrażenie, kiedy stanęli na scenie i zaśpiewali. Żeby zarejestrować nagranie, trzeba było to wykonanie wielokrotnie powtórzyć i skończyło się na tym, że wszyscy w teatrze śpiewali Britney.

Ten utwór w finale był bardzo potrzebny, bo spektakl, który operuje w różnych rejestrach emocjonalnych, potrzebował domknięcia, a jednocześnie niezamknięcia. Dramaturgia ciągnie tę opowieść w stronę pustego domu, a ja chciałem zatrzymać ją w momencie, kiedy dwie ostatnie mieszkanki siedzą razem na kanapie, a zatem wciąż jeszcze można wejść do salonu i mieć kogo zapytać, co słychać – w momencie ostatniej szansy, kiedy warto próbować, nie poddawać się, zawalczyć.

A jaki był kształt twojego tekstu w momencie rozpoczęcia prób?

Wyjątkowo, jak na mnie, domknięty. Kiedy go pisałem, miałem przerwę w pracy, czas na oddech, mogłem sobie raz na tydzień napisać jedną scenę albo nie. W dodatku na kursie jogi w Mysore w Indiach spotkałem koleżankę, która na co dzień pracuje w domu opieki społecznej w Niemczech. Pytałem ją więc, jak to jest, prosiłem: „Opowiedz o pracy”, „Opowiedz mi o ludziach, których tam spotykasz”. Z jej opowieści rodziły się pomysły na postaci. Powiedziałbym więc, że rozpoczynając próby, miałem gotowe trzy czwarte tekstu.

I wtedy pojawili się seniorzy?

Marta Gosecka, pedagożka Współczesnego, pomogła mi w zorganizowaniu grona eksperckiego, zapraszając do niego osoby działające w rozmaitych kołach, grupach, klubach, uniwersytetach trzeciego wieku, sięgając po dalszych i bliższych krewnych czy znajomych królika. I szybko pojawił się podstawowy problem z wolnym czasem, bo okazało się, że ci aktywni emeryci są bardzo zajęci i trudno jest z naszym projektem wcisnąć się w ich kalendarze, pomiędzy rehabilitację, pilates, spacery i wolontariat w operze. To nie byli seniorzy, którzy spędzają długie godziny w  parku, na ławeczce, karmiąc kaczki. Albo – co jest zdecydowanie gorsze – siedząc przed telewizorem, którego nigdy nie wyłączają.

A kiedy udało wam się już spotkać, o co ich pytałeś?

Rozmowy toczyły się wokół jednej, zasadniczej kwestii – czy uważają, że taki dom jest możliwością. Czytaliśmy scenariusz razem z aktorami, dzieliliśmy się intuicyjnie rolami. W pierwszą wersję dramatu wpisałem gotowe teksty narratorów – bo każda sceniczna postać ma swojego narratora, jednego ze szczecińskich seniorów – które później zostały przeze mnie brutalnie wykasowane, bo opierały się na błędnych założeniach. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy zaczęli czytać te kwestie – były totalnie nie ich, kwadratowe i paskudne. Kiedy rozpoczęliśmy nagrania, prosiłem ich, żeby albo powiedzieli to swoimi słowami, wyrzucili, albo przegadali ze mną nową wersję. W efekcie te teksty bardzo się zmieniły, właściwie pozostały dwa w pełni mojego autorstwa – Basia czyta z kartki zdanie o tym, że jeśli masz do wyboru tylko przedmioty, trudno z nich dla mózgu urządzić wesołe miasteczko. No i jeszcze typowo funkcyjny tekst w finale: „Szymon, zabierz Roberta do portu”. Cała reszta zmieniła się diametralnie. Podczas przygotowywania tekstu do druku w „Dialogu” doszliśmy z Barbarą Klicką do wniosku, że zapiszemy kwestie wypowiedziane przez konsultantów, te półimprowizowane, zarejestrowane podczas nagrań, czasami zapisane wcześniej. Ale jeśli ktoś chciałby wystawić Dom… w innym teatrze, świetnie byłoby, gdyby sięgnął do lokalnej społeczności, pozwolił jej przedstawicielom skomentować sceniczną rzeczywistość, zachowując balans między realną osobą i jej obrazem świata, a moją opowieścią.

A jaki wpływ mieli na ostateczny kształt tekstu aktorki i aktorzy?

Nie należę do twórców pracujących na improwizacjach, czasem korzystam z jakichś mikroformuł, ćwiczeń improwizacyjnych, kwestionariuszy do wypełnienia intuicją aktorską, więc nie było tego wiele. Ale na przykład scenę miłosną, wychodzącą od kontentu, przepisałem na nowo. Przeprowadziłem z Anią Januszewską i Jackiem Piątkowskim pewną grę w skojarzenia, a potem wybrałem z niej te najlepsze, najciekawsze. Towarzyszyło nam też dużo rozmów wokół tekstu, próby przebiegały w atmosferze otwartości na siebie nawzajem, z chęcią wspólnego dojścia do celu. To spotkanie ze szczecińskim zespołem było jednym z najbardziej synergicznych, konstruktywnych działań, z jakimi miałem do czynienia w teatrze. Zresztą podobnie było przy Edukacji...

W Domu… oglądamy aktorów-seniorów, w tym sporą część obsady Spartakusa Skrzywanka, z tym że tam dojrzali aktorzy grali dzieci. Tu wchodzili w role bliskie obecnym życiowym doświadczeniom. A biorąc pod uwagę to, że tworzyli poza indywidualnymi także zbiorową kreację, jest to bezprecedensowe przedsięwzięcie, co może dziwić w świetle tego, jak starzeje się nasze społeczeństwo. Kiedy szukam w pamięci podobnej idei spektaklu, przychodzi mi do głowy tylko Hopla, żyjemy! we Wrocławskim Teatrze Współczesnym z 2012, przedstawienie, którym Krystyna Meissner żegnała się z tą sceną.

Co ciekawe, okazało się, że w tym spektaklu grał Jacek Piątkowski z naszego teatru. Byli też Chłopcy Grochowiaka w krakowskim Starym Teatrze w reżyserii Adama Nalepy, także z seniorską obsadą. Ja założyłem sobie taką cezurę – nasi mieszkańcy „domu” muszą być w wieku emerytalnym. To oczywiście sprawiło, że było im bliżej do bohaterów tej opowieści, ale ten gest, który profilował obsadę, nie odebrał jej tego, co jest istotą talentu szczecińskich aktorów. Bo to są doskonali artyści, tak samo znakomici w rolach dzieci, jak i osób starszych. To stara, nomen omen, gwardia, która przeżyła z Anną Augustynowicz trzydzieści, lub niewiele mniej, lat pracy, wyjątkowo zorkiestrowana ze sobą. Tutaj pokazali mistrzowską umiejętność przekuwania moich pomysłów w sceniczne życie.

We współczesnym teatrze jest sporo wątków związanych ze śmiercią, żałobą, odchodzeniem, zaczynając chociażby od Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję Mateusza Pakuły, kończąc na Orfeuszu Anny Smolar. Twoja opowieść miała mieć pogodny charakter, ale wątku śmierci w opowieści o starości nie sposób wziąć w nawias.

Dlatego szukałem prostego, nienachalnego znaku odchodzenia, który będzie zarazem bardzo teatralny. Pomysł z budzikami, których dźwięk zwiastuje odejście kolejnych postaci, towarzyszył mi od początku i korciło mnie nawet, żeby te budziki stały na widoku, tak nakręcone, żeby w odpowiedniej minucie zadzwonić. W tym rozwiązaniu była performatywna niepewność – dzwonek stawał się zdarzeniem z rodzaju nagłych, a jednak spodziewanych. Aktor wiedziałby, że w trakcie jego sceny budzik zadzwoni, ale nie może spoglądać na zegarek, więc nie jest do końca pewien, kiedy dokładnie to nastąpi. Ten rodzaj niepewności chciałem uobecnić w spektaklu, jednak polegliśmy na technologii, tradycyjne budziki okazały się zbyt mało precyzyjne, obarczone ryzykiem, że nie zadziałają. Zamiast napięcia jest zatem znak, który też jest okej, bo pozwala na uteatralizowanie śmierci. Każdy z aktorów budzik ma w ręce, wyłącza go, schodzi ze sceny, a pozostali odtańcowują zaprojektowany przez Katarzynę Sikorę rytuał domknięcia. Po premierze usłyszałem zarzut, że nie tak się odchodzi, że to męka. Odpowiadam, że skoro wiemy, jak to się dzieje, możemy sobie resztę wyobrazić. Taka chyba rola sztuki, żeby uruchomić myślenie, a nie prowadzić przez wszystkie kropki do pełnego obrazu.

Seniorzy przychodzą na Dom…?

Nie tylko, również na inne spektakle. Ale faktycznie od czasu premiery obserwujemy we Współczesnym proces napływu seniorów, który wciąż się utrzymuje, co mnie bardzo cieszy. A ponieważ Beata Bugajska, pełnomocniczka do spraw równości prezydenta Szczecina jest gerontolożką, nasz czerwcowy spektakl pokazaliśmy w ramach ogólnopolskiej konferencji gerontologicznej, co pozwoliło skonfrontować fantazję z naukową wiedzą o opiece senioralnej. Okazało się, że nasze intuicje są celne – właściwie każdej scenie mogłaby odpowiadać teoria gerontologiczna jako rodzaj specjalistycznego przypisu.

To kolejny argument za moim postulatem, żeby kariera twojego tekstu nie skończyła się na tej jednej realizacji. Z myślą o aktorach-seniorach z całej Polski, ale też o wszystkich tych, którzy narzekają, że do Szczecina jest tak strasznie daleko.

To ostatnie to pomówienie – dzięki temu, że kolej przyspieszyła, Szczecin nowym Wrocławiem. Przynajmniej z perspektywy warszawskiej – jedzie się cztery godziny z kwadransem. A jeśli chodzi o dalsze losy tekstu, podpisuję się pod tym postulatem, uważam, że daje on szansę uruchomienia starszych części zespołów aktorskich, wyświetlenia ich realnej zbiorowej obecności. Bo przecież w innych teatrach także są grupy seniorskie złożone z fantastycznych osób, niedostrzeżone lub dostrzegane jedynie poprzez solowe role. Dom… daje tymczasem szansę na zbiorową kreację, na obserwację grupy, która funkcjonuje na własnych zasadach. Wspaniale jest przyglądać się, jakim językiem aktorzy-seniorzy szukają scenicznych rozwiązań, jakie mają przyzwyczajenia. Bardzo mnie ucieszyło, kiedy na próby generalne Domu… przychodzili młodsi koledzy z zespołu i mówili: „Szkoda, że nie jesteśmy o trzydzieści lat starsi, żeby móc wejść do tej obsady”. To taki rodzaj docenienia, zauważenia, że mamy się czego nauczyć od starszych kolegów, i to jest super. Po mojej premierze przestawiliśmy zresztą wajchę w drugą stronę przy Paprykarzu szczecińskim. I też pojawił się rodzaj zazdrości, na zasadzie: „Ale się tam świetnie bawicie!”. Przy czym od razu zaznaczę, że nie dzielimy zespołu na stare-młode, akurat tak się złożyło w ubiegłym sezonie, że te dwa tematy pociągnęły za sobą dwie generacje i dwa języki, przeglądające się w sobie. A poza tym zbiorowość aktorów Domu… miała okazję przejrzeć się też w zbiorowości seniorów szczecińskich i vice versa. Obserwując aktorów, można było zauważyć, że ich aktywność sceniczna przekłada się na wieloaspektową aktywność życiową, że ten rodzaj gimnastyki na scenie, bycia w ruchu, opowiadania współczesności, łykania nowych tematów daje potężny zastrzyk energii.

Jak się czujesz we Współczesnym?

Świetnie, mam poczucie, że zaczynamy łapać wspólny język z zespołem, co jest bardzo obiecujące. Czuję zaufanie i wsparcie. To zespół, który chce pracować, lubi szukać, przebywać ze sobą. Powiedziałbym, że rodzaj porozumienia złapałem też z mieszkańcami i publicznością, że nieźle komunikujemy się też z miejskimi władzami. Do tego wolność twórcza i wsparcie ze strony dyrektora naczelnego, możliwość poszukiwania w takim świecie, jakiego potrzebuję.

Przyznam też, że po tej połówce sezonu jestem trochę zmęczony. To był intensywny trening, w trakcie którego musiałem opanować dużo nowych umiejętności. Do tego zupełnie inny sposób funkcjonowania, do którego nie byłem przyzwyczajony, czyli codzienne przychodzenie do pracy – biuro, a do tego reżyserowanie, co na początku składało się na czternaście godzin dziennie w teatrze, przez sześć dni w tygodniu. Kiedy zamknąłem sezon, padłem i przez dwa dni gapiłem się w sufit, zastanawiając się, gdzie teraz jestem. A potem dopadło mnie paskudne grypsko. Czuję, że muszę nauczyć się sensownego rozkładania energii, nie wszystko naraz. Niby proste, ale tylko w teorii.

Jak znajdziesz receptę, daj znać. A co nas czeka w kolejnym sezonie?

Program ogłosimy drugiego września. Mogę jednak już teraz powiedzieć, że rozpoczęły się pierwsze warsztatowe próby do dwóch jesiennych premier. Pierwszą z nich będzie Very Ibsen duetu Gruba i Głupia Patrycji Kowańskiej i Dominiki Knapik. Dziewczyny brały dotąd na warsztat różne motywy klasyczne czy Szekspirowskie, wykrzywiając je w swoich performensach, tym razem będą to dramaty Ibsena, duszne, rodzinne historie, wyciągające na światło dzienne rozmaite szlamowate sprawy z zamierzchłej przeszłości. Knapik i Kowańska rozbrajają je, tematy rodzinnych traum osadzając w dziwacznej funeralnej czarnej komedii.

Drugi spektakl przygotują reżyserka Olga Ciężkowska i autorka tekstu Julia Nowak. To opowieść o losach dwóch surrealistycznych artystek, jednocześnie życiowych partnerek – Lucy Schwob znanej lepiej jako Claude Cahun i Suzanne Malherbe, znanej pod pseudonimem Marcel Moore, które podczas drugiej wojny światowej stworzyły na wyspie Jersey dwuosobowy mikroruch antyfaszystowski. Ich historia jest w Polsce nieznana, a fascynująca również ze względu na wątki związane z niebinarnością i nowatorskim podejściem do autoportretu w fotografii.

Kontynuujemy towarzyszące premierom „opakowania do spektakli”, czyli cykle trzech spotkań – fakultet z tematu, rozmowa z twórcami i kawiarniana dyskusja o spektaklu pomiędzy widzami. Realizujemy też ze wsparciem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego edukacyjny program „o co chodzi w tym teatrze”, z warsztatami dramaturgicznymi, scenograficznymi, technicznymi i krytyki teatralnej dla ponad dwudziestoosobowej grupy. Dzięki wsparciu ministerstwa będziemy mieli dwie rezydencje dramaturgiczne – przyjadą do nas Ludmiła Dziasek i Kamila Kucia. Pierwsza z nich będzie pracowała nad projektem Smakowite wypieki, w którym pojawią się tematy karmienia, spotkań wokół jedzenia, relacji człowieka z posiłkiem, figury kobiety jako osoby karmiącej. Kamila Kucia z kolei zajmie się Michałami i Michałkami, metaforą wszystkich swoich zrealizowanych i niezrealizowanych miłości, wyznanych, niewyznanych, wyobrażonych uczuć zebranych pod jednym imieniem.

I jeszcze jedno na nieco później – tekst Mariusza Gołosza POV: Masz 12 lat i prze*****e wystawimy w formule „Teatru w klasie”, czyli jako spektakl, który szkoła może zaprosić i pokazać u siebie. I to jest duże wyzwanie. Z myślą o nim robię rzecz, którą mi odradzano – odwiedzam dyrektorów szkół, liceów i podstawówek, żeby zachęcić ich do przyjrzenia się naszym propozycjom. Namawiam ich, żeby zamiast wysyłać dzieci na koszmarne adaptacje lektur szkolnych, przywożone do Szczecina przez rozmaite przedsiębiorstwa parateatralne, zaufali artystom teatru repertuarowego, którzy tę misję mają chyba nieco lepiej przemyślaną. Jako przedstawiciel instytucji nie mogę obiecać, że na styczeń przyszłego roku przygotuję Pana Tadeusza, bo przecież najlepiej, gdyby spektakl zgrał się w kalendarzu z omawianiem lektury, ale mogę zaproponować wizytę w prawdziwym teatrze albo wizytę prawdziwego teatru w szkole. Wierzę, że się da. Wiem, że walka o odzyskanie tego kawałka przestrzeni będzie trudna, ale przecież nie beznadziejna – mamy do odrobienia parę lekcji edukacji teatralnej, ale też kurs wiedzy o wartościach.

Jaki Współczesny chciałbyś tworzyć?

Chciałbym zbudować realną wspólnotę wokół naszego teatru. Przestrzeń wymiany myśli i spraw. Przestrzeń sporu, który prowadzi do dialogu, a nie do nienawiści czy dystansu. To się trochę dzieje, ale moim celem jest pogłębianie poczucia, że warto do nas przychodzić nie tylko po rozrywkę, że jest to miejsce, które otwiera także inne światy. Marzy mi się wspólnota ludzi, którym zależy. Którzy przychodzą nie tylko po to, żeby oglądać, ale wymieniają się też opiniami. I nie muszą się we wszystkim zgadzać.

A wiesz już, z kim wytrzymałbyś aż do śmierci? Masz już swoją ekipę do prywatnego domu niespokojnej starości?

Casting trwa.

  • 1. Druk. w „Dialogu” nr 9/2022. (Przyp. red.)

Udostępnij

Michał Buszewicz

dramatopisarz, dramaturg, reżyser, szef artystyczny Teatr Współczesnego w Szczecinie. Absolwent specjalizacji dramatologicznej Wiedzy o Teatrze UJ i dramaturgicznej Wydziału Reżyserii i Dramaturgii krakowskiej AST. Półfinalista i finalista Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, finalista pierwszej edycji Aurory – Nagrody Dramaturgicznej Miasta Bydgoszczy, nominowany do Paszportu „Polityki” za rok 2022. Reżyseruje projekty na podstawie własnych tekstów – zrealizował między innymi Kwestię techniki, Edukację seksualną, Chłopaki płaczą, Śmieszy cię to?, Za dużo wszystkiego, ale też adaptacje Akademii Pana Kleksa Jana Brzechwy i Srebrnego globu Jerzego Żuławskiego. Jako dramaturg współpracował z Anną Smolar, Eweliną Marciniak, Anną Augustynowicz, Janem Klatą, Cezarym Tomaszewskim, Wojciechem Rodakiem. W latach 2015-2016 pełnił funkcję kierownika działu dramaturgicznego Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Prowadził warsztaty dramaturgiczne i reżyserskie w ramach studiów Performatyki UJ, w ramach Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych SWPS, Wiedzy o Teatrze poznańskiego UAM, krakowskiej ASP, Studiów Podyplomowych Pedagogiki Teatru. Pełnił funkcję mentora w projekcie Sceny Nowej Dramaturgii w Rzeszowie oraz Drama revival w Pradze. Jest członkiem kolektywu artystycznego Instytutu Sztuk Performatywnych w Warszawie.