zrzut_ekranu_2026-05-13_174424.png

Krysia Bednarek, fot. HaWa.

Miłość, Holokaust i Coca-Cola

W numerach
13 Maj, 2026
Kwiecień
2026
4 (830)

Z Krysią Bednarek rozmawia Weronika Murek

Jak się gnije z miłości w Warszawie?

Szybko, intensywnie i do cna. Warszawa jest miejscem w nieustannym ruchu; pędzi przed siebie i załatwia jednocześnie tysiąc różnych spraw. Łatwo tu stracić się z oczu samej sobie. Często brakuje czasu, by usiąść i spróbować zrozumieć, co właściwie się myśli i czuje. Przynajmniej w taki sposób widzi to bohaterka mojego dramatu Serce na dłoni (wije się i ciska).

Nad tytułem pracowałaś do ostatniej chwili.

Początkowo planowałam użyć określenia Ezodramat, bo chciałam skupić się na ezoterycznych rewirach świata, o którym opowiadam, i na punktach przypadkowych przecięć. Potem uznałam, że wszystkie te wątki są dla mnie „side questami” wobec głównej historii. A ta dotyczy miłości.

Zdecydowałaś się na formę monodramu.

Poczułam, że opowieść o miłości jest doświadczeniem bardzo indywidualnym i prywatnym. Choćby miało się wokół siebie wielu wspaniałych i wspierających przyjaciół, złamanym sercem nie da się podzielić. Stąd taki wybór. Ważne było dla mnie, żeby uczynić miłość języczkiem u wagi, bo ciekawił mnie też polityczny i społeczny ładunek, który w sobie mieści.

Niedawno oglądałam spektakl, którego fabuła osnuta była wokół różnych przypadków hetero-miłości. Pomyślałam: jak długo jeszcze będziemy o tym opowiadać? A potem sama zganiłam się za tę myśl. Co byłoby, gdyby potraktować miłość naprawdę poważnie? Co byłoby, gdyby przyjrzeć się temu, z czego się składa, czym się karmi, w jaki sposób jest pojmowana? Co byłoby, gdyby miłość rozbroić jako ostatni bastion patriarchatu?

Chciałam napisać o bohaterce, która zakochuje się w geju. Wyrażenie „mieć złamane serce” na pierwszy rzut oka wydaje się niepoważne, podebrane ze świata harlequinów lub młodzieńczej opowiastki. Nie należy jednak go lekceważyć, a przede wszystkim nie należy lekceważyć tego, do czego czasami prowadzi: poczucia gniewu i żalu. Serca łamią nie tylko kochankowie, ale i rodzice, przyjaciele, znajomi, obcy, państwa i systemy. „Mieć złamane serce” to znaczy zostać porzuconym, opuszczonym, zaniedbanym emocjonalnie.

Złamanym sercem łatwo jest manipulować. Złamane serce łatwo jest zwieść obietnicami kompensacji. Ściągnąć do obozu, na którego sztandarach widnieją hasła nienawiści i polaryzacji.

Porzucenie radykalizuje twoją bohaterkę.

Michał Zadara powiedział nam kiedyś w trakcie zajęć w Akademii Teatralnej, że my, ludzie, jesteśmy wszyscy w środku rasistami i homofobami. I że w gruncie rzeczy chodzi o to, co z tym mrokiem robimy i co wypuszczamy na zewnątrz. Okrutnie się na niego wtedy zdenerwowałam, bo nie uważałam, że jestem homofobką czy rasistką. Potem zrozumiałam sens jego słów. Czasami przeżywamy emocje, które nie są dla nas dobre czy konstruktywne, ale w gruncie rzeczy chodzi o to, w jaki sposób nad sobą pracujemy.

Zależało mi na tym, by uchwycić ciemność w mojej bohaterce. Dotknąć tego, co brzydkie i wyparte. Gniew tej postaci – i to, do czego prowadzi – był dla mnie bardzo istotny. Nie chciałam bohaterki kryształowej. Chciałam kogoś zranionego i poturbowanego. Kogoś, kto ze złości nie posiada się w sobie. I kogoś, kto jest trudny. Jak my wszyscy. Myślę, że dobrze jest czasem stawać przed lustrem i pracować nad sobą.

Twój monodram składa się ze scen- -stanów emocjonalnych. A przy tym wszystkim kojarzy się z opowieścią drogi – i dosłownie, i w przenośni.

Tak, dokładnie tak jest. Moja bohaterka wyrusza w podróż, przeżywa przygody, spotyka kolejne postacie: czasami są one dotknięte przez miłość, czasami – przez brak miłości. Świat bazarku i świat wewnętrzny bohaterki to światy sprzeczności. Każdy mówi tu jednocześnie dwie wykluczające się myśli lub snuje historie, wyprowadzając w pole i logikę języka, i logikę rzeczywistości.

Faktycznie, twój język jest rozpędzony, niemal pneumatyczny – pełen surrealistycznych montaży i nieustannych kolizji.

Jeśli chodzi o pisanie, dużo dały mi zajęcia w Teatrze Powszechnym, które prowadzi Tomasz Gromadka. W trakcie każdego spotkania mieliśmy przewidziane dwadzieścia minut na pisanie automatyczne czy intuicyjne. Takie, które zbiera skojarzenia, polega na rytmach, nurkuje w przypadkowe obrazy. Miałam wrażenie, że w trakcie tych ćwiczeń powstawały moje najlepsze kawałki. Potem oczywiście pracowałam nad nimi dalej: poprawiałam je, redagowałam, montowałam, szlifowałam. Staram się pisać rapowo, rytm jest dla mnie ważny. Bywa, że taki rodzaj pracy powoduje spory chaos – tekst staje się ni to wieżą Babel, ni to wieżą z klocków Jenga. Piotr Gruszczyński, któremu pokazałam dramat, poradził mi, żebym spróbowała odciążyć nieco całość. Uznał, że w sztuce za dużo jest wszystkiego: i miejsc, i postaci, i przedmiotów, i tematów. Powiedział też coś, co ogromnie mi się spodobało: „w tym tekście jest i Holokaust, i Coca-Cola”. Pomyślałam, że ma rację, ale poczułam też, że tak intensywny i szorstki montaż jest właściwie sercem mojego dramatu. I że w jakimś sensie jest to też bardzo „genzetowe”, niemal jak „reelsy” na Instagramie: wszystko przez wszystko, nic nigdy się nie kończy, nic nie znaczy. W trzy sekundy dookoła świata: śmierć dzieci w Gazie, piosenka Lady Gagi, słodkie koty, chwila ulgi, chwila grozy, Holokaust i Coca-Cola. To wszystko staje się właściwie niemożliwe do uniesienia.

Ważnym elementem tego świata staje się bazar na Stadionie Dziesięciolecia.

Ten pomysł przyszedł do mnie intuicyjnie. Szukałam szarej strefy, w której funkcjonować mogłaby moja bohaterka – miejsca, w którym wszystko jest możliwe, bo reguły nie są do końca sprecyzowane. Wydaje mi się, że świat zmierza ostatnio do coraz większego uporządkowania, a co za tym idzie, do coraz większej kontroli i inwigilacji. Liczę, że to wszystko kiedyś pęknie i trafimy znów w sam środek lat dziewięćdziesiątych. I to wcale nie takich, które wspomina się dziś duchologicznie.

To, w jaki sposób portretujesz bazar na Stadionie Dziesięciolecia, jest też interesujące, bo dla ciebie nie jest to opowieść oparta na wspomnieniach czy doświadczeniach, ale całkowicie zapośredniczona.

Moi rodzice prowadzili szwalnię, która produkowała okrycia wierzchnie sprzedawane właśnie na Stadionie Dziesięciolecia. Później mama miała jeszcze sklep na bazarze w Piasecznie, a ja, jako dziecko, często błąkałam się tam, między stoiskami. Bardzo lubię atmosferę bazarów – to, że jest głośno, śmiało, kolorowo, różnorodnie. Podobnie moja bohaterka. Jest flâneurką, turystką, osobą z zewnątrz. Nie podlega zasadom, które rządzą społecznością bazarku, nie musi się o nic bać, może skupić się na zaspokajaniu swojej ciekawości.

Na początku naszej rozmowy wspomniałaś o „side questach”. Rozumiem, że za taki można uznać temat ezoterycznej Warszawy. Zanim zaczęłaś pisać tekst, prowadziłaś research dotyczący tego właśnie środowiska.

Inspiracją były doświadczenia rodzinne. Moi rodzice kilka lat temu mocno zainteresowali się ezoteryką, a ja martwiłam się ich zaangażowaniem. Czułam, że nie potrafię przestać ich oceniać i że zajmuję przy tym bardzo zamkniętą, zachowawczą pozycję. Wydało mi się, że dobrym sposobem na wyzerowanie uprzedzeń będzie przybranie perspektywy artystycznej i badawczej. Wejście w ten świat jako antropolożka. Doświadczanie go z całą ciekawością i otwartością, na jaką zdobywa się człowiek w procesie twórczym.

Zaczęłam badać to, jak się w tym świecie odnajduję, jak się tym wszystkim bawię, w jaki sposób pracują moje uprzedzenia i jak mogę je powściągać. Rozmawiałam sporo z rodzicami i z innymi osobami funkcjonującymi w tym środowisku. Eksperymentowałam z ustawieniami hellingerowskimi, zainteresowałam się tarotem, odwiedzałam astrologów.

W jaki sposób te doświadczenia poszerzyły twój język lub twoją wyobraźnię?

Najbardziej wartościową artystycznie lekcją była nauka odkładania samej siebie na bok; doświadczanie, a następnie opisywanie bez oceniania i bez racjonalizowania. Ciekawym przeżyciem było spotkanie w ramach ustawień hellingerowskich. Ich podstawowym założeniem jest otwartość i życzliwość wszystkich uczestników. Starałam się temu sprostać. W pewnym momencie zostałam wybrana jako reprezentantka sprawy, którą inny uczestnik chciał w trakcie spotkania omówić czy przepracować. Im dłużej to wszystko trwało, tym mocniejsze stawało się moje przekonanie, że jestem istotna w historii obcej osoby. Poczułam nagle, jakby wielka siła przygwoździła mnie do podłogi, jakby od pasa w dół wyrosły mi korzenie. Jakbym musiała tam być. A potem przyszły do mnie słowa, które nie były moje, a które musiałam wypowiedzieć. Zrobiłam to i zaczęłam bardzo płakać. To trwało godzinę, może dwie. Nie umiem tego doświadczenia opisać, a jednak wiem, że coś w tamtym momencie się we mnie zmieniło.

Czuję się pełna sprzeczności – wierzę teraz w kilka rzeczy naraz. Kiedyś czytałam, że społeczeństwa szczególnie doświadczone wpływem Kościoła mają tendencję do wykreślania duchowości ze swojego życia. Myślę, że moje ezobadania były też dla mnie kuracją po latach doświadczeń z Kościołem. Być może coś we mnie rozpaliły na nowo, a przynajmniej – zostawiły we mnie margines niepewności.

Udostępnij

Krysia Bednarek

autorka dramatów, adaptacji, scenariuszy filmowych i tekstów dyskursywnych; współtworzy projekty queerowe, feministyczne i fikcje polityczne. Otrzymała drugie wyróżnienie w konkursie „Narracje nieobecne” Teatru Telewizji w 2025 roku za tekst O człowieku co wlazł do morza (i chyba nie wylezie); beneficjentka stypendium artystycznego m. st. Warszawy w 2025; rezydentka programu „Rozum TERAZ!” 2024 Komuny Warszawa i Hellerau Festspielhaus w Dreźnie oraz projektu dramaturgicznego „Ephraim” organizowanego w ramach Lausitz Festival 2021. Jako autorka tekstu i współreżyserka wraz z Katarzyną
Kozyrą pracowała przy spektaklu Rewizja procesu Jezusa (Narodowy Stary Teatr w Krakowie); współpracowała z Agnieszką Błońską – Diabły; Orlando. Biografie (Teatr Powszechny w Warszawie), Rozą Sarkisian – Radio Mariia (Teatr Powszechny w Warszawie), Fucking Truffaut (koprodukcja Maxim Gorki Theater w Berlinie i Teatru Dramatycznego w Warszawie), Aleksandrą Jakubczak – Ośmiornica (czytanie performatywne w ramach Gdańsk Miasto Literatury oraz w Teatrze Dramatycznym w Warszawie), Oskarem Sadowskim – Hotel Molier (Teatr Nowy w Poznaniu) oraz Aleksandrą Bielewicz – Dzikie Palmy (Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu), Elizabeth Costello (Teatr Polski w Szczecinie), Wszyscy jesteśmy Ryszardami. Ekshumacja 2000, który wygrał w konkursie SzekspirOFF podczas Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku w 2025 roku. Jej teksty były publikowane w „Didaskaliach”, „Krytyce Politycznej”, „Tlenie Literackim”, „Teatrze”, „Nietak!cie” i „Dialogu” (numer 7-8/2025).