zrzut_ekranu_2026-05-13_180118.png

Dziewczyny i okrutny świat
Jeśli na warszawskiej Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej wciąż studiują osoby marzące o wkroczeniu na ścieżkę artystyczną, to Krysia Bednarek może być dla nich idealnym przykładem tego, że się da. W jaki sposób? Droga Bednarek sugeruje: wchodząc do teatru i ucząc się go w praktyce, a nie pisząc do szuflady. W 2019 roku została asystentką Agnieszki Błońskiej przy Diabłach w Teatrze Powszechnym w Warszawie. W 2022 w tym samym teatrze brała udział w pracy nad dwoma spektaklami: ponownie z Agnieszką Błońską przy Orlando. Biografiach, a także przy Radio Mariia w reżyserii Rozy Sarkisian, z którą rok później ponownie współpracowała przy niezależnym projekcie Fucking Truffaut grupy Bliadski Circus Queelektyw (produkcja: Fundacja Reszka, koprodukcja: Teatr Dramatyczny im. Gustawa Holoubka, Maxim Gorki Theater w Berlinie). W kolejnych latach współpracowała również z Aleksandrą Bielewicz, Katarzyną Kozyrą i Barbarą Bendyk.
Pamiętam, jak kilka lat temu spytałam Krysię, czy zdarza jej się pisać przy biurku – zaprzeczyła. Twierdziła wtedy, że chyba nie umiałaby się zmusić do pisania poza sytuacją prób. Cieszę się, że to się zmieniło i Krysia Bednarek to dziś nie tylko dramaturżka, ale i dramatopisarka, a w ubiegłym roku również laureatka stypendium Miasta Stołecznego Warszawy, w którego ramach powstał drukowany w tym numerze „Dialogu” dramat Serce na dłoni (wije się i ciska). Tekst wydobywa na pierwszy plan charakterystyczny dla autorki motyw dziewczyńskości funkcjonującej w świecie przemocy i kryzysów, od których nie da się odwrócić oczu.
BABA Z PLEŚNIĄ W BRZUCHU ALBO GEJOWSKA KSIĘŻNICZKA
Świat Serca na dłoni Krysi Bednarek otwiera się przed nami widokiem na miejsce, którego już nie ma – największe niegdyś europejskie targowisko, Stadion Dziesięciolecia. Jest on nie tylko potencjalnie niezwykle plastycznym obrazem scenicznym, ale też przestrzenią, w której między straganami uwidaczniają się aktualne systemowe problemy. Bednarek pokazuje, jak fenomenalnie nauczyliśmy się je przykrywać, oddawać wszechświatowi ster w zamian za wróżbę z ręki za dwie dychy. A może nie? Może to właśnie zatracenie duchowości kieruje nas w stronę totalitaryzmów? Autorka podpowiada przecież, że racjonalny umysł nie leczy nawet złamanych serc, więc jak miałby naprawić zepsuty świat? Tekst ma formę monologu, ale występuje tu tyle wielobarwnych postaci, że czytając go, łatwo o tym zapomnieć.
„Nie jest łatwo żyć w Warszawie / heteroseksualnej dziewczynie” mówi bohaterka. „Kto niby w Warszawie jest hetero?”, odpowiada jej koleżanka, więc ta pierwsza doprecyzowuje: „Nie jest łatwo żyć w Warszawie dziewczynie / która spotyka się z chłopakami czasami / nocami”. Na pierwszym planie Bednarek ustawia dziewczynę, która zakochała się w „geju geju totalnym pedale” i przez tę nieszczęśliwą miłość gnije jej serce. Nie w przenośni, dosłownie. Pleśnieje i śmierdzi. Wołają na nią „Pleśniaku”. W jednej ze scen bohaterka wystawia na publiczny widok ropiejące rany. To piękny obrazek do wyreżyserowania w teatrze, młode rezolutne reżyserki powinny się na ten tekst rzucać i brońciępanieboże go ugrzeczniać. Jeśli to nie jest właśnie wyraz tego sławetnego zeitgeistu, to nie wiem, co nim jest. Olivia Rodrigo, dwudziestotrzyletnia amerykańska gwiazda pop, też śpiewa, użalając się nad swoim losem: „Every guy I like is gay” („Każdy chłopak, który mi się podoba jest gejem”).
Kto nie zna typiary uganiającej się za kolesiem, który ewidentnie woli innych kolesi, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Dlaczego? Chyba dlatego, że hetero chłopcy są dziś nieciekawi albo nieprzyjemni, ale to temat na inny tekst, w którym pojawiłyby się trudne do podważenia statystyki jasno pokazujące, że młodzi mężczyźni stają się coraz bardziej konserwatywni. Wnioskując po zainteresowaniach autorki Serca na dłoni, jest szansa, że kiedyś i o tym napisze. W tym dramacie mamy jednak do czynienia z nieco innego rodzaju kłopotem – trudnościami wynikającymi z funkcjonowania w świecie relacji damsko-męskich. Nie pochylamy się nad heterykami, nie poświęcamy im słowa, plansza od razu jest odwrócona na drugą stronę: obiektem westchnień jest gej.
Bednarek ma bez wątpienia mocny autorski idiom – to dziewczyna, co idzie śmiało na czołowe i nie przeprasza, że żyje. Z tekstu na tekst staje się on coraz mniej skrępowany ograniczeniami formy. W Serce na dłoni (wije się i ciska) pisze o powszechnym doświadczeniu młodych dziewczyn z dużych miast, które otrzymały edukację feministyczną i antykapitalistyczną, sporo już wiedzą, wiele widzą, ale nie tracą poczucia humoru. „To jest historia na wskroś warszawska do porzygania.” Czy faktycznie warszawska? Pewnie nie tylko, ale w tej poetyce Warszawa staje się trochę tym, czym jest Nowy Jork w serialach takich jak Seks w Wielkim Mieście (1998-2014) czy Dziewczyny (2012-2017).
Zwłaszcza to drugie skojarzenie wyraziście tutaj rezonuje, choć serial Leny Dunham dotyczy nieco starszego pokolenia. Wydaje się, że motyw nieszczęśliwej miłości dziewczyny do geja nie był dotychczas mocno obecny w polskiej kulturze, a już na pewno nie teatralnej. Chyba że liczymy rodzime wystawienia Kotki na gorącym, blaszanym dachu Tennessee Williamsa, ale te są zwykle męskocentryczne.
W jednym z pierwszych odcinków Dziewczyn jest taka słynna scena, w której główna bohaterka, Hannah, dowiaduje się, że jest zarażona wirusem HPV, więc spotyka się na drinka ze swoim byłym chłopakiem, żeby go o tym poinformować. Odkrywa, że kiedy byli ze sobą, chłopak był w szafie i niedawno postanowił z niej wyjść. Dziewczyna kiepsko to przyjmuje, czuje się oszukana, wraca do domu i twittuje: „All adventurous woman do” („Wszystkie żądne przygód kobiety tak robią”). W wewnętrznej logice serialu chodzi raczej o normalizację posiadania HPV, ale przecież nie jest do końca jasne, co wszystkie żądne przygód dziewczyny robią. Może zakochują się w gejach? „Ta bliskość z mężczyznami co patrzą w ciebie jak cielęta spojrzeniem platonicznym / to niebezpieczna sprawa stracisz na chwilę gardę i toniesz”, ostrzega Bednarek.
Bohaterka Serca na dłoni ogląda w telefonie zdjęcia kolejnych wojennych ofiar i mówi: „Nie teraz kwestie polityczne nie mogę się wami zajmować / i światem rozjebanym w chuj / jestem zajęta własnymi sprawami”. Ta deklaracja jest z jednej strony potężnym manifestem autorki pod hasłem „Będę pensjonarką i co mi zrobicie?”, z drugiej strony – wie ona przecież, że od świata na zewnątrz nie ma ucieczki, o czym przypominają jej kolejne stragany. Kryzysy uporczywie wyłaniają się z zakamarków targowiska. Dlatego na bazarze jest znienawidzony Rusek, jest dzieciośmietnisko (na którym mieszkają dzieci, które uciekły od rodziców-perfekcjonistów), a nad tym wszystkim unosi się krytyka neoliberalizmu. Pod koniec bohaterka staje się ofiarą racjonalnego rozumu (nieprzepracowanego odrzucenia) i idzie w faszystowskim marszu, krzycząc: „Zaaaa kaaaaaaaaz pe da ło wa niaaaaaaa!!!”, co rzeczywiście jest obrazem do bólu warszawskim. Kończy się po pensjonarsku, bo obudzeniem z koszmaru i odkryciem, że jedyne, co może uleczyć ropiejące serce to dobry płacz.
Ale po drodze mamy niezłą jazdę. Widzę w tym mięsiste i szybkie kino Julii Ducournau, pretensję do świata pisaną markerem, bezkompromisową, gorączkową – moment, kiedy pojawia się potrzeba wulgarnej formy. Ten tekst nie jest jak filmy Joachima Triera, w których dużo i na poważnie rozmawia się o emocjach. Podobieństwo tekstu Bednarek do poetyki filmów Triera można ewentualnie znaleźć w scenie z Najgorszego człowieka na świecie, w której dosłownie całe Oslo zamiera, kiedy świeżo zakochana bohaterka biegnie do nieznajomego. Chociaż i to wydaje się w porównaniu z pisaniem Bednarek zbyt ckliwe.
Część tych tematów w równie groteskowym ujęciu była obecna już we wcześniejszym tekście autorki, Długiej podróży dnia ku drzemce1, którego tytuł nawiązuje do Long Day’s Journey into Night Eugene O’Neilla. Tu bohaterami są mokotowskie przedszkolaki „w przedszkolu bezstresowym, / Montessori, dwujęzycznym z pianinem i wiolonczelą dla chętnych”. Dzieci u Bednarek niosą kulturowe jarzmo świata dorosłych: zaburzenia odżywiania, presję piękna, homofobię, przemysł porno, hodowlę przemysłową i inne tego typu sprawy. Autorka opisuje ten świat, korzystając z języka tradycji i popkultury: przepisuje Rotę, Shreka, Myśl pozytywnie Sokoła i dziecięce rymowanki. Przedszkole jest tu trochę tym, co targowisko w Sercu na dłoni – alegorią opresyjnego społeczeństwa. Być może bohaterowie to dzieci, którym odebrano szanse na posiadanie własnej epoki niewinności, a może to dorośli, którzy nigdy nie dojrzeli i mentalnie wciąż są w przedszkolu, pozostając pod władzą czegoś znacznie większego niż oni sami. Trochę Ferdydurke, ale w późnym kapitalizmie. Jest możliwość, że część tych przedszkolaków zwiała od rodziców do innego dramatu Bednarek na dzieciośmietnisko, by tworzyć tam komunę. Tak czy siak, mało to pocieszające.
#MNIE TEŻ
Jeśli jest jednak coś, co może nas w tym okrutnym świecie ochronić, to są to relacje – sugeruje autorka. Głębokie relacje między kobietami, które mogą być plastrem na największe krzywdy zadane przez mężczyzn – już nie najzwyklejsze złamane serca, tylko fizyczne przekroczenia. Bednarek poświęciła temu tematowi dwa teksty, które do pewnego stopnia się w sobie przeglądają: doceniony w konkursie Teatru Telewizji dramat O człowieku co wlazł do morza (i chyba nie wylezie) i wystawiony na scenie Teatru im. Jaracza w Łodzi Czas na wielki numer, który wyreżyserowała Barbara Bendyk.
Pierwszy z nich, pisany zapewne z myślą o konkursie, który w ramach idiomu „Narracji nieobecnych” premiował teksty o pandemii koronawirusa, wraca do czasów zamknięcia w domu. Główną bohaterką jest tu Żaneta, nastolatka mieszkająca z matką imieniem Teo, z którą łączy ją dość trudna relacja. Przyjaźni się za to z sąsiadami, nieco starszym od niej małżeństwem, Adamem i Beatą, spodziewającymi się dziecka. Poza tym gra w gry komputerowe, głośno i dobitnie werbalizując przy tym swoje emocje („I czego strzelasz do mnie kurwo?! Czekaj no kurwa! KURWAAAA”), co matka znosi z trudem („Żaneta stul pizdę, ja cię błagam!”).
Autorka pokazuje, jak może wyglądać grooming: Adam buduje z Żanetą relację, zyskując jej zaufanie (proponuje niepełnoletniej piwo, zabiera na spacery, uczy prowadzić auto, mówi miłe słówka), by w końcu, pod nieobecność żony, ją wykorzystać. Po tym zdarzeniu świat Żanety się zmienia, nie wychodzi z pokoju i zamęcza swoje ciało ćwiczeniami. Dręczy ją poczucie winy, jak gdyby to ona zdradziła Beatę. Zarówno tu, jak i w Czasie na wielki numer oprawca jest bliską ofierze osobą, w tym drugim przypadku jest nim chłopak głównej bohaterki. To ważny i celowy gest. Badania pokazują, że sprawcami molestowania i gwałtów są często osoby z otoczenia ofiar, wcale nie obcy mężczyźni, przed którymi ostrzegają nas matki i którym mamy z zasady nie ufać. W tak bliskich związkach zaufanie jest pełne, co paradoksalnie zwiększa niebezpieczeństwo pojawienia się nadużycia.
Żaneta ucieka w fantazję o tytułowym człowieku, co wszedł do morza. To najciekawszy z planów dramatu, bo tkwi w nim jakaś tajemnica pomieszana z typowym dla autorki absurdem. Wyłaniają się z niego również obrazy ciekawsze niż rodzajowe scenki na kanapie. Losy tytułowego człowieka opowiadane są w trzeciej osobie. Dowiadujemy się, że to mężczyzna pochodzący ze wsi. Przed maturą umarła mu mama, wyjechał na studia do Warszawy i poznał tam swoją pierwszą miłość, Magdę, z którą długo wiedli dobre życie, ale różnica w życiowych aspiracjach zaważyła na ich rozstaniu. Wrócił więc na wieś do ojca i hodował tam kury. Najpierw kury zwykłe, później premium kury czempionki. Tyle jemu i ojcu wystarczało, by żyć szczęśliwie. Pewnego dnia obudził się i zastał kurzą rzeź, zobaczył jak: „ostatnia żywa kura czempionka rozrywana [jest] żywcem / przez wiejskie kury od jajek na jajecznicę i sadzone”. Następnie „Upadł omdlały. / Podeszła doń bura kura i wydrapała na czole pazurem znamię”. Po co Żanecie taka opowieść o chłopcu, co hodował kury? Żeby uciec do świata niewinności; domowego, zwyczajnego życia, gdzie nie trzeba więcej niż sadzone czy jajecznica na śniadanie i budzące „kukuryku”? Byłoby to życie niewinne, gdyby nie mord jednych kur na innych. Może to właśnie kurzą masakrę powinniśmy uczynić obrazem centralnym: kumulacją i upustem emocji głównej bohaterki.
O chłopaku nie wiemy, czy wyjdzie z morza. Nie wiemy też, co będzie dalej z Żanetą, bo zakończenie, które proponuje Bednarek, jest otwarte. Może powie o wszystkim Beacie, pogodzi się z Teo i znajdzie zrozumienie, a może ulga nigdy nie nadejdzie.
W Czasie na wielki numer jest inaczej, tam szczera rozmowa z matką następuje i zmienia wszystko, uwalnia. Można z tego łatwo szydzić: „pokolenie Z wiecznie tylko by o tych emocjach rozmawiało”, ale kto się nigdy mamie nie przyznał do czegoś, co rozsiadło się wygodnie na plecach i ważyło tonę – i nie poczuł, jak ten ciężar spada w miarę wypowiadania dręczących myśli, ten nie zrozumie tej sceny. W O człowieku co wlazł do morza i Czasie na wielki numer jest więcej delikatności i czułości, którą przypisuje się pokoleniu Krysi Bednarek niż w pozostałych omawianych tutaj tekstach, ale jest też więcej ostrożności i powściągliwości na poziomie formy dramaturgicznej. Taki teatr, żeby nie zadręczyć widza gadaniem o emocjach wymaga sprawnej reżyserskiej ręki. Interesującą frazę Krysia Bednarek ma. Ma też wyobraźnię sceniczną, co pokazuje najpełniej w Sercu na dłoni. Oby miała też szczęście do dobrych wystawień.
- 1. Druk w „Dialogu” nr 4/2025.

