maria_stoklosa_w_malej_sali_centrum_w_ruchu_kadr_z_filmu_cranky_bodies_dance_reset_extended_-_2021_fot._aleks_borys_i_maria_stoklosa.png

Maria Stokłosa w małej sali Centrum w Ruchu, kadr z filmu "Cranky Bodies Dance Reset Extended" (2021), fot. aleks borys i Maria Stokłosa.

Jak zmieniać świat, będąc sceptyczką. Paradoksy Marysi Stokłosy

Wojtek Ziemilski
W numerach
12 Maj, 2026
Kwiecień
2026
4 (830)

1. WĄTPLIWOŚCI
Bywa różnie. Czasem luz i pozytywnie. A jednak, przez wiele lat, większość naszych rozmów to w skrócie:
– świat nie zmierza w dobrym kierunku,
– szanse na zmianę są raczej hipotetyczne,
– ludzie zawodzą,
– instytucje zawodzą jeszcze bardziej,
– trudno polegać na czymkolwiek
– lub kimkolwiek.

Słowem – jest ciężko. Jak tu się nie załamać? Jak nie zrezygnować, nie odpuścić, nie uznać, że za dużo tego dobrego?

A potem Marysia coś sprawdza, coś robi, próbuje. Działa.

2. NARZEKANIE NA TEATR
Na przykład:

Narzekaliśmy, że ludzie teatru nie rozumieją szerzej rozumianych sztuk performatywnych, szczególnie choreografii. Myślałem, że to rytualne utyskiwanie (patrz punkt 1). Tymczasem parę miesięcy później Marysia zdobyła niewielki grant, żeby jej procesowi twórczemu towarzyszyła osoba pisząca. Do udziału w próbach zaprosiła Ankę Herbut, mającą świetne pióro, otwartą na eksperyment, ale wtedy jeszcze bez większego doświadczenia z tańcem. Wkrótce choreografia zyskała wybitną apologetkę. Herbut została wpływową orędowniczką poszerzania pola performatywnej walki.

3. NARZEKANIE NA JĘZYK
Innym razem Marysia zwierzyła mi się, że wciąż ją frustruje własna nieporadność w opisywaniu czy teoretyzowaniu tego, co robi. Brak jej słów, własnego języka. Minęło trochę czasu i przy kolejnym naszym spotkaniu dowiedziałem się, że Marysia –już wtedy uznana twórczyni z dużym dorobkiem – kończy magisterium w Instytucie Kultury Polskiej na UW. Język się znalazł. A raczej – został wypracowany, dosłownie wykształcony. Te studia pozwoliły Marysi nie tylko precyzyjniej opisywać osobom niewtajemniczonym własną praktykę, ale również dyskursywnie łączyć choreografię z innymi formami kultury.

4. BRAK ŚRODOWISKA
Największą bolączką był jednak brak środowiska. Osoby zajmujące się tą samą dziedziną to nie jest jeszcze środowisko. Nie miały swojego miejsca, prawie żadnych regularnych spotkań czy praktyki (z chlubnymi wyjątkami – na przykład poznański Stary Browar). Premiery były raczej okazją do wspólnego biadolenia nad tym stanem rzeczy. Marysia uczestniczyła w rozmowach – tyle że doszła do prostego wniosku: trzeba sobie środowisko stworzyć. I tak powstało Centrum w Ruchu. Chociaż to nie środowisko było bezpośrednim celem.

5. BRAK PRZESTRZENI
Centrum w Ruchu miało robić trzy rzeczy: zapewnić przestrzeń do praktyki. A nie, to jedną. Bo pozostałe – tworzenie środowiska i powstanie kolektywu (w sensie wzajemnego wsparcia, ale też marki) – choć od początku były na wokandzie, stanowiły tylko bonus.

Wiem, to może być szok.

Pierwszą motywacją do stworzenia CwR nie było zrzeszanie ludzi i budowanie społeczności. Po tylu latach pierwotne powody bywają wyparte pod wpływem wzniosłych uczuć i słusznych wzruszeń. Tymczasem – jak w piramidzie Maslowa – najpierw podstawy egzystencji. Podstawą egzystencji sztuk performatywnych jest praktyka. Praktyka jest możliwa w takim zakresie, w jakim istnieje przestrzeń. Miasto Warszawa nie wspiera poszukiwań przestrzeni do praktyki. Trzeba kombinować na własną rękę, gdziekolwiek. Ergo – Wawer.

Wawer był miejscem dziwnym. W dawnej szkole podstawowej na totalnych peryferiach. Zaletą była stacja kolejki SKM tuż obok. Ale nie śniło się wtedy o (istniejącym dziś) centrum handlowym z wiodącą do niego drogą szybkiego ruchu – dziś tamto miejsce wydaje się częścią metropolii, wtedy było przypadkowym fragmentem podmiejskiego pipidówka. A na tym fragmencie CwR stanowiło odcięty zaułek korytarza szkolnego z przylegającymi trzema malutkimi klasami. Świat tańca i – szerzej – niezależnych sztuk performatywnych jest w tak beznadziejnej pozycji, że kawałek podłogi na korytarzu w starej szkole na dalekich przedmieściach był luksusem. Ba, za tym kawałkiem podłogi poszła cała reszta: możliwość pracy, tworzenia spektakli, ale i spotykania się, nauczania, pokazywania swojej choreografii.

6. (ORAZ 4.) BRAK ŚRODOWISKA
Po jakimś czasie Marysia zainicjowała roczny kurs Choreografia w Centrum. Kurs nie był natychmiastowym sukcesem. Lokalizacja nie pomagała. Szkolnokorytarzowość też nie ułatwiała widz-k-om czy nawet uczestni-cz-kom zajęć zrozumienia, że w CwR właśnie dzieje się historia. Kropla drążąca skałę nie była kroplą szampana. Osób zainteresowanych CwR przybywało powolutku. Ale przybywało. Pomagało, że członkinie i członkowie robili kariery, ich pozycja rosła, a CwR już po kilku latach stało się rozpoznawalną „marką”. Pojawiła się aura wyjątkowości, niszowej przestrzeni dla wtajemniczonych.

7. BRAK SKALI
Równolegle do CwR przez kilka lat Marysia współprowadzi ze mną XS, malusieńką przestrzeń przy ulicy Narbutta, w sercu Mokotowa. Tam również powstają performanse, tam przenosi się na jakiś czas biuro Fundacji Burdąg. Ale jest to przede wszystkim przestrzeń bezczelna – bo niezainteresowana komercyjnym sukcesem ani wielkim rozgłosem, zbyt mała, żeby jako przestrzeń performatywna była jakkolwiek rentowna, a zarazem właśnie performatywna, publiczna, otwarta na świat. W mokotowskim Zarządzie Gospodarowania Nieruchomościami nie mogą w to uwierzyć, nie ufają nam. Sprawdzają, czy naprawdę nie dorabiamy tam, sprzedając nie-wiadomo-co. Dopytują, jakie będziemy mieć marże w naszym „concept-storze”, w którym co tydzień sprzedajemy tylko jeden przedmiot (w jednym egzemplarzu). W XSie widzę, jak sprawnie Marysia łączy pragmatyzm i bezgraniczny romantyzm, zaufanie i pilnowanie rachunków. W CwR też tak jest, tylko „kolektywność” to ukrywa. Wsadzam „kolektywność” w cudzysłów, bo to pojęcie zbyt łatwo sugeruje, że jest jakieś magiczne bycie razem, wspólnota, co buduje, i już. Tymczasem to ciągłe wyzwanie.

Są okresy wzorcowej wspólnotowej pracy i, nie raz, napięcia, bo nieposprzątane, nieopłacone, niezaopiekowane. I wtedy znowu wszystko spada na Marysię. Tak wygląda kolektywność w praktyce. To ciągłe negocjowanie, szukanie wspólnych konkretów, przypominanie o wpłatach, śmieciach… Przez jakiś, krótki, czas jestem tego częścią. Z czasem staje się jasne, że to kolektyw choreograficzny i miejsce choreografii, a ja jestem niby blisko, ale jednak obok. Rozstajemy się w przyjaźni, do dziś kibicuję całej Centrowej ekipie.

8. TAK WYGLĄDA SUKCES
Nie ma XS, nie ma wawerskiego Centrum w Ruchu. A jednak tak wygląda sukces. Zwłaszcza w przypadku CwR to sukces mierzalny ilością zainfekowanych tym ruchem ludzi, zmianą ich myślenia i odczuwania świata, poszerzeniem horyzontów, pogłębieniem doświadczania. Środowiskiem. Praktycy sztuk performatywnych doskonale wiedzą: tak właśnie jest, że inicjatywy się kończą. Praca idzie czasem w piach, a jednak często – w ziemię, żeby potem zakiełkować. Wbrew własnym utyskiwaniom, a w tym przypadku również dzięki nim. Szczerze wyznam: nie wiem, jak to robi Maria Stokłosa. Przyglądam się, staram tym inspirować, też odnajdywać w sobie podobną samodyscyplinę i coś w rodzaju motywacji: głęboki nurt, który pozwala (każe?) działać konkretnie, pragmatycznie. I dalej.

Najbardziej mi imponuje właśnie, że Marysi konsekwentne działanie na rzecz innych nie opiera się na radosnej wierze w świat i ludzi, i wspólnotę, i happy endy. To jest ciężko wywalczone terytorium. Wywalczone z samą sobą i własnym „trzeźwym oglądem świata”, podobnie jak u większości z nas – napawającym raczej pesymizmem. Wiedzieć, jak jest źle, i wciąż znajdować nadzieję w ruchu, oto sztuka. Eppur si muove.

Udostępnij

Wojtek Ziemilski

jest reżyserem teatralnym i artystą wizualnym. Pracuje na pograniczu sztuk, czerpiąc z różnorodności praktyk performatywnych.