Jak działa jamniczek?

Justyna Drath
W numerach
15 lip, 2025
Czerwiec
2025
6 (820)

Chociaż żyjemy w czasach, w których niewiele już nas zdziwi, mimo wszystko byłam nieco zaskoczona wiadomością, iż na jednej z wysp w pobliżu Australii czterokilogramowy jamnik o imieniu Valerie przetrwał ponad pięćset dni sam wśród buszu1. Pies o tym imieniu został zgubiony w 2023 przez parę turystów, na kempingu, w typowo turystycznym zakątku: na wyspie Kangoroo: Georgie i jej partner Joshua poszli na ryby zostawiając Valerie w kojcu. W tym czasie pies musiał jakoś sprytnie uciec. Wydawało się, że nie da się go odnaleźć w miejscu pokrytym w większości parkami narodowymi i rezerwatami, w których żyją różne mniej lub bardziej przyjazne jamnikom gatunki dzikich zwierząt, w tym jadowite węże. W szukanie Valerie zaangażowała się prozwierzęca organizacja i wolontariusze montujący w ciągu tych dni i miesięcy liczne fotopułapki. Po dość długim czasie piesek został rejestrowany przez kamery: okazało się, że jamniczka przeżyła, ma się wspaniale. Skutecznie złapana, wróciła do opiekunów, jednak nie od razu – po tylu przygodach musiała na nowo przyzwyczaić się do życia w cywilizacji. Półtora roku pośród przyrody znacznie różniło się od życia kanapowego pieska pozującego do uroczych zdjęć na instagramie. Nie mogę przestać myśleć: co Valerie robiła tak długo, o czym myślała, do kogo szczekała w tym czasie? W jaki sposób przystosowywała się do nowych warunków? Znaleziono ją w całkiem dobrej kondycji, musiała coś jeść, nauczyła się zdobywać pokarm. Niektórzy przypuszczają, że ktoś się nią musiał zaopiekować. Kto? Przygarnęła ją rodzina przedstawicieli naszego gatunku, stroniąca od nowych technologii, czy raczej jednak kolczatek albo kangurów? Fantazje uruchomione pod wpływem historii z Księgi dżungli, Tarzana, a nawet założycielskiego mitu Rzymu wędrują w stronę wizji psa zagarniętego przez inne niż ludzkie uniwersum, wchłoniętego przez dzikość, tak jakby ktoś nagle wskazał pierwotne miejsce, w którym powinny przebywać nawet nasze pudle, jamniki i psy niedoszłych kandydatów na prezydenta. Bo przecież chociaż koty i psy zaliczamy do zwierząt, jest całkiem jasne, że stanowią część antropocenu. Ich obecność w dzikim świecie zaburza równowagę w równym, albo większym nawet stopniu niż nasza. Koty polują na ptaki, a statystyki krzyczą na temat tego, jak namacalny jest ich wpływ na ptasią populację. Z kolei psy gonią łosie i sarny, płoszą dziki. Nawet substancje zostawiane w odchodach różnią się mocno od tych w lesie: mogą konfrontować leśne organizmy z chorobami, na które nie mają one wykształconej odporności. Przez lata udomowione zwierzęta stały się naszym coraz bardziej obciążającym otoczenie wymysłem i kaprysem, tak jakby wydawało nam się, że za mało szkodzimy otoczeniu obecnością naszych własnych ciał i potrzebowali ich przedłużenia. Do tego dochodzą liczne konsumpcyjne machiny, karmy, plastikowe zabawki – które nasze koty i tak ignorują, chociaż rolka w mediach społecznościowych sugerowała całkiem co innego – powiększające górę produkowanych przez naszą cywilizację odpadów.

Oczywiście pisząc to wszystko i wyrzucając naszemu gatunkowi te inwazyjne zakusy oraz krótkowzroczną chęć ekspansji jestem absolutną hipokrytką; obserwuję właśnie mojego kota Burzę, który, jak mam nadzieję, pozwoli mi pisać ten tekst zajęty zabawą w bynajmniej nie zrobionym z ekologicznych i biodegradowalnych traw tunelu. Kot Burza należy do mojego świata, w razie ucieczki nie jest w stanie przetrwać ani w miejskim, ani w metaforycznym buszu. Fakt iż adoptowałam ją i wysterylizowałam, niewiele pomaga. Kotek Burza jest w jakimś sensie przedłużeniem mojej własnej obecności w świecie i szkodliwości mojego gatunku.

Właśnie, a może to zdziczałe koty przygarnęły Valerie? W Australii jak na dłoni widać problemy rozrzedzone w naszych zakątkach globu; władze surowo walczą tam z wypuszczanymi kotami i inwazyjnymi lisami szkodzącymi endemicznym, wyjątkowym gatunkom zwierząt. Sama historia przyczyniła się zresztą do popularyzacji wiedzy na temat tego mechanizmu, więc nawet jeśli nie wierzymy w determinację pieska, a w teorie spiskowe, powinniśmy zaliczyć ją do lekcji łatwo przyswajalnych przez ten nasz inwazyjny gatunek.

Prawda jest też taka, że ta historia uderza głęboko w moje najgłębiej pielęgnowane lęki – zgubienie psa czy kota wydaje się zaliczać do najgorszych przeżyć: niepewność, świadomość niedostosowania tych zależnych od naszych żyć osób wydaje się niemal gorsza od doświadczania ich śmierci. W wyniku naszej tendencji do udamawiania i oswajania wszystkiego, a zarazem odpowiedzialności, sprawiamy, że nieludzcy członkowie społeczności potem niewiele mogą rozumieć z realnego świata za oknem. Gdy zgubił się mój poprzedni kot, wymknąwszy się przez nieuwagę na klatkę schodową, rozklejałam ogłoszenia, brzęczałam zabawkami, na szczęście Selma znalazła się schowana na strychu. Potem przez kilka dni leżała wyraźnie zamyślona, nie bardzo mogąc pojąć w umyśle, jaki rodzaj przygody stał się jej udziałem. Mój już od dawna nieżyjący pies miewał skłonności do uciekania w stronę zbiorników wodnych, dziwnych skupisk krzaków, następnie głębokiego zamyślania się nad losem przyszłości ludzkości oraz granicy pomiędzy dzikim a udomowionym, pierwotnym a oswojonym. Emocje, które mi towarzyszyły przy szukaniu moich przyjaciół-zwierząt za każdym razem pamiętam i dlatego mam nadal wiele wyrozumiałości w stosunku do opiekunów Valerie, jak również tendencji naszego gatunku do uczłowieczania wszystkiego wokół.

A może tak naprawdę nic nie rozumiemy z granic pomiędzy znajomym a nieznajomym, procesem domestykacji a dostosowywaniem się do nowych warunków. Może w przyrodzie nadal bywają mechanizmy nieopisane, anomalie, które w ogóle trudno pojąć, stosując znajome kategorie: niekiedy schwytane przez bieliki pisklę myszołowa, wyraźnie mniejsze od reszty małych, bywa mylone z potomkami i karmione, czasem udaje mu się przeżyć i wylecieć z gniazda2. Nie jest to efekt altruizmu, ale swego rodzaju pomyłki: bieliki nie potrafią liczyć swoich małych. Oczywiście najczęściej mały myszołów zostaje w końcu i tak zjedzony, ale jeśli przetrwa, zmienia się jego dieta. Czy myśli o sobie, że jest bielikiem? Podobno jamniczka Valerie też woli teraz jeść surowe mięso, ale stała się „bardziej życzliwa dla obcych i otoczenia”. Pamięta coś z dżungli? Czy w jej małym organizmie zapisały się jakieś pełne dzikości zachowania? Zadając te pytania najlepiej spojrzeć na siebie.

Udostępnij

Justyna Drath

Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nauczycielka, publicystka, aktywistka społeczna.