kopista_bartleby_fot_klaudyna_schubert_0.jpg

Wszystko wolno/ść
Kopista Bartleby Hermana Melville’a to nowela, która może umknąć radarowi tych, którzy twórczości pisarzy przyglądają się przede wszystkim przez pryzmat wielkich powieści. Melville funkcjonuje przecież głównie jako autor Moby Dicka. Ja z kolei znam go najlepiej z Oszusta i Billy’ego Budda. O Bartlebym słyszałem tyle, że jego „wolałbym nie” zyskało status skrzydlatych słów, a postać kopisty przechodziła różne wcielenia (najciekawszym jest komputer HAL9000 z Odysei Kosmicznej!). Tomasz Fryzeł i Piotr Froń postanowili zabrać się do tego tekstu w Łaźni Nowej – pozostaje więc zadać pytanie, czym „wolałbym nie” jest dziś.
Kiedy wchodzimy na małą scenę nowohuckiego teatru, wita nas minimalistyczna scenografia autorstwa Anny Oramus złożona z dwóch okręgów: poziomego i pionowego. Są one ustawione w ten sposób, że przypominają ogniwa łańcucha. Dwie niewielkie trybuny dla widowni ustawiono naprzeciw siebie, akcja rozgrywa się między nimi. Światło pada z góry wyrazistymi snopami, przechodzi przez opary dymu. Bliżej nieidentyfikowalny dźwięk roztacza się po sali. „Na scenę wchodzi kancelista, wchodzi pewny siebie, ale…” – słyszymy z offu. Pojawia się Kancelista (Sebastian Grygo). Nie jest pewny siebie, na jego twarzy, w jego ciele, dłoniach i głosie czuć niepokój, zapowiedź upadku. Szuka kopisty do swojej kancelarii, w której prowadzi właśnie ważną sprawę. Na ogłoszenie w gazecie odpowiada Bartleby (Adam Borysowicz). Dwaj bohaterowie wchodzą ze sobą w relację o dziwnym charakterze. Oczywiście jeden jest szefem drugiego, jednak pracownik nie staje się maszyną generowania zysku, a wehikułem upadku pracodawcy. Jednocześnie wybijając Kancelistę z bezmyślności, kieruje go ku oświeceniu. Pierwsze „wolałbym nie” pojawia się, kiedy Bartleby jest proszony przez Kancelistę o sprawdzenie z oryginałami sporządzanych przez niego kopii.
Te dwa słowa wystarczają, by rozszczelnić system władzy i sposób postrzegania świata przez Kancelistę. Dwa pozornie miękkie słowa i postać bez jakiejkolwiek wyrazistej cechy, postać tak przeźroczysta i tak nijaka, że aż drażni. Tak nieugięta w swojej miałkości, że ogromnieje i przejmuje władzę w relacji, w której przecież zaczynała z pozycji podległości. Bartleby jest bowiem bohaterem, któremu na niczym nie zależy, który nie buntuje się, to postać, która po prostu wolałaby nie. Nie pragnie, nie żąda, nie krzyczy, nie bije, nie przeżywa, nie mogę się pozbyć wrażenia, że jeszcze trochę i wcale by nie istniał. Adam Borysowicz świetnie odegrał człowieka, który de facto nie ma żadnego charakteru, nie gra żadnej roli. Oglądając go na scenie, czułem ciarki, jawił się na scenie jak olbrzymi znak zapytania, mówił tak, jakby go nie było, jakby nie istniał naprawdę, jakby nigdy nie był człowiekiem. Jednak w jego głosie była władczość, było to coś, co pozwala mu końcowo zawładnąć Kancelistą.
Kancelista natomiast to postać, której świat się rozsypuje, który nagle staje naprzeciw osoby stanowiącej zaprzeczenie całego jego dotychczasowego życia – zaprzeczenie reguł i zasad, których został nauczony, choćby i nieświadomie. Żył życiem wielu z nas, gdzie dni mijają na tak zwanym autopilocie, a cele pochodzą gdzieś spoza. Jego tożsamość, pod wpływem Bartleby’ego, ulega dezintegracji.
Jednak Kancelista nie rezygnuje ze współpracy z Kopistą, wręcz przeciwnie, ulega mu, zaczyna rozumieć, że każda kolejna próba wymuszenia czegoś zostanie pokwitowana chłodnym: „wolałbym nie”. Obserwując ich relacje, dochodzimy do wniosku, że Bartleby jest dla Kancelisty kimś w rodzaju Mesjasza – choć kategoria biblijnego zbawienia nie do końca wpisuje się w kontekst tekstu – to Kopiście ciężko odmówić pierwiastka boskości. Przychodzi nagle, w odpowiedzi na ogłoszenie o pracę. Tak jak rolą biblijnego mesjasza było zwiastowanie wyzwolenia, tak i Bartleby przynosi wyzwolenie Kanceliście. Widać to najdobitniej w uległości pracodawcy wobec nowego pracownika, której on sam nie jest w stanie zrozumieć. Mam wrażenie, że w spektaklu nie mamy do czynienia z empatią czy zrozumieniem, aktorzy świetnie odgrywają relację władzy, która zostaje zdeformowana i w końcu przestaje mieć znaczenie, kto kogo zatrudniał.
kopista_bartleby2_fot_klaudyna_schubert.jpg

W końcu okazuje się, że Bartleby mieszka w biurze. Kancelista odkrywa to przypadkiem, pewnego dnia wyszedł za wcześnie do kościoła, postanowił więc udać się do biura, gdzie zobaczył swojego „podwładnego” z plamami pianki do golenia. Wkrótce potem rozejrzał się po biurze pracownika i ujrzał pod jego biurkiem cały zestaw osobistych utensyliów. W dalszej części noweli Bartleby doprowadza swojego szefa do przeniesienia kancelarii pod inny adres, a sam zostaje aresztowany, bo nie chce opuścić klatki schodowej budynku, w którym kancelarię wynajął już ktoś inny. Kopista i Kancelista są jak dwa okręgi na scenie – nierozszczepialni, razem stanowią pełnię, osobno natomiast są niczym. Wydaje się, że z tego wynika stosowanie przez Kancelistę narracji trzecioosobowej – on przechodzi kryzys tożsamościowy, Kopista natomiast żadnej tożsamości nie posiada. Ten fundamentalny brak, paradoksalnie, jest najgroźniejszą bronią – jak bowiem przymusić kogoś, komu na niczym nie zależy, jak poznać kogoś, kto zdaje się nie mieć wnętrza? W systemie, który usilnie domaga się określenia, którego podstawą funkcjonowania jest chęć i potrzeba – nieposiadanie tych imperatywów staje się najgroźniejszą bronią. Przypomina mi się wiersz Thomasa Stearnsa Eliota Wydrążeni Ludzie – a dokładniej jego dwa końcowe wersy: „I tak się właśnie kończy świat / Nie hukiem ale skomleniem1”. Świat znany Kanceliście kończy się dla niego cicho, na oczach Kopisty, który odmawia pożywienia.
Realizatorzy stanęli na wysokości zadania, w spektaklu na próżno szukać zbędnych elementów. Trwa trochę ponad godzinę, gra aktorska jest wyborna, scenografia i klimat wspaniale oddają klimat noweli. Przestrzeń dźwiękowa również współtworzy dziwne wrażenie bycia w miejscu poza czasem. Nie brak też elementów humorystycznych – prócz dwóch bohaterów w kancelarii pracują Szczypce, Indyk i Pierniczek, którzy „obsadzani są” przez osoby z publiczności. W wybranych momentach na wybrańców pada światło reflektorów i stają się oni częścią opowiadanej fabuły. Ciekawy zabieg – widz nie jest bezpośrednio zaangażowany w akcję, natomiast uwypuklony zostaje jego status świadka i powiązana z tym statusem niemoc.
Różnie można postrzegać sens tej opowieści: czy dotyczy ona sprawczości woli; „przedziwnej sztuki porażki” – w rozumieniu paradoksalnych wielkich znaczeń nikłych aktów oporu; buntu wobec systemu i siły jednostek w starciu z nim. W tej realizacji może również wybrzmiewać jakiś kafkowski sznyt bezsensowności mechanizmów i automatyzmów. Im bliżej końca, tym częściej w spektaklu pojawia się słowo „możliwość” – i to o nią, mam wrażenie, tutaj chodzi.
Czym jest historia o buncie, jeśli nie historią o spełnionej możliwości? W kontrze: czym jest historia porażki, jeśli nie opowieścią o braku możliwości? Bartleby zna znaczenie możliwości, wykorzystuje okazję do wyrażenia własnej woli, tym samym daje Kanceliście szansę, by również mógł ją wykorzystać. Przywołam tu jedną z ostatnich wypowiedzi Kopisty: „trwanie w tym angażującym nic, w tej niesamowitej gotowości do czegoś, co tylko może się stać, ale się nie stanie” – tak Bartleby opisuje swoją własną kondycję. Myślę, że fragment ten jest najbardziej znamienny i dobitnie pokazuje wielorakie możliwości odczytania tej postaci, wskazując tym samym na fenomen tej powieści.
Bartleby jest formą, sposobem życia, pustką, strukturą.
Bartleby może być wszystkim, jest gotowy na stanie się czymś, co nigdy nie nadejdzie.
Bartleby nie tyle czeka na coś, co wiecznie przygotowuje się do czegoś. Stąd ta nieznośność
Bartleby’ego – ta jego maniera, jakby wiedział coś więcej, ta jego odpowiedź na wszystko.
Kopista nie ma żadnego celu, bo nic wielkiego się nigdy nie wydarzy, może i uda mu się podkopać światopogląd Kancelisty, może i biuro przeniesie się do innego budynku, może i trafi do więzienia, w którym umrze najprawdopodobniej śmiercią głodową – nic z tych rzeczy nie jest celem, sensem czy wartością. Wszystkie z tych rzeczy były jedynie aktem dokonanej możliwości wypowiedzenia własnej woli, w postaci lakonicznego „wolałbym nie”.
Kopista Bartleby w Łaźni nowej to naprawdę świeże doświadczenie, które stoi na wysokim poziomie, zarówno teatralnie jak i dramaturgicznie. Opowieść, pomimo że została napisana ponad sto pięćdziesiąt lat temu, nadal pozostaje nadzwyczajnie aktualna i stanowi dobrą pożywkę do namysłu nad własną kondycją w prekarnym i niepewnym świecie.
- 1. T.S. Eliot Wydrążeni Ludzie, przełożył Czesław Miłosz, 1925.

