bachantki-1.jpg

Feeria feerii. O 43. Festiwalu Szkół Teatralnych
„Tylko szkoda, że jest to konkurs” mówi mi jedna ze studentek grająca w konkursowym dyplomie. Choć przez większość tygodnia można zapomnieć, że na festiwal nie przyjeżdża się bezkarnie, to jednak presja i stres wzrastają na spektaklach oglądanych przez jurorów. Im bliżej finału, tym bardziej rosną nie tylko emocje i oczekiwania osób uczestniczących, ale również trudność wyboru laureatów i laureatek oraz spektakli przez jury i widownię. Każdy dzień pokazuje różnorodność przedstawień nie tylko wynikającą ze specyfiki wydziałów, ale również podejść osób reżyserskich między innymi w kwestii zespołowości (część spektakli powstaje w oparciu o improwizacje) oraz doboru tekstów. A w tym roku w Łodzi prezentował się ich cały przekrój, od Bachantek Eurypidesa i MIDSUMMER night’s dream Shakespeare’a, przez dobrze rozpoznawalny dzięki teatrowi Krzysztofa Warlikowskiego dramat Pakujemy manatki Hanocha Levina i adaptację Arabeli prosto z czechosłowackich późnych lat siedemdziesiątych, po sztuki współczesnych dramatopisarzy oraz teksty stworzone specjalnie dla dyplomowych spektakli. Szczególnie widać to na przykładzie prac z warszawskiej Akademii Teatralnej – jedna z nich – Ojciec w reżyserii Agaty Dudy-Gracz – bierze udział w finale 31. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, zaś druga – bazująca na dramacie Czechowa Mewa w reżyserii Katarzyny Minkowskiej – brała udział w X. Konkursie na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej i Europejskiej „Klasyka Żywa”.
Świadczy to nie tylko o tym, że osoby studenckie sprawdzają się w różnych gatunkach, estetykach i rodzajach tekstów (często partycypując w ich powstawaniu), ale również, że spektakle to nie tylko egzaminy uczelniane oglądane przez rodzinę i znajomych, ale pełnoprawne przedstawienia biorące udział w szeroko pojętym życiu teatralnym. Niestety bardzo szybko z niego wypadają. Nieliczne dyplomy otrzymują miejsce w repertuarach teatrów instytucjonalnych, dając młodym ludziom możliwość pokazania się szerokiej publiczności oraz zarabiania. Tak było w przypadku Operetki z łódzkiej PWSFTViT, która była grana w Teatrze Jaracza w Łodzi z udziałem etatowych aktorów teatru, jak i spektaklu Český díplom z wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych, który został „przejęty” przez Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu, a później zdobywał liczne nagrody, między innymi miesięcznika „Teatr”, Festiwalu Dramaturgii Współczesnej Rzeczywistość Przedstawiona czy Nagrodę Artystyczną Marszałka Województwa Opolskiego.
Nie mógł jednak otrzymać nagród na FST, ponieważ w tamtym czasie dyplomy wydziałów niedramatycznych nie trafiały do sekcji konkursowej. Był to temat poruszany przez Monikę Wąsik w eseju o XXXV FST, czy Igę Dziedziuchowicz w książce Teatr. Rodzina patologiczna. Dzieciuchowicz opisuje sprawę wrocławskiego dyplomu Słaby rok, który decyzją rektorki Doroty Segdy miał nie pojechać na Festiwal Szkół Teatralnych ze względu na to, że nie oddawał odpowiednio charakteru wydziału – był za mało lalkowy. Choć wydawać by się mogło, że ta sprawa, nagłośniona przez osoby studenckie w mediach społecznościowych, wywoła dyskusję na temat wydziałów lalkarskich i teatrów lalkowych w ogóle, nic takiego się nie wydarzyło, a przynajmniej nie na skalę umożliwiającą zmianę statusu lalkarstwa.
Co więcej, ta – jak nazywały ją niektóre osoby – próba cenzorska, mogła doprowadzić do przyjrzenia się wydziałom niedramatycznym i zwrócenia uwagi na interdyscyplinarne modele tworzenia spektakli. Przecież osoby zajmujące się choreografią coraz częściej współtworzą spektakle teatralne, nie tylko te powstające w ramach nurtu teatru tańca. Nikt nie oponuje też, gdy w spektaklu Wydziału Dramatycznego pojawiają się piosenki, czy na Wydziale Aktorskim powstaje musical (jak na przykład Frankenstein show z krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych).
Tak jak spektakle Wydziału Lalkarskiego bywają w odbiorze niektórych „za mało lalkowe”, tak spektakle Wydziału Teatru Tańca określa się jako „za mało taneczne”. Tradycyjne rozumienie form lalkowych i tanecznych doprowadza do mijania się przedstawień z wyobrażeniami o tym, czym te przedstawienia powinny być. Często prowadzi to do frustracji, a w konsekwencji krytyki spektakli. Jest ona wyrażana nie tylko w tekstach publikowanych na blogach osób od lat zajmujących się teatrem lalek, ale nawet w niektórych recenzjach gazetki festiwalowej, pisanych przez osoby studenckie. Nie są brane pod uwagę zmiany, które zachodzą w teatrze, szczególnie wśród młodych osób twórczych, które poszukują nowych form wyrazu w ramach swoich dyscyplin. A osoby, które podjęły się reżyserowania studenckich dyplomów idą za głosem młodych. Widać to nie tylko w tym, że wiele spektakli bazuje na improwizacjach osób aktorskich (Dziewczyno, takie konfundujące, Bachantki, Mewa, Stany podgorączkowe, MIDSUMMER night’s dream), ale również w zaproszeniu do współpracy koordynatorki scen intymnych (Bachantki), czy zatrudnieniu jako współpracowników osób studiujących na innych wydziałach, na przykład krakowskim Wydziale Reżyserii i Dramaturgii (tekst do Fortissimo), czy wrocławskim Wydziale Reżyserii (dramaturgia i współpraca reżyserii formy w Arabeli).
midsummer_r_skwarek-9.jpg

Do tworzenia spektakli nie są zapraszane jedynie osoby z macierzystych uczelni. Uczelnie teatralne pokazują, jak można z sukcesem realizować idee interdyscyplinarności oraz międzyuczelnianej i studenckiej współpracy. Spektakl Wierna wataha powstał dzięki wsparciu osób z dwóch wrocławskich uczelni artystycznych – kostiumy i opracowanie graficzne przygotowała studentka Akademii Sztuk Plastycznych, a muzykę student Akademii Muzycznej. Przedstawienie jest dopracowane zarówno w zakresie teatralnym, jak i wizualnym i muzycznym, a jednocześnie stanowi spójną, przemyślaną całość.
Głos młodych staje się słyszalny nie tylko za sprawą ich uczestnictwa w procesie przegotowań spektakli. Mają oni wpływ przede wszystkim na płynący ze sceny przekaz – prezentowane są tematy ważne dla osób studiujących, odzwierciedlające ich doświadczenia. Przybliżają swój sposób patrzenia na świat, istotne nurty w kulturze, obawy i lęki, ale też humor i cyfrową rzeczywistość, nieodłączną już część życia każdej i każdego z nas.
Zmediatyzowanie życia społecznego zostało w szczególny sposób przedstawione w białostockim spektaklu Dziewczyno, takie konfundujące Weroniki Szczawińskiej z tekstem Jowity Mazurkiewicz, w którym osoby aktorskie ogrywają dyskurs wokół premiery nowego filmu. Wcielają się w różne media społecznościowe, na scenie pojawia się: Facebook, Instagram, X (dawniej Twitter), YouTube, TikTok. Widownia może odgadywać, kto gra które medium, ponieważ ich charakterystyka jest bardzo dobrze oddana przez osoby studenckie. Odegrany zostaje również podcast oraz spotkanie gwiazd filmu streamingowane na odpowiednich platformach. Przedstawione są uwikłania przyjacielsko-romansowe osób grających w filmie Ashes of Tomorrow oraz plotkarskie domysły i niezliczone komentarze fanowskie i krytyczne w stosunku do nowej produkcji. Spektakl pokazuje, że kontrowersje i medialny szum wokół premiery stają się ważniejsze niż samo dzieło – nie oglądamy już filmu ze względów artystycznych, ale by móc wziąć udział w internetowej dyskusji na tematy często bardzo odległe od samej materii sztuki, za to dotykające sfery prywatnej osób producenckich i aktorskich.
Z kolei Bachantki w reżyserii Darii Kopiec i choreografii Danieli Komędery z Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu przywodzą na myśl rzeczywisty film – Climax . Choreograficzne sceny do rytmu imprezy techno imprezy nie tylko odzwierciedlają, jak młode osoby spędzają wieczory, noce, a czasem nawet poranki. Są również odwołaniem do pierwszej tanecznej sceny filmu Gaspara Noé. Pojawia się w niej voguing – coraz bardziej mainstreamowy styl taneczny pochodzący z kultury ballroomowej. Tę scenę w filmie kończy wykrzyczane przez osoby queerowe hasło „Bóg z nami”. W spektaklu mamy modlitwę Ojcze nasz, wypowiedzianą przez aktorkę grającą Dionizosa, przejętą i przegiętą – ma nam nie odpuszczać żadnych win, za to wodzić na pokuszenie. I nie potrzebujemy żadnego zbawienia. Ramen.
Krytyka religii nie jest jedynym elementem politycznym tego spektaklu. Przedstawienie otwarcie i wprost porusza temat seksualności. Część aktorek wygłasza monologi o tym, co je podnieca, podczas gdy reszta zespołu siedzi na proscenium, wijąc się w spazmach przyjemności, dotykając swoich ust, liżąc palce, rzucając pożądliwe spojrzenia. Znaczną część choreografii stanowi pulsująca orgia, która powraca w różnych momentach spektaklu. Osoby aktorskie ustawione na wysokich stołach wykonują orgiastyczny taniec, łącząc się w pary, trójkąty, grupy, raz po raz zmieniając konfiguracje i osoby partnerskie.
Do polityki stricte odnosi się dyplom Wydziału Lalkarskiego z Wrocławia – Arabela, w reżyserii Piotra Ratajczaka. Znana czechosłowacka bajka została bardzo dobrze zaadaptowana na potrzeby teatru przez Malinę Prześlugę. W wersji scenicznej w Arabeli pojawiają się autoteatralne odniesienia i żarty, akcja jest wartka, pełna humoru i – co ważne – zrozumiała dla osób, które oryginalnej produkcji telewizyjnej nie oglądały. Ten spektakl doskonale gra ze stereotypami, które dotykają osób kończących wydziały lalkarskie. „Uważacie, że będziemy tylko grywać w bajkach w teatrach dla dzieci? No to zagramy wam bajkę” – można by pomyśleć, że tak do sprawy podeszły osoby studiujące we wrocławskiej filii AST. Akurat ta bajka jest hardcorowa i zdecydowanie nie dla dzieci. Rumburak, stylizowany na Donalda Trumpa, wykrzykuje alt-prawicowe hasła o prawdziwej wolności. Walczy z nim między innymi czarodziejo Vigo – niebinarna postać, posiadająca jeden z pierścieni nadających szczególne moce oraz pelerynę pozwalającą przenosić się między światami. Gdy już myślimy, że połączone siły świata ludzi i dobrych postaci z baśni wygrały, pojawia się, wraz ze złą czarownicą, Rumburak, krzyczący „Prima aprilis, skurwysyny”. Choć chciałybyśmy, żeby to był tylko zły sen, bajka kończy się, ale bez szczęśliwego zakończenia. Spektakl jest przygnębiającą diagnozą naszej rzeczywistości, w której już wiemy, że wybór Donalda Trumpa czy Karola Nawrockiego to nie senny koszmar.
arabela_wybor_r_skwarek-18.jpg

Festiwal Szkół Teatralnych przedstawia w pigułce możliwości i różnorodność środowiska teatralnego, włącznie z wciąż widocznymi w nim podziałami. Poza konkursem, jako wydarzenie towarzyszące, został na nim pokazany spektakl Zero w reżyserii Kuby Zubrzyckiego. Przedstawienie zostało określone jako OFF-owy dyplom (czyżby z racji tego, że był to kameralny spektakl na małej scenie Teatru Studyjnego, bez scenografii i drogich kostiumów?), mimo tego, że na stronie teatru nie był tak zapowiadany.
Choć tegoroczne hasło brzmi „Wszyscy na scenę”, FST to nie tylko spektakle. Częścią festiwalu jest cykl „Laureaci FST na wielkim ekranie”. W jego ramach prezentowane są filmy „z posiadaczami laurów minionych już edycji Festiwalu Szkół Teatralnych, którzy królują dziś i na scenie, i na ekranie”. Osoby studenckie miały możliwość wzięcia udziału w warsztatach z reżyserkami castingu oraz warsztatach Agencji Dramatu i Teatru. W poprzednich edycjach odbywały się konferencje, koncerty, rozmowy z osobami występującymi w spektaklach w ramach klubu festiwalowego, w niektórych spektakle były dostępne online. Bywały zapraszane zespoły studenckie z zagranicy. W tegorocznej edycji, przy szesnastu konkursowych dyplomach, czasem nie udawało się zdążyć z jednego teatru do drugiego na kolejny spektakl, nie wspominając o (jak to zwykle z resztą bywa) niewystarczającej ilości czasu na omówienie obejrzanych przedstawień, na rozmowy o teatrze w ogóle. Zrozumiały jest więc brak większej liczby wydarzeń towarzyszących.
Jednak festiwal mógłby, a może i wręcz powinien być przestrzenią wnikliwego przyjrzenia się sprawom najbardziej palącym zarówno w teatrach, jak i na uczelniach artystycznych. Także kwestiom dotyczącym presji konkursów, problemom na rynku pracy, wciąż obecnej przemocy w środowisku teatralnym. Istotnym jest, żeby był to czas integracji nie tylko osób studiujących kierunki aktorskie, ale również teatrologiczne, reżyserskie, dramaturgiczne. Jak na porządny festiwal przystało, w trakcie jego trwania jest wydawana festiwalowa gazeta. Mogłoby to być miejsce współpracy i wymiany doświadczeń osób studiujących kierunki teatrologiczne, na przykład z wiedzy o teatrze na Akademii Teatralnej lub teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, ponieważ obecnie publikują w niej jedynie osoby z Koła Naukowego Teatrologów UŁ.
Ważne jest, że festiwal otwiera się na widownię spoza ścisłego grona środowiskowego, że kolejny rok można zakupić bilety na festiwalowe przedstawienia, że wstęp nie jest jedynie dla osób z festiwalową smyczką. Dzięki temu osoby studenckie mają możliwość pokazania się szerokiej publiczności, zagościć na scenach różnych łódzkich teatrów dla różnorodnego grona osób. A uczestnictwo w tych pokazach jest wspaniałym doświadczeniem widzowskim – wymiana energii, żywiołowość reakcji, okrzyki wsparcia, długie, często stojące owacje – dają poczucie, że uczestniczy się w czymś absolutnie wyjątkowym.

