zrzut_ekranu_2026-04-15_095416.png

Warszawa, w której płaci się rublem
Wokulski (Marcin Bosak) nie jest tu kupcem, lecz właścicielem muzeum, w którym pokazuje się między innymi prace inspirowane doświadczeniem wojny. Doktor Szuman (Waldemar Barwiński), do którego bohater Prusa czasem przychodzi, by się zwierzyć, nie jest już badaczem, ale artystą: z kobiecych włosów przywiezionych z regionów ogarniętych wojną tworzy dzieło, które raz po raz wyczesuje z niemal nabożną pieczołowitością. Ma łysą, wytatuowaną głowę i całą swoją postawą ucieleśnia figurę niezależnego artysty z wielkomiejskich wyobrażeń. Profesor Geist (Mateusz Weber), idealista marzący o metalu lżejszym od powietrza – wynalazku, który przysłuży się społecznej równości – w przedstawieniu Teatru Dramatycznego pracuje nad czymś, co daje się odczytać jako broń biologiczna. Ostatecznie zgadza się na finansowanie swoich badań przez Kreml, co zapowiada globalną katastrofę. Chodzi z walizką, która być może mieści w sobie atomowy przycisk.
A Izabela Łęcka (Marta Ojrzyńska)? Jest feministką, oczytaną w teoriach poststrukturalizmu, która uważa, że feminizm powinien być intersekcjonalny. Rozpacza nad tym, że jej podopieczne ze szkółki przypominającej coś w rodzaju Towarzystwa Przyjaciół Muzeum, skręcają w stronę konserwatyzmu i zamiast wyzwolenia pociąga je ideologia trad wives oraz fantazmat silnej męskości.
zrzut_ekranu_2026-04-15_095356.png

Tak wygląda świat Lalki reżysera Mikity Iłynczyka i dramaturga Gorana Injaca – premiery mocno wyczekiwanej, zapewne także dlatego, że Lalką żyliśmy już w zeszłym roku i w tym nadal będziemy nią żyć. Najpierw na potrzeby filmu, warszawiankom i warszawiakom na Krakowskim Przedmieściu postawiono makietę udającą realia z czasów Prusa, później zaś, chcąc nie chcąc, uczestniczyliśmy w dyskusji o tym, czy Marcin Dorociński i jego szlachetne dłonie będą w stanie wiarygodnie zagrać odmrożone na Syberii ręce Stanisława Wokulskiego. Szkoda, że nikt w filmowym castingu nie pomyślał wówczas o Marcinie Bosaku, który na scenie Teatru Dramatycznego okazuje się Wokulskim znakomitym. A właściwie: „Wokulskim”, bo u Iłynczyka odmrożeniu uległy nie dłonie, lecz pośladki, które zresztą aktor pokazuje w jednej ze scen. W tej adaptacji ogólnie wiele się w stosunku do pierwowzoru zmienia.
Sceniczny Wokulski rzadziej daje upust swoim uczuciom niż jego powieściowy pierwowzór. Targają nim gwałtowne emocje, ale trudno jednoznacznie je określić, bo nieustannie zmieniają kształt; wszystkie jednak obracają się wokół władzy, która wyraźnie odurza bohatera. Warto pamiętać, że książkowy Wokulski swoją świeżo zdobytą pozycję wciąż poddawał w wątpliwość, raz po raz przeliczając majątek na liczbę rodzin, które mógłby wydźwignąć z nędzy. Tutaj również słyszymy, że dorobił się na wojnie, ale zostaje to pokazane tak, by nie pozostawić najmniejszych złudzeń: w wojnie nie chodzi o męstwo, poświęcenie ani heroizm, ona jest po prostu wielką machiną transakcji handlowych. I w gruncie rzeczy dzisiaj brzmi to prawdziwie. Nie jako klisza, ale jako przełożenie na język teatru globalnej mowy, w której dziś opisuje się wojnę w Ukrainie na poziomie europejskich władz: wszystko sprowadza się do dostaw, finansowania, przepływu kapitału. Ktoś wydaje, ale i ktoś przecież zarabia na tych wszystkich dronach, samolotach, pociskach, Patriotach i innych. I nie ma innego wyjścia.
W tej interpretacji jest kilka scen naprawdę udanych. Szczególnie finał pierwszego aktu, kiedy upokorzony przez Izabelę Wokulski zaczyna na oślep smagać scenę bukietem czerwonych róż: to obraz niezwykle plastyczny, autentycznie piękny. Zresztą podobnych momentów o znacznej sile wizualnej pojawia się tu więcej. Betonowa scenografia (Justyna Elminowska), przywodząca na myśl przestrzeń sąsiadującego z Dramatycznym Muzeum Sztuki Nowoczesnej, w którym znajduje się między innymi wspomniana już instalacja z włosów – widok, który naprawdę potrafi wywołać dreszcze. Również eksponaty wystawiane przez Wokulskiego – czaszki pokryte przetapianym srebrem, bo „srebra się dzisiaj nie trzyma, ale się nim handluje” – dobitnie wykładają sens tego przedstawienia. Czaszki u Damiena Hirsta, brytyjskiego artysty, który z kości ludzkiej głowy uczynił efektowne i kosztowne widowisko, pokazywały, że wszystko, nawet śmierć, da się przerobić na towar. Tu możemy zauważyć, że są kwestie, w których nawet uprzywilejowana pozycja wynikająca z odpowiedniego urodzenia traci znaczenie. A może nawet coś więcej: że wojna jest zjawiskiem, które przynajmniej chwilowo i w sytuacjach frontowych znosi ustalone porządki – a ktoś dostatecznie sprytny potrafi wyciągnąć z niej ekonomiczne korzyści. U Prusa Wokulski raz po raz to podkreśla, przypominając, że widział elity tego kraju w warunkach, których ci, co wojny nie doświadczyli, nie są sobie nawet w stanie wyobrazić. To właśnie należy zaliczyć do mocniejszych stron spektaklu Iłynczyka: wyraźne zaakcentowanie tego, że porządki klasowe są kruche, a sytuacja wojny albo katastrofy może być momentem ich przetasowania. Na scenie Dramatycznego wojna pokazana jest wyraźnie także jako droga awansu klasowego – tu kłania nam się sytuacja obecnej wojennej rosji, w której nie jedna rodzina handluje armatnim mięsem dla zdobycia państwowej zapomogi – za poległego na froncie lub odniesione ran rosja wypłaca miliony rubli odszkodowania.
Litera Lalki zostaje w dużej mierze zachowana, ale twórcy zdecydowali się na dopisanie kilku wątków. Co prawda marszałek i książę noszą tu maski i chcą rozmawiać wyłącznie o interesach, ale partneruje im postać Weroniki (Agata Różycka), służącej reprezentującej stary-nowy porządek, w którym kobieta ma dobrze wyglądać i nic nie wiedzieć, ale za to może robić miny i grać ten spektakl posłuszeństwa świadomie ironicznie. Rola Różyckiej jest zresztą świetna, z pewnością jedna z najlepszych w tym spektaklu. To odpowiedniczka powieściowej dziewczyny, którą Wokulski otoczył opieką i odesłał do Magdalenek. U Iłynczyka jednak nie chce zostać szwaczką ani nie zamierza pokornie trzymać się blisko Wokulskiego tylko po to, by zapewnić sobie dach nad głową i skrawek własnej przestrzeni. Ona chce tańczyć. A kiedy wreszcie tańczy na scenie, a Wokulski – podrygując w miejscu i śmiejąc się, zupełnie do siebie niepodobny – zaczyna jej wtórować, dostajemy jedną z tych scen-perełek w całym przedstawieniu. To jeden z tych momentów, które trudno jednoznacznie zinterpretować, ale które działają natychmiast: wizualnie, rytmicznie, niemal wbrew samej narracji, wytrącając widza z toku opowieści.
zrzut_ekranu_2026-04-15_095433.png

No właśnie, tylko z jakiej opowieści? Żeby to uporządkować: w spektaklu pojawia się również Widmo, grane przez Małgorzatę Niemirską, będące powidokiem babki reżysera, której egzemplarz Lalki znalazł kiedyś w szufladzie. Postać ta powraca co jakiś czas: raz komentuje, że Izabela jest „nie taka” i że scenę należałoby zagrać inaczej, innym razem z nostalgią opowiada o własnym życiu, czasem zaś przywołuje wydarzenia, które z perspektywy czasu, w którym rozgrywa się akcja Lalki mają dopiero nadejść. Czas w tym przedstawieniu wyraźnie się więc zagina i wszystko wskazuje na to, że znajdujemy się już „po” świecie, w którym Wokulski wzdychał do Izabeli Łęckiej. Podpowiada to nie tylko wspomniany na scenie xenofeminizm, którego manifest ogłoszono przecież dopiero w 2015 roku. Widz może więc zasadnie pytać: po co Iłynczykowi Lalka? W rozmowie z Witoldem Mrozkiem z „Gazety Wyborczej” reżyser mówił: „Czuję się trochę jak ten Wokulski, który trafia na wygnanie, potem wraca, i nikt tego dawnego powstańca nie przyjmuje”. Iłynczyk, urodzony w Białorusi, w 2011 roku opuścił kraj po zatrzymaniu w trakcie milczących protestów. Studiował w Rosji, a w 2021 roku wyjechał do Polski. Ma polskie korzenie, a jego rodzina miała polskie obywatelstwo do 1939 roku, on sam niedawno otrzymał paszport. W cytowanej rozmowie dodawał, że Lalka jest dla niego opowieścią „o rzeczywistości politycznej pod rosyjskim zaborem” – rzeczywistości, która go przeraża, i która z pewnością, ze względu na historię rodzinną, ma dla niego osobisty wymiar. Wydobycie politycznego krajobrazu ówczesnej Warszawy, stanowiącego w powieści tło dla rodzącego się uczucia, samo w sobie wydaje się pomysłem trafnym. Fikcja pozostaje przecież formą historycznego świadectwa, nawet wtedy, gdy świadczy przede wszystkim o fantazjach swojej epoki.
Spektakl Iłynczyka okazuje się przedsięwzięciem połowicznie udanym, i to niemal w sensie dosłownym. Pierwsza część działa dobrze: rozmowa z księciem i marszałkiem o kapitalizowaniu wojny, dywagacje o rublu tak silnym, że majątki zdobywane w innych walutach tracą znaczenie, Suzin (Mariusz Drężek) ateista w drogim futrze i z prawosławnym krzyżem na szyi, reprezentujący współczesne rosyjskie elity, mówi o „sylwestrze na Kremlu”, Wokulski przywozi do kraju nową rzeczywistość polityczną, dzięki której zmienia się jego status, i którą zamierza skapitalizować, „nie dbając o polskie majątki” – wszystko to układa się w spójną koncepcję. Iłynczyk pokazuje, w jaki sposób kierowanie się interesami ekonomicznymi zmienia kulturę, politykę, relacje i normy społeczne – jak normalizuje to, co jeszcze kilka lat wcześniej, na fali zrywu przeciwko opresji rosyjskiego zaborcy, byłoby nie do zaakceptowania. Problem zaczyna się w części drugiej. Marta Ojrzyńska wykonując do mikrofonu ASMR1, zapowiada widowisko przygotowane ku uciesze panów, mających interaktywnie decydować o dalszym biegu wydarzeń. Rozpoczyna się scena teatru w teatrze, która dotyczy sporu sądowego o plastikową lalkę między baronową Krzeszowską a Stawską. To osobliwy epizod, w którym role wykonują obok siebie arystokratki i Weronika – w pierwszej części odgrywająca służącą, w tej staje się Helusią, przypominającą baronowej zmarłą córkę. Scena dłuży się, a widz zastanawia, w jakich okolicznościach to dziwne widowisko i spotkanie mogłoby dojść do skutku. Jeśli reżyser chciał pokazać, że stosunki klasowe to tak naprawdę jeden wielki teatr, to wielka szkoda, że scena mająca to pokazać wyszła tak topornie, chaotycznie i nieciekawie.
Wreszcie, w końcowej scenie, Wokulski dosiada figury konia i porównuje się do Don Kichota – to wszystko sprawia, że świat zbudowany wcześniej po prostu się rozpada. Widz nagle przypomina sobie, że jednak wrócił do Lalki: do opowieści o upokorzeniu przez elity, do Wokulskiego rozbrojonego, pozbawionego całej wcześniejszej cwaniakowatości. Na tym tle bledną nawet gesty potencjalnie mocne, choćby odtworzenie fragmentu Romea i Julii Prokofiewa z komunikatem na prompterze, że jeśli ktoś nie życzy sobie obcować z kulturą agresora, może opuścić salę. Druga część spektaklu, szczęśliwie trwająca już niespełna godzinę, okazuje się teatrem słabym, niespójnym, chaotycznym i jakby z premedytacją rozpraszającym cały potencjał, który zdołały zbudować pierwsze dwie godziny.
Bo sam pomysł na Lalkę jako opowieść o Europie, w której testuje się katastrofę, jaką było – i mogłoby być – życie pod rosyjską flagą, z rosyjskimi obyczajami, walutą, językiem i elitami łaknącymi rosyjskiego spojrzenia, jest pomysłem interesującym w obliczu obecnej sytuacji geopolitycznej. Mikita Iłynczyk zarówno w bardzo dobrym Pigmalionie na motywach Bernarda Shawa w Teatrze Polskim w Poznaniu, jak i w słabo wyreżyserowanym przez Piotra Pacześniaka, ale nadal świetnym dramaturgicznie 2049: Witaj, Abdo z Teatru Studio w Warszawie, pokazał, że w pisaniu scenariuszy przyszłości odnajduje się znakomicie. Ma słuch polityczny, nie okazuje litości ani bohaterowi, ani widzowi, nie potrzebuje postaci przyjemnych i nie musi prowadzić ich ku dobremu zakończeniu. Dziewiętnastowieczną powieść, która właśnie przeżywa szczyt swojego drugiego życia, także potraktował z tego klucza. Kasandryczna wymowa, marionetkowość postaci reprezentujących elity, konsekwentne ustawienie się w sprzeciwie wobec właściwie wszystkich postaw, a w końcu zamiana Lalki z historii o niepokojącej, toksycznej miłości w opowieść o Europie, kulturze europejskiej, tak chętnie dziś poddawanej w teatrze krytyce – to wszystko mogłoby na scenie Teatru Dramatycznego naprawdę błyszczeć. Ostatecznie jednak twórcy sami pogubili się w liczbie wątków, które postanowili zaproponować widzowi. I dlatego z tej Lalki zostaje nie wrażenie obcowania ze spełnioną artystycznie całością, lecz potencjałem, który na początku był wyraźny, a później uległ rozproszeniu. Gdy ktoś pyta mnie o Lalkę odpowiadam: idź, ale wyjdź po pierwszej części, zobaczysz całkiem niezły spektakl.
- 1. Potoczna nazwa na bodźce wywołujące uczucie przyjemności, w tym kontekście chodzi o bodźce dźwiękowe (szept, delikatne stukanie). ASMR jest skrótem od „autonomous sensory meridian response”. Przyp. red.

