fotorewolwer

Ten pluszak jest różowy. Cień nie jest tak bardzo czarny. Jeden i drugi leżą na soczyście zielonej trawie. Taki duży cień, taki mały miś.

Będzie rozpacz nad stratą? Wróć! Miś nie został zgubiony! Miś wyprawił się w daleką podróż. Zwiedza obce kraje i przeżywa fantastyczne przygody. Opowieści o nich zapełnią niejedną przedsenną chwilę. W czarnobiałych pokojach, po ścianach snuć się będą cienie latarni i reflektorów przejeżdżających aut. Miś będzie nurzać się w technikolorze marzeń fazy REM: szczęśliwy, pędzący na przód, dookoła świata.

Wejście do tego budynku jest niczym portal. Przenosi do czasów bardzo dawno minionych, trudnych do rozpoznania dzisiaj na ulicach miasta. W tym gmachu wiją się schody, zwieszają żyrandole, podłoga nosi ślady ociężałego szurania, rozpaczliwych biegów, przytupów z radości. Szumiały na niej suknie, prężyły się gamasze.

Chciałam przysiąść i nasiąkać tą atmosferą. Spojrzałam w kierunku ustronnej ławeczki.
Usiąść, czy nie usiąść?
Jeśli usiąść, to bliżej lewej, czy prawej strony?
Bliżej mi do stronnictwa parasoli?
Może powinnam trzymać się ekipy ze skrzyneczki?

Lux

Być albo nie być – w stadzie.
Stawiam pytanie o potrzebę przynależności.
Bycie takim samym jak inni, pozwala czuć się bezpiecznie.
Jednak niepowtarzalność również kusi.
Kogo stać na taki luksus?

„To jest zepsute zdjęcie. Zdjęcie, na którym nic nie widać.” – pomyślałam, patrząc w wyświetlacz komórki. Chciałam uchwycić potęgę natury ścierającą się z potęgą myśli. Jest tutaj koło – mocarna ponadludzka siła, która pozwala nam żyć. Jest prostokąt – dowód istnienia myśli konstruktorskiej człowieka. Drzewa, polana i ludzie mają poświadczać, że świat składa się z kształtów, a nawet brył. W takim układzie trwa harmonia niedzielnego popołudnia. A co uchwyciłam?

Wchodzę do urzędu miasta, wydziału rejestrującego zmiany w życiu uczestniczki życia obywatelskiego. Pusto, cicho, ascetycznie. Z mojej prawej wiją się schody na pierwsze piętro, z lewej – siedzą państwo kierujący ruchem, jeśli ktoś się zjawia. Na wprost papier listowy do komunikacji z organami. Uderza mnie prostota i schematyczność. Moje życie zamyka się w tych trzech przegródkach? Po lewej, po prawej i na wprost? Smutno mi się zrobiło i sztywno w kręgosłupie.

Zimno, szaro, choć majowo. Przeskakuję przez kałuże na mniej uczęszczanej alejce Ogrodu Saskiego. Patrzę: śmieszy pies z uszami, mokrymi jak moje. Widzę: Maria siedzi na cokole.

Nie przyszłam tu przypadkowo. Hanna Ożogowska w Głowie na tranzystorach, którą czytam teraz z córką, wspomina akcję dwutygodnika„Płomyczek” z 1966 roku. Dzieci w całej Polsce oddawały skrzętnie składane złotówki i grosiki, by Maria Konopnicka miała, godną wagi sierotki Marysi dla wielopokoleniowej wyobraźni dziecięcej, oprawę. Zaglądam do „Płomyczka”(nr 10/1966):

Szłam do księgarni w zakątku Bullerbyn przez podwórko Niewinnych czarodziei. Pod blokiem Tadeusza Konwickiego dotarł do mnie dialog dwóch mężczyzn:
– Dobrze, że pana widzę. Jak pan sądzi: zostawić ten trzepak? Nie wiem… Dla dzieciaków chciałem, jeśli w ogóle...

Nie słyszałam dalszego ciągu rozmowy. Ale otoczył mnie wewnętrzny blask wspomnień i zelektryzowała nostalgia za czasem, kiedy granice mojego świata były dogmatyczne: pod blok, za blok i nad fontannę. Trzepaku!

  •