zrzut_ekranu_2025-11-28_145019.png

Polityczność histerii, czyli lato głodnych kobiet
Przełom lipca i sierpnia 1981 roku to w polskiej historii społecznej moment silnego poruszenia. W kilkunastu miastach i miasteczkach miały wówczas miejsce protesty, będące reakcją obywateli na alarmujące braki zaopatrzenia w sklepach. Aby podkreślić dramatyzm sytuacji, koordynujący akcję związkowcy Solidarności określili protesty mianem Marszów Głodowych. Pierwszy z nich odbył się w Kutnie 25 lipca 1981 roku, a następny kilka dni później w Łodzi ‒ i to właśnie on okazał się być największym masowym protestem w Polsce po sierpniu 1980 roku, gromadząc według szacunków ponad czterdzieści tysięcy osób. Co do tego doprowadziło?
Najogólniej mówiąc był to skutek niewydolności gospodarki centralnie planowanej, która od końca lat siedemdziesiątych znajdowała się w najgłębszym kryzysie w swojej historii. A przyglądając się bardziej szczegółowo ówczesnej sytuacji, można wyróżnić kilka punktów zapalnych, które doprowadziły do nasilenia społecznego wzburzenia. 28 lutego 1981 roku Rada Ministrów wprowadziła uchwałę dotyczącą reglamentacji mięsa i jego przetworów, która dodatkowo drobiazgowo określała ilość przysługującą przedstawicielom różnych grup zawodowych. Była to odpowiedź władz na jedenasty postulat strajkujących w Stoczni Gdańskiej w Sierpniu 1980 roku, który brzmiał: „Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku”. W kolejnych miesiącach reglamentację rozszerzono na kolejne produkty spożywcze takie jak masło, mąkę, produkty zbożowe czy ryż. Niestety, system kartkowy nie mógł zamortyzować ogromnych niedoborów na rynku, które uniemożliwiały zrealizowanie należnych przydziałów. Kroplą, która przelała czarę społecznego gniewu, była decyzja rządu z 23 lipca o zmniejszeniu kartkowych przydziałów przy jednoczesnej podwyżce cen żywności. Dwa dni później, w Kutnie, miał miejsce pierwszy Marsz Głodowy, a w następnym tygodniu czterdziestotysięczny tłum zajął ulicę Piotrkowską.
Większość źródeł dotyczących genezy marszów głodowych pomija jednak bardzo znaczący (zwłaszcza w kontekście wydarzeń w Łodzi) szczegół. Obok mitycznego już mięsa, w czerwcu 1981 roku reglamentacją zostało objęte mleko dla niemowląt. Dlaczego to takie ważne?
BEBIKO NA KARTKI
W 1970 roku dziewięć na dziesięć matek dokarmiało niemowlę w pierwszych sześciu miesiącach życia sztucznym pokarmem1, a dziesięć lat później tylko co czwarte dziecko w okresie trzech miesięcy po urodzeniu było karmione wyłącznie piersią. W obliczu wyżu demograficznego lat siedemdziesiątych, kiedy kobiety rodziły średnio siedemset tysięcy dzieci rocznie, oznacza to, że ponad pół miliona z nich było dokarmianych lub karmionych całkowicie pokarmem sztucznym2.
Przyczyny rozpowszechnienia stosowania mleka w proszku są złożone. Pośrednio doprowadziła do tego medykalizacja porodu, skutkująca oddzieleniem noworodka od matki oraz ingerencja lekarzy w metody karmienia. Według ich zaleceń miało się ono odbywać w ściśle określonych porach (z obowiązkową przerwą nocną!), co zupełnie nie uwzględniało potrzeb matki i dziecka. Doprowadziło to do tego, że większość kobiet nie była w stanie utrzymać pokarmu dłużej niż trzy miesiące. Medykalizacja metod karmienia była pokłosiem trendów zapoczątkowanych przez amerykańską medycynę, popularyzującą od drugiej połowy dziewiętnastego wieku pogląd, iż śmiertelność wśród dzieci karmionych sztucznie jest niższa niż tych karmionych naturalnie. W USA lat siedemdziesiątych już osiemdziesiąt procent noworodków, od drugiego miesiąca życia, było karmionych wyłącznie sztucznie.3
W Polsce wydawnictwa Instytutu Matki i Dziecka, choć nadal zachęcały do karmienia piersią, podkreślały konieczność wprowadzenia pokarmu sztucznego na dalszym etapie rozwoju. Broszura Odżywianie i pielęgnowanie niemowlęcia w I półroczu życia z 1978 roku przypomina swoim czytelniczkom:
Matko, pamiętaj! Twój pokarm, jako wyłączne pożywienie, jest nieodzowny dla niemowlęcia w pierwszych miesiącach życia, natomiast dla niemowlęcia starszego, powyżej trzech miesięcy, jest już pokarmem niewystarczającym.4
W celu uzupełnienia naturalnego pokarmu stosowano domowe mieszanki z mleka krowiego lub, dostępne na rynku od lat siedemdziesiątych, witaminizowane mleka w proszku: Rizomalt, Laktowit, a od początku lat osiemdziesiątych również mleka modyfikowane, jak Bebiko5. Decyzja, aby objąć reglamentacją tak kluczowy dla kobiet karmiących produkt, podobnie jak niewystarczająca liczba miejsc w żłobkach6, obnażała fasadowość prorodzinnej i pronatalistycznej polityki państwa lat siedemdziesiątych oraz ujawniała silną zależność, jaka istniała pomiędzy sytuacją gospodarczą i ekonomiczną kraju a zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Echa tej decyzji najmocniej wybrzmiały 30 lipca w Łodzi.
MARSZ KOBIET
Decyzję o podjęciu działania w odpowiedzi na pogarszającą się sytuację bytową, łódzka Solidarność podjęła już 15 lipca. Pomysłodawczynią i liderką protestu była przewodnicząca zespołu do spraw socjalno-bytowych Janina Kończak ‒ trzydziestoletnia robotnica „Stomilu” i matka trójki dzieci. Marsz, zaplanowany na czwartek 30 lipca, poprzedziła akcja propagandy obywatelskiej: w dniach 27-29 lipca ulicą Piotrkowską (a więc pod oknami urzędu miasta!) codziennie przejeżdżało ponad sto pojazdów z transparentami, sygnałami świetlnymi i dźwiękowymi, informując o planowanym proteście oraz zachęcając mieszkanki Łodzi do dołączenia. Marsz 30 lipca 1981 roku rozpoczął się o godzinie czternastej na placu Katedralnym i został otwarty przemówieniami biskupa Józefa Rozwadowskiego oraz Andrzeja Słowika, przewodniczącego Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej NSZZ „Solidarność”. Kolejne wystąpienia odbyły się pod urzędem miasta przy Piotrkowskiej 104, gdzie ponownie zabrał głos Słowik, ale tym razem także Janina Kończak – jedyna kobieta przemawiająca w oficjalnej części marszu. Następnie protest przemieścił się na plac Wolności, gdzie wystąpieniami związkowców zakończono całe wydarzenie. Warto podkreślić, że władze miasta wydały zgodę na przemarsz ustaloną trasą, zablokowano jednak przejście aleją Kościuszki, gdzie mieścił się miejski komitet PZPR. Protest był zabezpieczany przez związkowe służby porządkowe, nie doszło do interwencji milicji ani ZOMO.
Marsz Głodowy w Łodzi okazał się być najliczniejszym ze wszystkich w serii wystąpień lata 1981, co więcej ‒ był to największy masowy protest w Polsce po Sierpniu 1980 roku. Według szacunków zgromadził od czterdziestu do stu tysięcy osób, a zdecydowaną większość z nich stanowiły kobiety, dlatego do zbiorowej pamięci mieszkanek Łodzi przeszedł jako Marsz Kobiet. Jak podaje wirtualna Encyklopedia Solidarności, w intencji organizatorów udział kobiet w wydarzeniu miał spełniać dwie funkcje: minimalizować ryzyko agresji ze strony służb oraz podkreślić dramatyzm sytuacji i moralny wymiar kryzysu: Matka-Polka musi walczyć o byt dla dziecka7.
Figura Matki-Polki była bowiem najważniejszą strukturą narracyjną, na której został oparty wizualny i werbalny język protestu, co wiernie oddaje obszerna relacja fotograficzna Tomasza Tomaszewskiego dostępna w archiwum Ośrodka KARTA8. Na zdjęciach widać postacie kobiece w różnym wieku: zarówno młode matki, które przyszły na marsz z dziećmi w wózkach, jak i starsze kobiety. Silne poruszenie oraz poczucie międzypokoleniowej, kobiecej solidarności, wynikającej ze wspólnoty doświadczeń, daje się odczytać z tego zbiorowego portretu. Kadry Tomaszewskiego z pewnością nie są przypadkowe, dokonał on wyjątkowego, reporterskiego zapisu emocji ludzi obecnych na ulicach Łodzi 30 lipca.
Jedno z najbardziej widowiskowych zdjęć przedstawia młodą kobietę z niemowlakiem na rękach, idącą na czele marszu przed głównym transparentem z hasłem „Kobiety Zarządu Regionalnego też są głodne”. Na innym zdjęciu grupka kilkuletnich chłopców trzyma baner: „Ludożercy nie zjadajcie małych, głodnych dzieci!”, na jeszcze innym transparencie widnieje napis: „Dziecko syte to dziecko zdrowe”. Wśród protestujących pojawiały się jednak również bardziej prowokacyjne hasła, bezpośrednio punktujące nieudolną politykę gospodarczą władz PRL: „Czy głodne dzieci to cel socjalizmu?”, „36 lat dobrobytu, dziecko polskie” uzupełnione rysunkiem wychudzonego niemowlaka, a także parafraza słynnego cytatu z Manifestu Komunistycznego: „Głodni wszyscy krajów, łączcie się!”. Jasne jest więc, że obok kobiet, na pierwszy plan – zarówno w sferze narracji, jak i widzialnej reprezentacji ‒ były wysuwane dzieci, stanowiące konstytutywny element figury Matki-Polki.
Pragmatyczne tłumaczenie feminizacji marszu celowym działaniem organizatorów (w domyśle: mężczyzn z Solidarności, chcących figurami matek rozbroić potencjalną agresję milicji), uważam za spłycające oraz odbierające sprawczość i podmiotowość polityczną protestującym kobietom. Marsz Głodowy jest częścią długiej historii strajków robotnic, które po dekadach zawłaszczania przestrzeni przez zmaskulinizowaną opowieść, doczekały się w końcu badań na swój temat. Uwzględnienie perspektywy genderowej umożliwia zrekonstruowanie i zniuansowanie motywacji robotnic oraz przedstawienie ich pozycji w miejscu pracy, jak i szerzej, w społeczeństwie.
BUDOWANIE SFEMINIZOWANEJ POLSKI LUDOWEJ
Ciekawych rozpoznań na temat zagadnienia polityczności histerii dostarcza praca Padraica Kenneya o konfliktach oraz strajkach klasy robotniczej w powojennej Łodzi i Wrocławiu9. Choć jego szczegółowa analiza obejmuje lata 1945-1950, wysuwane przez niego diagnozy stają się cennym narzędziem interpretacyjnym także w przypadku badań nad okresem późnej PRL. Kenney problematyzuje kwestię strajków robotnic, podkreślając, że były one motywowane innymi czynnikami niż protesty mężczyzn, a także dogłębnie eksploruje relacje zachodzące pomiędzy miejscem pracy a domem, sferą publiczną i prywatną. Robotnicza Łódź była bowiem miastem pełnym napięć społecznych, podziałów klasowych, etnicznych oraz płciowych.
Przyczyną tych ostatnich była postępująca od początku wojny feminizacja miasta oraz zakładów pracy: w drugiej połowie lat czterdziestych kobiety stanowiły połowę siły roboczej w całej Łodzi, a w sektorze włókienniczym aż siedemdziesiąt procent10 (po 1950 roku ta tendencja wzrastała). I choć analogiczne procesy zachodziły równocześnie w innych miastach, skala feminizacji robotniczej stolicy Polski wyróżniała się na tle reszty kraju, gdzie liczba zatrudnionych kobiet nie przekraczała wówczas dwudziestu pięciu procent. Nie pozostało to bez wpływu na sferę obyczajową i symboliczną: masowa aktywizacja zawodowa kobiet wymusiła redefinicję ról płciowych w sprzężonych ze sobą obszarach fabryki i rodziny.
Przedwojenna robotnicza kultura pracy, która, jak dowodzi Kenney, była dla mężczyzn-robotników głównym budulcem tożsamości, opierała się na hierarchii płci oraz zawodów, spośród których najwyżej cenione były stanowiska wykwalifikowanych robotników w przemyśle ciężkim (zajmowane wyłącznie przez mężczyzn). Włókiennictwo było więc przez „metalowców” dyskredytowane podwójnie: nie tylko jako sektor „lekki”, ale przede wszystkim jako ten zdominowany przez kobiety, a więc pozbawiony robotniczego (w domyśle: męskiego) rodowodu. Jednak pomimo prób umniejszania i pomijania znaczenia udziału robotnic w walkach ruchu robotniczego oraz „niezależnie od pretensji, wyrażanych przez mężczyzn, kobiety zaczynały mówić w imieniu całej Łodzi”11, a robiły to wykorzystując język buntu.
Największy protest, mający miejsce w okresie badanym przez Kenneya, był strajkiem sfeminizowanym: w maju 1946 roku dwadzieścia pięć tysięcy robotnic z kilkudziesięciu fabryk włókienniczych w Łodzi solidarnie wstrzymało się od wykonywania pracy. Jego bezpośrednią przyczyną była zmiana systemu płacowego z dwutygodniowego na miesięczny: pensje miały być wypłacane raz w miesiącu, aby ułatwić księgowość. Działało to jednak na niekorzyść robotnic, odpowiedzialnych za planowanie wydatków i zaopatrywanie gospodarstw domowych. W okresie powojennego niedoboru system miesięczny sprawiłby, że w momencie otrzymywania pensji robotnica nie byłaby w stanie zrealizować zakupów, bo towaru po prostu by już nie było. Trwający ponad dwa tygodnie, masowy (według Kenneya „niemal generalny”) strajk robotnic odniósł zwycięstwo: administracje fabryk powróciły do dwutygodniowego systemu wypłat. Herstoria zatoczyła koło, kiedy dwadzieścia pięć lat później stanęły zakłady produkcyjne w Łodzi, a ponad czterdzieści tysięcy robotnic odmówiło wykonywania pracy, żądając podwyższenia standardu życia. Wydarzenia z lutego 1971 roku w zbiorowej świadomości zapisały się jako „Strajk włókniarek”. Jak doszło do tego, że polityczna sprawczość robotnic została dostrzeżona przez dominujący dyskurs?
zrzut_ekranu_2025-11-28_145039.png

EKSPLOZJA HISTERII
Po demonstracjach na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku oraz strajku okupacyjnym Stoczni Szczecińskiej na przełomie grudnia i stycznia, luty w Łodzi stanowił trzeci epizod serii protestów robotniczych będących reakcją na przedświąteczną podwyżkę cen żywności i opału, a także sprzeciwem wobec brutalnego tłumienia tych wystąpień przez władze. Co więcej, w samej Łodzi, w styczniu 1971 roku wprowadzono dodatkowo obniżkę wynagrodzeń12. Średnia krajowa pensja plasowała się wówczas na poziomie 2235 złotych, nie wiemy, ile wynosiły zarobki robotników poszczególnych gałęzi gospodarki. Jednak dostępne dane przekrojowe o wysokości pensji ze względu na sektor z lat pięćdziesiątych oraz sześćdziesiątych pokazują, że robotnicy przemysłu ciężkiego, w zależności od stopnia kwalifikacji i branży, mogli zarabiać nawet półtora raza więcej od średniej krajowej13. Uzasadnione jest więc przypuszczenie, że na początku lat siedemdziesiątych, analogicznie do wcześniejszych dekad, wynagrodzenie metalowców było wyższe od przeciętnego.
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja sfeminizowanego, niedocenianego przez państwo, sektora przemysłu lekkiego. Pensja robotnic, wśród których dominowały włókniarki, była niższa od średniej krajowej (1994 zł w 1969 roku) o 448 złotych (!)14. Styczniowa obniżka tych i tak już niskich pensji, dotknęła dziewięćdziesięciu tysięcy łódzkich włókniarek oraz tysiące robotnic z innych sektorów. Stopień aktywizacji zawodowej w Łodzi wynosił wówczas osiemdziesiąt siedem procent i był najwyższy w kraju: w ogólnej liczbie 413 tysięcy osób pracujących w sektorach gospodarki było 204 tysiące kobiet, a w przemyśle lekkim (włókienniczym) zatrudniającym 130 tysięcy osób, kobiety stanowiły siedemdziesiąt procent załogi15. I to właśnie one były głównymi bohaterkami lutowego strajku.
10 lutego robotnice słynnej fabryki Marchlewskiego przerwały pracę w odpowiedzi na obniżkę styczniowych wynagrodzeń. W ciągu następnego tygodnia przyłączyło się do nich 55 tysięcy osób z kilkudziesięciu łódzkich zakładów, spośród których osiemdziesiąt procent stanowiły kobiety. Momentami przełomowymi były wizyty dwóch delegacji partyjnych: 12 lutego ze strajkującymi spotkali się wicepremier Józef Mitręga oraz minister przemysłu lekkiego Tadeusz Kunicki, a w wyniku niepowodzenia ich interwencji, 14 lutego do Łodzi przybył premier Piotr Jaroszewicz. Kluczowa dla dynamiki protestu była decyzja robotnic, które odmówiły wyłonienia komitetu strajkowego, żądając bezpośredniego spotkania z przedstawicielami władzy. Zgromadzone w zakładowej świetlicy strajkujące zagłuszały przemówienia dygnitarzy i jawnie z nich drwiły. To wtedy doszło do słynnej wymiany zdań o niskiej cenie rajstop wychwalanej przez Kunickiego, na co jedna z robotnic odpowiedziała: „Proszę pana, czy ja swemu dziecku rajtuzy w usta wsadzę i będzie je ciągnęło jak gumę do żucia?”16. Z kolei podczas wizyty premiera nie dopuszczono go do głosu, robotnice wygłaszały własne przemówienia, w których opowiadały, jakim wyzwaniem jest zrobienie zakupów. Jedno z nich przytacza Marta Madejska:
Proszę panów, drżę ze strachu, chcę wrócić spokojnie do domu, do dzieci. Jest jednak wiele spraw do załatwienia. […] Wezmę sto złotych do rzeźnika, kupię pół kilo mięsa, kaszanki i pieniędzy nie ma [zaczyna płakać, płacze szereg robotnic na sali].17
Podczas spotkania z premierem doszło również do przejmującej sceny, o której opowiedziała Iwona Smurzyńska, jedna z uczestniczek wydarzenia:
To spotkanie z Jaroszewiczem to było tragiczne. Dlatego, że tuż przy scenie usiadły na podłodze kobiety ze swoimi śniadaniami, i kiedy Jaroszewicz zaczął mówić to one wyciągnęły wszystkie te śniadania, rozwinęły papier i pokazały co one jedzą. Wyciągały swoje kanapki obłożone pasztetową, kaszanką, jakimiś salcesonami. Kładły na tych swoich papierach i mówiły, że jeśli mają ochotę to niech się częstują.18
Wiele lat później Józef Tejchma, członek delegacji partyjnej, podsumował konfrontację z rzeczywistością robotnic słowami: „Kobiety miały argumenty, fakty, swoje przeżycia, swoje sytuacje, a my ‒ premier, mieliśmy tylko obietnice”19. Dzień później, 15 lutego 1971 roku, został nadany komunikat o wprowadzeniu z dniem 1 marca obniżki cen do poziomu sprzed grudnia 1970 roku. W wywiadzie-rzece udzielonym na początku lat dziewięćdziesiątych, Piotr Jaroszewicz argumentował tę decyzję następująco: „Zrozumiałem, że albo trzeba podnieść włókniarkom płace, ale taki wariant pociągnąłby za sobą lawinę roszczeń płacowych, albo czym prędzej zrezygnować z podwyżki cen wprowadzonej w grudniu”20. Po osiągnięciu głównego postulatu strajkujące fabryki powróciły do pracy 16 lutego.
Badacz łódzkich strajków Krzysztof Lesiakowski zauważa, że w szerszym ujęciu sukcesowi lutowych protestów sprzyjała napięta atmosfera społeczna po Grudniu 1970 oraz zachodzące wówczas zmiany polityczne w kierownictwie PZPR, które nie mogło pozwolić sobie na dopuszczenie do kolejnej fali protestów. Jednocześnie nie należy zapominać o kontekstach lokalnym oraz genderowym, w których osadzone były działania robotnic. Strajk włókniarek nie był jedynie echem wydarzeń na Wybrzeżu, lecz autonomicznym ruchem posiadającym własną strategię oraz postulaty. Kobiety domagały się poprawy warunków pracy, modernizacji fabryk i wymiany maszyn na nowsze, zwracając tym samym uwagę na szkodzące ich zdrowiu hałas oraz wilgoć hal produkcyjnych. Wśród żądań włókniarek z Marchlewskiego znajdował się także, na pozór błahy, postulat wprowadzenia przerwy śniadaniowej (który został osiągnięty). Lesiakowski wspomina również, że obok podwyżki płac apelowano o „sprawiedliwe wyliczanie wynagrodzenia za urlop”21. Nie dodaje jednak, że chodziło o urlop macierzyński. Jak pisze Barbara Klich-Kluczewska:
[M]atka-robotnica była w nieco gorszej sytuacji w porównaniu do matki-urzędniczki czy nauczycielki. Pracownicy umysłowej przysługiwało bowiem pełne wynagrodzenie w wypadku choroby i urlopu macierzyńskiego, a pracownica fizyczna w takiej samej sytuacji otrzymywała tylko trzy czwarte wypłaty. Takie zróżnicowanie zasiłków utrzymywano do lat siedemdziesiątych.22
Przypomnijmy, że pensja włókniarek była wtedy o 450 złotych niższa od średniej krajowej. Strajk włókniarek z 1971 roku należy rozpatrywać w kategorii strajku kobiecego i silnie sfeminizowanego nie tylko przez liczebną przewagę robotnic, lecz, co ważniejsze, ze względu na upłciowiony charakter wysuwanych postulatów. Dlaczego podwyżka cen żywności w większym stopniu dotykała kobiety niż mężczyzn? Odpowiedzi na to pytanie dostarczają rozpoznania Padraica Kenneya.
NACZELNE KONSUMENTKI
Kenney zwraca uwagę na kwestię tak znaturalizowaną, że aż przezroczystą: to kobiety odpowiadały za aprowizację gospodarstwa domowego, planowanie i robienie zakupów w erze powszechnego niedoboru, przygotowywanie i konserwowanie żywności tak, by się nie zmarnowała, kupowanie ubrań lub materiałów do szycia, wyprawianie dzieci do szkoły i męża do pracy, a to wszystko jeszcze zanim same wyszły na nocną zmianę do fabryki (pokazała to w 1967 roku Krystyna Gryczełowska w filmie 24 godziny Jadwigi L). Nieodpłatna praca reprodukcyjna czyniła z kobiet naczelne konsumentki „najlepiej zorientowane w gospodarczych niedoborach reżymu, a jednocześnie najbardziej zdeterminowane, by protestować, gdy zaczynało brakować środków do życia”23. To właśnie w podwójnej roli robotnicy-matki Kenney widzi źródło ogromnej przewagi kobiet w strajkach konsumenckich.
Przypomnijmy robotnice strajkujące w 1946 roku przeciwko zmianie systemu płac z dwutygodniowego na miesięczny, bo komplikowała ona planowanie wydatków. Albo wystąpienie włókniarki z 1971 roku, mówiącej między wierszami o potrójnym obciążeniu kobiet („chcę wrócić spokojnie do domu, do dzieci. Jest jednak wiele spraw [zakupy] do załatwienia”). W tym samym tonie swoje wystąpienie wygłosiła dekadę później Janina Kończak, inicjatorka Marszu Głodowego i przewodnicząca komisji Zarządu Regionalnego do spraw socjalno-bytowych. Nikła reprezentacja kobiet w historii ruchu robotniczego bierze się właśnie z faktu, iż najaktywniej uczestniczyły one w strajkach aprowizacyjnych. Te jednak w narracji o PRL są mniej cenione od politycznych demonstracji robotników, wynoszących na sztandary demokrację i wolność, a nie kaszankę i mleko dla dzieci.
Wybierając fabrykę na miejsce protestów konsumenckich, robotnice podkreślały zależności łączące sferę publiczną z prywatną oraz pracę, jaką wykonywały w obu tych obszarach24, czego najlepszym przykładem było manifestacyjne zademonstrowanie premierowi śniadań przez włókniarki. W tym miejscu warto zaznaczyć, że dla robotnic prowadzenie strajku okupacyjnego było o wiele trudniejsze logistycznie niż dla mężczyzn, ze względu na ciążące na nich obowiązki opiekuńcze. Marta Madejska przytacza relację jednej z uczestniczek strajku w lutym 1971 roku:
Siedzieliśmy po dwie zmiany. A następni znowu dwie. Nie każdy mógł. Nie było jak dzieci odebrać. To było wielkim obciążeniem, kobiety nie wytrzymywały. Bo co? Dom należał zawsze do kobiet. I dzieci. To każda ma dwie zmiany siedzieć? W końcu z jednej strony chciała każda lepszego bytu i lepszych warunków, a z drugiej strony bała się, że w domu z dziećmi coś się złego dzieje, że jej nie ma w domu, że głodne są. A jak będzie strajkować, może coś jej się stać.25
Strajkująca robotnica była więc figurą podwójnie wywrotową, ponieważ odmawiała pracy nie tylko w fabryce, ale także w domu.
POLITYCZNOŚĆ HISTERII
Kluczową w kontekście tych rozważań kategorię strajku kobiecego wprowadza Piotr Perkowski. Opisuje ona sytuację, w której faktyczne przywództwo protestu pełnią kobiety oraz, co mniej oczywiste, strajkujące definiują się głównie poprzez płeć, a także obie strony konfliktu odwołują się w swojej argumentacji do różnic płciowych. Aby zrozumieć, jak mocno język robotnic był uwikłany w obowiązujący dyskurs genderowy, należy cofnąć się do okresu planu sześcioletniego.
Realizowany w latach 1950-1955 plan miał na celu zbudowanie fundamentów socjalizmu oraz wprowadzenie uprzemysłowienia kraju na nieznaną dotąd skalę. Przyspieszonej industrializacji towarzyszyła mobilizacja zawodowa aż miliona dwustu trzydziestu tysięcy kobiet, które w okresie wdrażania planu rozpoczęły pracę w sektorze przemysłowym26. Aktywizacja zawodowa lub inaczej produktywizacja kobiet była (na poziomie deklaracji) realizacją komunistycznych postulatów o egalitarnym, także pod względem płciowym, społeczeństwie, a w wymiarze nieco bardziej pragmatycznym była bezpośrednim skutkiem powojennej feminizacji miast, zwłaszcza dużych ośrodków przemysłowych jak Łódź czy Górny Śląsk. Małgorzata Fidelis zwraca jednak uwagę na kulturowy backlash lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, będący reakcją konserwatywnego społeczeństwa na redefinicję ról płciowych spowodowaną pracą zawodową kobiet27. Nowy plan pięcioletni, obejmujący lata 1956-1960, promował powrót do tradycyjnych ról społecznych oraz esencjalistycznego postrzegania płci. Jak podsumowuje badaczka: propagandowo figurę robotnicy zastąpiła figura matki.
Przekaz ten zdecydowanie wzmocniła „dekada gierkowska”, będąca okresem intensywnego rozwoju polityki pronatalistycznej, czemu służyły między innymi świadczenia socjalne skierowane do matek oraz kobiet w ciąży. To właśnie w latach siedemdziesiątych wprowadzono – postulowane przez włókniarki ‒ równe płace podczas urlopu macierzyńskiego dla pracownic umysłowych i fizycznych, a także dni wolne w pracy na okoliczność opieki nad chorym dzieckiem (wcześniej mogły z nich korzystać jedynie pracownice biurowe). To właśnie polityka genderowa lat siedemdziesiątych mocno wybrzmiewa w hasłach Marszu Głodowego z 1981 roku.
Wspomniany przez Perkowskiego „obowiązujący dyskurs genderowy” sprowadzał się więc do konserwatywnego backlashu oraz stereotypów płciowych, wpisanych w ramę ideologiczną państwa. Po upadku planu sześcioletniego figura przodownicy pracy nie była już politycznie skuteczna, dlatego robotnice wcieliły w życie strategię wykorzystywaną jeszcze przez pierwsze sufrażystki: histerię. Jak piszą Dorota Sajewska i Dorota Sosnowska, mimo że była ona narzędziem represji wytworzonym przez dyskurs medyczny i psychoanalityczny, dla kobiet „stanowiła w istocie ukrytą formę protestu przeciw tradycyjnej kulturze patriarchalnej, a zarazem sposób na przekroczenie progu zakazu społecznego”, przez co „dziewiętnastowieczny dyskurs wokół histerii związał ideę emancypacji kobiet z podstępną symulacją”28. A jaki ma to związek z peerelowskimi robotnicami? Okazuje się, że spory, ponieważ diagnoza histerii – początkowo przypisywana jedynie kobietom, niezależnie od klasy społecznej ‒ szybko objęła swoim zasięgiem cały proletariat. Sajewska i Sosnowska interpretują to zjawisko, wpisując je w szerszy kontekst polityczny rewolucji 1917 roku, jako „negację wyłaniających się nowych sprawczych podmiotów historii – kobiet i robotników”. Robotnica, łącząca obie te tożsamości, spotyka się więc z negacją podwójną.
Strategią oporu wobec niej jest wspomniana „podstępna symulacja”. Podstępna, ponieważ protestujące robotnice, powołując się na pełnioną przez siebie rolę matek, pozornie utrwalają zastany porządek, w rzeczywistości jednak wykorzystują konserwatywny dyskurs do walki o cele własnej grupy społecznej, manifestując przy tym swoją podmiotowość polityczną. Nie zapominajmy, że obok postulatów obniżki cen (na jedzenie dla głodnych dzieci!) domagały się one poprawy warunków socjalnych w miejscu pracy, uczciwych pensji, opieki zdrowotnej. Na jednym z transparentów niesionych 30 lipca ulicami Łodzi napisano: „Kobiety Zarządu Regionalnego też są głodne!”, podkreślając aktywny udział robotnic w lokalnych strukturach Solidarności i podmiotowość polityczną kobiet nie tylko jako matek. Ale gdzie w tym wszystkim symulacja?
Histeria jako kulturowa figura kobiecego szaleństwa ‒ jak przekonują badaczki – jest nieodłącznie związana z performatywnymi praktykami cielesnymi, a te stanowią najskuteczniejsze narzędzie oporu. Zdecydowanie najdobitniejszym przykładem obrazującym zjawisko „podstępnej symulacji” jest strajk prządek w fabryce Poznańskiego z września 1947 roku, podczas którego doszło do nietypowego incydentu. Jak opisuje Kenney, w trakcie spotkania ze strajkującymi przedstawiciel władz miał popchnąć lub uderzyć jedną z robotnic, na co reakcją było jednoczesne zbiorowe omdlenie dwudziestu siedmiu kobiet.
Ten akt solidarności robotnic ‒ niezwykle performatywny! – miał poważne skutki dla dynamiki całego strajku: „wyolbrzymił cały incydent, który zaczął jawić się jako masowa przemoc”, a uwaga pozostałych obecnych na zebraniu miała zostać przekierowana na omdlałe koleżanki, pozbawiając tym samym partyjnego dygnitarza publiczności. Jednocześnie Kenney idzie w swojej interpretacji dalej, pisząc, że przez ten gest: „robotnice zademonstrowały, że w swojej fabryce mają prawo robić, co chcą, nawet jeśli tym czymś ma być leżenie bez przytomności”29.
Pobrzmiewa tutaj echo powojennych konfliktów o robotniczą kontrolę pomiędzy klasą pracującą a zarządzającą, choć podobną taktykę cielesnej okupacji przestrzeni zastosowały kilkanaście lat później włókniarki. Madejska przytacza raport milicyjny dotyczący strajku z lutego 1971 roku: „Babki mówią między sobą, że jak nie dadzą podwyżki, to nie puszczą [maszyn] i będą stały”30. Nie robotnice, nie kobiety, nawet nie jowialne baby, lecz zdrobniałe, upupione babki.
Z płciowego wymiaru histerii zdawali sobie przecież sprawę również męscy członkowie łódzkiej Solidarności, kiedy organizując Marsz Głodowy tłumaczyli jego sfeminizowany wymiar jedynie chęcią uniknięcia zbrojnej interwencji milicji i ZOMO. Uwiecznione na fotografiach zbiorowe ocieranie łez przez kobiety, ich silną gestykulację, zaciśnięte pięści, maszerowanie z niemowlakiem na rękach, uważam za gesty równie performatywne, jak zbiorowe omdlenie z 1947 roku.
Czy była to „podstępna symulacja”? Takie stwierdzenie byłoby nie tylko podważeniem intencji strajkujących kobiet, lecz przede wszystkim strywializowaniem ich trudnych bytowych doświadczeń i warunków życia, dlatego w tym kontekście nie uważam go za adekwatne. Jednak z pewnością było to świadome upolitycznienie upłciowionej histerii.
***
Pierwotna wersja tekstu powstała jako referat pod opieką merytoryczną mgr Justyny Szklarczyk, wygłoszony podczas objazdu historyczno-kulturowego IKP UW po ziemi łódzkiej (maj 2025).
- 1. Sylwia Silska Ewolucja poglądów na żywienie niemowląt w XIX i XX wieku, Poznań 2013, rozprawa doktorska, Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa s. 127.
- 2. Główny Urząd Statystyczny Departament Badań Demograficznych Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski w latach 2000-2009, Warszawa 2010, s. 4.
- 3. Silska, dz. cyt., s. 47.
- 4. Instytut Matki i Dziecka Odżywianie i pielęgnowanie niemowlęcia w I półroczu życia, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, Warszawa 1978, s.5.
- 5. Anna Koronkiewicz-Wiórek Karmienie piersią w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przepisy prawne i zalecenia służby zdrowia, CBM Edukacja.
- 6. Barbara Klich-Kluczewska, Piotr Perkowski Obiekty biopolityki? Zdrowie, reprodukcja i przemoc w: Kobiety w Polsce 1945-1989. Nowoczesność, równouprawnienie, komunizm, Universitas, Kraków 2020, s. 361.
- 7. Sebastian Pilarski Marsz głodowy w Łodzi 1981 roku, Encyklopedia Solidarności.
- 8. Kolekcja Tomasza Tomaszewskiego, Sygnatura kolekcji OK_1110.
- 9. Padraic Kenney Budowanie Polski Ludowej. Robotnicy a komuniści 1945-1950, przełożyła Anna Dzierzgowska, W.A.B., Warszawa 2015.
- 10. Kenney, dz. cyt., s. 73.
- 11. Tamże, s. 97.
- 12. Marta Madejska Aleja włókniarek, Czarne, Wołowiec 2019, s. 173
- 13. Adam Dziuba W poszukiwaniu lepszego życia. Katowickie w PRL – obszar migracji, „Przystanek historia”, 29.12.2019.
- 14. Krzysztof Lesiakowski Strajk robotników łódzkich w lutym 1971 roku, „Pamięć i Sprawiedliwość” 2002, s. 133-142.
- 15. Paweł Perzyna Strajki w mieście włókniarek w lutym 1971 roku, „Przystanek historia”, 11.02.2023.
- 16. Krzysztof Lesiakowski Bez porozumienia. Burzliwe spotkanie strajkujących włókniarzy łódzkich z premierem Piotrem Jaroszewiczem w lutym 1971 roku, „Dzieje Najnowsze”.
- 17. Madejska, dz. cyt., s. 177.
- 18. Kto pokazał tyłek Jaroszewiczowi? reż. Michał Matys, TVP 2009.
- 19. Tamże.
- 20. Piotr Jaroszewicz, Bohdan Roliński Przerywam milczenie, Wydawnictwo Fakt, Warszawa 1991, s. 171.
- 21. Lesiakowski Strajk robotników łódzkich…, dz. cyt., s. 136.
- 22. B. Klich-Kluczewska Kobieta wobec rodziny w: Kobiety w Polsce 1945-1989, dz. cyt., s. 330.
- 23. Kenney, dz. cyt., s. 98.
- 24. Tamże, s. 98.
- 25. Madejska, dz. cyt., s. 175.
- 26. Małgorzata Fidelis Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce, przeł. Maria Jaszczurowska, WAB, Warszawa 2015.
- 27. Małgorzata Fidelis Gender, historia i komunizm w: Kobiety w Polsce 1945-1989, dz. cyt., s. 43.
- 28. Dorota Sajewska, Dorota Sosnowska Wstęp: symulacje i stymulacje w: tychże Robotnik. Performanse pamięci, Instytut Teatralny, Warszawa 2017.
- 29. Kenney, dz. cyt.
- 30. Madejska, dz. cyt.

