gettyimages-2202719469.jpg

Jak państwo symulowane tłumi społeczeństwo rzeczywiste
Jeszcze dziewięć miesięcy temu wydawało się, że coś się wreszcie zmienia. Śmierć szesnastu ludzi pod gruzami niedokończonego dworca kolejowego w Nowym Sadzie – to był ten punkt graniczny, ten czarny atrament, który rozlał się na zbyt długo białym papierze publicznej obojętności. Katastrofa budowlana w Nowym Sadzie, która pochłonęła szesnaście ofiar, była tylko iskierką. Zapaliła proch, który już dawno się zbierał pod skorupą skorumpowanego państwa, w którym zamiast odpowiedzialności króluje cynizm, a refleksja to pojęcie obce. To nie był protest przeciwko jakiemuś pojedynczemu błędowi – to był bunt przeciwko systemowi, który od lat zbiera śmiertelne żniwo nieudolności i zbrodniczej obojętności. Nikt nie miał już wątpliwości: państwo, które przez lata udawało, że działa, w istocie gnije od środka. I właśnie w tej pustce, wśród ruin dworca i wobec milczenia władzy, narodził się jeden z najciekawszych i najbardziej dramatycznych ruchów obywatelskich ostatnich lat – studencki bunt.
Nie był to protest zgodny z oczekiwaniami komentatorów. Nie mieścił się w prostych narracjach. Nie chodziło wyłącznie o Aleksandara Vučicia. Chodziło o system – o tę lepką mieszaninę korupcji, klientelizmu, bezkarności i pogardy dla obywatela. To był moment, kiedy społeczne złudzenia zaczęły pękać, a w ich szczelinach pojawiło się coś na kształt nadziei. Ten moment stał się iskrą ruchu studenckiego, którego impet stopniowo się wytraca, ale który trwa niezłomnie. Jest on mozaiką gniewu i nadziei, zlepkiem sprzeczności, który przypomina bardziej dzieło awangardowego artysty niż polityczny manifest. To nie jest zwykłe „my kontra autorytarny reżym”, to walka o oddech w dusznym pomieszczeniu, gdzie każdy chce mówić, ale nikt nie jest pewien, czy go usłyszą.
To nie był tylko bunt. To była desperacka próba odzyskania przestrzeni publicznej. Próba zatrzymania nieustającego dryfu w stronę politycznej fikcji.
NOWE POKOLENIE, STARA PRZEMOC
Zaczęło się od uczelni. Uniwersytety w Belgradzie, Nowym Sadzie, Niszu na chwilę zamieniły się w prawdziwe fora, jakich w Serbii nie widziano od lat. Studenci tworzyli własne zgromadzenia, plenarki, wspólnoty decyzji – coś na kształt demokracji, której próżno szukać w zgniłych instytucjach państwowych.
To były momenty autentyzmu – tym bardziej bolesne w kraju, gdzie autentyzm jest traktowany jako zagrożenie dla porządku. To był złożony konglomerat gniewu, rozczarowania i szukania przestrzeni, w której można oddychać wolnością. Władza oczywiście zareagowała. Najpierw próbowała zignorować protesty, potem je wyśmiać, wreszcie – jak zawsze – sięgnęła po narzędzia, które zna najlepiej: przemoc i symulację.
Blokady uczelni w Belgradzie, Nowym Sadzie, Niszu, „plena” i debaty na okupowanych uniwersytetach nie są jedynie młodzieńczym kaprysem czy rytualnym biciem piany. To próby stworzenia przestrzeni, gdzie decyduje głos demokracji, a nie układy i układziki. To ćwiczenia demokracji oddolnej. Czystej jak źródło, które szybko zostało zanieczyszczone.
ĆACILAND: PODRĘCZNIK FAŁSZYWEGO PROTESTU
„Studenti 2.0”. Tak nazywała się twarz nowej strategii. Oficjalnie – grupa młodych ludzi, którym „zależy na edukacji”, nieoficjalnie, ale powszechnie, zwani ironicznie – „Ćaciland”1. W praktyce – plastikowy produkt PRu władzy, quasi-studencki twór, mający „odzyskać” przestrzeń publiczną z rąk autentycznych demonstrantów; symulakrum młodzieżowego ruchu, atrapa obywatelskości, groteskowa parodia zaangażowania. Projekt socjotechniczny: młodzież pod kontrolą, która robi wszystko, by przejąć ulice i zepchnąć prawdziwych demonstrantów do podziemia. W szeregach Ćacilandu: lokalni chuligani, kibole, ludzie powiązani ze służbami i przestępczością zorganizowaną. Ci „studenci” stają się twarzą agresji, anarchii i prowokacji, które mają rozbić wszelką społeczną solidarność. Zamiast debat – awantury. Zamiast postulatów – prowokacje. Zamiast dialogu – chaos.
Zadziałało. Kamery reżymowych mediów z lubością rejestrowały zdemolowane parki, agresję na ulicach, zamieszki „spowodowane przez radykalnych studentów”. Opinia publiczna – skutecznie manipulowana – zaczęła tracić zaufanie. Pojawiła się dobrze znana retoryka: „zagrożenie dla stabilności”, „obce wpływy”, „młodzi zmanipulowani przez siły zewnętrzne”.
student_blockade_of_belgrade_faculties_january_2025.jpg

PAŁKA, PODSŁUCH, PROPAGANDA
Drugi etap: to, co zawsze – represje. Policja na ulicach. Nie ta, która chroni obywateli, ale ta, która ma przywrócić fałszywą stabilność. Gaz łzawiący, pałki i bezprawne zatrzymania to codzienność prawdziwych protestujących, którzy zostali wypchnięci na ulice i zmuszeni do walki w terenie pełnym pułapek. Reżym nie tylko bije, ale i demoralizuje – budując atmosferę zastraszenia i chaosu, a propagandowo zamienia ruch w „zagranicznych agentów” i „wrogów narodu”. Klasyczna zagrywka autorytarnych reżymów, które zamiast dialogu wolą siać strach i nieufność.
Tych kilka miesięcy nauczyło młodych ludzi więcej o państwie niż jakakolwiek lekcja WOSu. Dowiedzieli się, że rząd nie boi się protestów – ale boi się przestrzeni, w której obywatele mogą się spotkać i mówić swobodnie.
GDZIE BYŁA OPOZYCJA?
Nieobecność opozycji – dotkliwa, wręcz zawstydzająca. Partie, które powinny stanąć po stronie młodych, grzęzły w sporach o miejsca na listach i stare urazy z czasów, gdy polityka jeszcze udawała, że coś znaczy. Władza mogła spać spokojnie.
Opozycja? Komiczna tragedia, groteskowy teatr skłóconych między sobą aktorów. Widowisko, w którym partie walczą bardziej ze sobą niż z reżymem, a protesty traktują jak okazję do partykularnych korzyści. Efekt? Ruch traci siłę, a my – nadzieję. Ta bierność opozycji nie była zaskoczeniem. Była po prostu kolejnym dowodem na to, że polityka partyjna w Serbii jest jedynie formą symulacji. Nie ma liderów, są tylko oportuniści.
Tu dochodzimy do kluczowego braku – masowości i klarownej artykulacji politycznej, która w Polsce czasów Solidarności zadziałała jak katalizator. W Polsce ruch potrafił zebrać miliony, dać im imię i jasny program, i przekształcić społeczne niezadowolenie w realną zmianę. U nas tego zabrakło – jest gniew, jest determinacja, ale nie ma spójnej strategii i silnej, wiarygodnej opozycji, która potrafiłaby wykorzystać te iskry, żeby rozpalić ogień.
ZDRADZENI PRZEZ EUROPĘ
Jeśli jednak coś boli bardziej niż przemoc władzy czy bierność opozycji, to milczenie tych, którzy deklarowali, że „Europa to wartości”. Unia Europejska – wiecznie zatroskana losem demokracji – w tej sprawie postawiła na najbezpieczniejszą kartę: nic nie powiedzieć.
Serbska diaspora próbowała przenieść protest za granicę – Berlin, Wiedeń, Bruksela, Paryż – ale apelujemy do świata, który woli nie słyszeć. Z kolei Unia Europejska? To symfonia hipokryzji i kalkulacji. Oficjalnie wspiera demokrację, ale gdy zaczyna pachnieć Bałkanami, wycofuje się po cichu, zostawiając protestujących samych. Vučić to dla Brukseli gwarant stabilności i polityki migracyjnej – a demokracja? Kto by się nią przejmował!
Bruksela nie widzi policyjnej brutalności. Nie widzi represji wobec dziennikarek i dziennikarzy. Nie widzi ruiny praworządności. Widzi „partnera”, który kontroluje granicę i daje gwarancję, że z południa nie popłynie fala uchodźców. Unia Europejska woli mieć Vučicia przy sterze – człowieka stabilności, który sprzedaje broń Ukrainie i Izraelowi, pilnuje migracji i robi za politycznego chłopca na posyłki – niż ryzykować polityczną niestabilność, która mogłaby zachwiać skomplikowaną mozaikę europejskiej gry. Vučić to ich człowiek od brudnej roboty. A studenci w Belgradzie? To nie temat na szczyty. Bo Unia Europejska z dumą wspiera wolność… o ile wolność nie przyjdzie z Bałkanów, bo kto wie, czy jutro nie musiałaby wysłać na demonstrantów swoich polityków – z uśmiechami, propozycjami kompromisowych rozwiązań i raportami o „stabilności”.
CO ZOSTAŁO?
W serbskich miastach wciąż łamie się prawo do wolności zgromadzeń, a aktywiści i dziennikarze są systematycznie zastraszani. Policja używa przemocy, a rząd wpycha kraj w coraz głębszą izolację, bo jakże inaczej utrzymać się przy władzy, jeśli nie przez tłumienie prawdy i brutalne wymuszanie posłuszeństwa?
Protesty trwają, choć wyraźnie zmęczone i podzielone, przypominają raczej przeciąganie liny niż tryumfalny marsz. Ale w tym mozolnym oporze tkwi siła – świadomość, że cudów nie będzie, że trzeba walczyć nie tylko z reżymem, ale i z własnymi słabościami oraz cynizmem świata, który mówi o wolności, ale gotów jest ją sprzedać za wygodę i geopolityczne układy. Po dziewięciu miesiącach energia protestu wyraźnie osłabła. Wielu odeszło. Zmęczeni, wyczerpani, zastraszeni. Ale coś pozostało. Nie tylko świadomość, że państwo to kłamstwo. Nie tylko przekonanie, że Europa nie przyjdzie na pomoc. Pozostała wspólnota doświadczenia – może mała, może rozproszona, ale prawdziwa. Pokolenie, które zobaczyło, czym jest polityka, kiedy zrzuca maskę. Bo to, co zbudowali studenci – choćby na chwilę – to było coś rzadkiego: wspólnota oporu. Tego nie da się odtworzyć za pomocą dekretów czy grantów. I może to właśnie jest najgroźniejsze dla władzy, która lubi mieć wszystko pod kontrolą. Dla Europy, która woli partnerów technokratycznych niż zbuntowanych idealistów. Dla tych, którzy wierzą, że wszystko da się zadekretować.
Bo młodzież, która raz wykrzyczała „dość!”, nie zapomina tak łatwo. I kiedy znów przyjdzie moment, w którym rzeczywistość pęknie – tym razem może już nie będzie można zbudować kolejnego Ćacilandu. To nie był protest o wszystko. To był protest, który pokazał, że jeszcze nie straciliśmy wszystkiego.
- 1. Określenie „Ćaciland” odnosi się do błędnej pisowni cyrylicznej słowa „uczniowie” - „ћаци“ zamiast poprawnej formy „ђаци“). Mianowicie, gdy rozpoczęły się protesty i blokady w szkołach średnich, przy wejściu do Liceum im. Jovana Jovanovicia Zmaja w Nowym Sadzie pojawiło się graffiti napisane cyrylicą: „Uczniowie do szkoły”.

