Mimikra
Natura lubi się ukrywać.
Heraklit
Daleka od bycia przykładem adaptacji, mimikra oznacza przymus, dzięki któremu organizm dokonuje rozpadu na to, co nieorganiczne. U podstaw tego tanatotropizmu leży trik polegający na zatarciu granicy między organizmem a środowiskiem, życiem i śmiercią.
Ray Brassier
Jesteś tutaj, w swoim ciele, ale z technicznego punktu widzenia można by powiedzieć, że jesteś w Indiach i w Iraku, w niebie, gdzie wywołujesz burze, i na morzu, gdzie zapędzasz wieloryby na brzeg. Może nie czujesz, żeby twoje ciało tam wszędzie było: to tak, jakbyś miał dwa odrębne ciała. Jedno indywidualne, w którym egzystujesz, jesz, śpisz i prowadzisz codzienne życie. Masz też i drugie ciało, które wywiera wpływ na to, co się dzieje w obcych krajach, i na wieloryby […] nie jest takie stałe, jak to pierwsze, lecz o wiele rozleglejsze.
Daisy Hildyard
Z tej wysokości moje ciało, unoszące się na powierzchni sadzawki u stóp stromych schodów prowadzących do kamiennego pawilonu, wydaje się bardzo małe. Zresztą byłoby małe nawet gdybym zeszła niżej, bo wszystko dookoła – sadzawka, która nie potrafi ukrywać, jak jest głęboka, wysokie schody, pnące się w górę szare, szorstkie mury pawilonu – jest zbudowane w innej skali, jakby nie powstało z myślą o ludzkim ciele, tylko jakimś innym, znacznie większym.
Pawilon to jedna z tych osiemnastowiecznych budowli mających dodawać parkowi sentymentalnego uroku. Jest zbudowany na planie koła i nieproporcjonalnie wysoki; od strony trawnika ma tylko niskie, niepozorne drzwi, za to naprzeciwko są wielkie, dwuskrzydłowe wrota z poczerniałego rzeźbionego drewna; ich klamkę umieszczono tak wysoko, że kiedy dawno temu je otwierałam, musiałam wspinać się na palce. Wychodzą na schody, których ostatni stopień zanurza się w wodach sadzawki. Kiedy dwór przestał istnieć, a położony na skraju miasta park stał się własnością publiczną, przechowywano w nim ławki, które latem ustawiano na pobliskim trawniku, gdzie w lecie odbywały się koncerty i kino na świeżym powietrzu. A potem, jeszcze przed początkiem końca, miasto przestało urządzać koncerty i pawilon stał pusty, bez żadnej funkcji. Poza służeniem mi jako szatnia, chociaż mało kto mógł zobaczyć, jak się przebieram.
Ciało wygląda też, jakby patrzył na nie ktoś inny, ktoś, kto nie ma dobrych zamiarów. Szybko przestałam się przyznawać, gdzie idę. Chodzisz tam? Zwariowałaś? Przecież tam jest niebezpiecznie. Nikt nie wiedział do końca, dlaczego. Kogoś tam zgwałcono. Kogoś zamordowano. Nikt nie potrafił podać szczegółów. Podejrzewam, że chodziło o samo miejsce. Sadzawka i pawilon nawet podczas największych upałów wydzielały z siebie wilgotny chłód, kojarzący się z piwnicą. W ostatnich latach ten chłód powinien przyciągać ludzi, pod koniec coraz więcej osób przenosiło się na lato do piwnic. Ale jakoś nie przyciągał, wszyscy dalej tego miejsca unikali i miałam je dla siebie. Nigdy nie przytrafiło mi się tam nic złego. Prawdę mówiąc, nie byłam kobietą, której przydarzałyby się złe rzeczy. Żaden mężczyzna nigdy nie szedł za mną w nocy wyludnioną ulicą, co przydarzyło się, kilka razy, mojej koleżance. Tylko czasami wezwania żebym się uśmiechnęła, bo życie jest piękne. Też uważałam, że jest piękne, a przynajmniej, że pewne rzeczy w nim są piękne, głównie to, że ja żyję, ale to nie powód, żeby się uśmiechać. W ogóle nic mi się nie przydarzało. Tylko to, co absolutnie musi się przydarzać komuś, kto żyje. Jedzenie i wydalanie, szkoła i studia. Żyłam w miejscu i czasie, w którym studia nie były sprawą wyboru, chociaż nie na wiele się przydawały.
Moje ciało ma na sobie jednoczęściowy kostium kąpielowy, który w pewnym oświetleniu wydawał się niebieski, a w innym fioletowy. Teraz jest raczej niebieski, przynajmniej z przodu, gdzie bardzo wyblakł. Nic dziwnego, w tym słońcu. Oprócz tego niewiele się zmieniło. Sadzawka wciąż sprawia wrażenie, że na jej dno nigdy nie dociera światło dnia, że w ogóle nie ma dna i sięga do samego jądra Ziemi, że z jej błotnistych wód lada chwila może się wyłonić macka, która zaciągnie cię w inny wymiar. To oczywiście złudzenie. Teraz to wiem. Ma tylko pięć metrów głębokości. Dużo jak na parkowy stawek, ale ogólnie niezbyt dużo.
Zawsze jest lato. Na powierzchni wody wokół brzegów unoszą się płaskie liście nenufarów, trawa jest wybujała, ale nie zeschnięta i pożółkła, jak pod koniec, tylko soczyście zielona, chabry i maki kontrapunktują tę zieleń małymi, ale dobitnymi plamami błękitu i czerwieni. Od czasu do czasu przeleci nad nimi bielinek kapustnik albo pszczoła. Trochę ich jeszcze wtedy, w ostatniej chwili, zostało. Ale nie ma nic większego, żadnej wiewiórki, myszy czy lisa z tych, które żyły kiedyś w parku. Kiedy zaczęło brakować jedzenia, ludzie na nie polowali.
Ciało unosi się na plecach i ma szeroko otwarte oczy. Zostawiłam je tak, gdyby były zamknięte, wyglądałoby na martwe. Nigdy tu nie pływałam. Unosiłam się tylko, leżąc na plecach i wpatrując szeroko otwartymi oczami w niebo, rozpalone do białości. Było gorąco, tak gorąco podczas tych kilku ostatnich lat, słońce wydawało się żywić do nas osobistą urazę. Po południu pawilon rzucał, dalej rzuca, na sadzawkę głęboki cień. Moja własna piwnica, myślałam.
Kiedy ludzie mieli jeszcze czas i energię na takie rzeczy, dużo się mówiło o stawianiu granic. Potrafiłam stawiać granice. Byłam w tym naprawdę dobra. Oczywiście nie od początku, ale nauczyłam się tego jeszcze w dzieciństwie. Nie miałam wyjścia. Świat zawsze na mnie nacierał, jak przypływ; właściwie nie było to gwałtowne, przynajmniej nie z początku, dlatego często lekceważyłam pierwsze sygnały, a świat bezkarnie przeciekał do środka, kropla po kropli, sprawiając, że w końcu byłam jak kompletnie nasiąknięta wilgocią chusteczka higieniczna, rozpadająca się na kawałki i nieprzydatna do niczego. Dlatego granice były mi bardzo potrzebne. Nie wiem, czy dotyczyło to też reszty ludzi. Podejrzewam, że nie i dlatego koniec wyglądał tak, jak wyglądał.
Ciało unosi się na samym środku sadzawki. Przymocowałam je od dołu, żeby nie dryfowało w stronę brzegów, bo wtedy wyglądało jak śmieć, który ktoś wrzucił do wody. Umieszczone pośrodku sprawia wrażenie nieprzypadkowego i cały widok jest bardzo satysfakcjonujący. To było dość trudne, na początku nie potrafiłam jeszcze zbyt dobrze kontrolować roślin i nie wiedziałam, jak sprawić, żeby na dnie, gdzie dociera niewiele światła, wyrosło coś, co sięgnęłoby powierzchni wody. W końcu udało mi się z moczarką kanadyjską. Kazałam jej zakorzenić się w dnie i dorosnąć do samej powierzchni, a potem owinąć się wokół nadgarstków ciała. Zwykle jej łodygi nie dorastają do pięciu metrów, więc często protestuje, zaczyna umierać i muszę dodawać jej sił. Nie kosztuje mnie to dużo, odbieram trochę trawie, która jest wytrzymała i odrasta bez trudu. Często się zastanawiam, skąd ja biorę na to wszystko siłę, i dotąd nie znalazłam odpowiedzi.
Dawniej, kiedy chciałam się odprężyć, wyobrażałam sobie, że robię się miękka i rozlazła, jak ciasto, a potem staję się jeszcze rzadsza, płynniejsza, i wsiąkam w łóżko czy podłogę, przeciekam przez ściany, przesączam się przez ziemię, a w końcu znikam bez śladu. Kiedy unosiłam się na powierzchni sadzawki, przychodziło mi to jeszcze łatwiej: byłam wodą rozpływającą się w wodzie. Pod koniec spędzałam tam coraz więcej czasu. Nie było nic do roboty, jeśli nie chciało się ani ratować resztek cywilizacji, ani ich niszczyć. Wracałam do domu tylko na noc, żeby coś zjeść i żeby spać w, jak wtedy sądziłam, cywilizowanych warunkach. Łóżko wydawało mi się suche, ciasne i martwe; pościel była nieznośnie rozgrzana. Któregoś szczególnie ciężkiego wieczoru, kiedy powietrze było tak gorące, że branie każdego nowego oddechu stanowiło wyzwanie, po prostu zostałam. Ciężarówka z wodą i jedzeniem nie przyjechała poprzedniego tygodnia i w domu nie czekało na mnie nic co mogłabym zjeść.
Zostałam i, jak zawsze poprzednio, nie przytrafiło mi się nic złego. W żółknącej trawie cykały świerszcze, woda była prawie chłodna. Usłyszałam odległy huk wybuchu, potem wycie syren. Potem odgłosy poruszonego miasta, trąbiące samochody, krzyki, szum zwiększonego ruchu ulicznego. Minęła noc, minął dzień, może też następna noc, albo kilka. Odgłosy uspokoiły się w końcu, ale wtedy nie wiedziałam już, ile czasu mogło upłynąć.
Zostałam w sadzawce. Ze względu na bezpieczeństwo, tak sobie tłumaczyłam. To było najrozsądniejsze wyjście. Nie ruszać się, nie zwracać na siebie uwagi. Zupełnie niepotrzebne. Żadne niebezpieczeństwo się nie pojawiło. Najgłośniejszym dźwiękiem był szum drzew, czasami zabrzęczała pszczoła. Po niebie od czasu do czasu przepływały chmury. Pod koniec dnia cień rzucany przez pawilon wydłużał się, chroniąc mnie przed słońcem. Czułam się tak, jakbym była zupełnie sama na świecie, jakby nikt nigdy nie miał większego spokoju. Teraz to już nie świat przeciekał przez moje granice. To ja zaczęłam przeciekać na zewnątrz, nie w wyobraźni, tylko naprawdę, kropla po kropli, powoli, ale nieubłaganie, aż w końcu moje ciało zrobiło się puste i uświadomiłam sobie, że patrzę na nie z zewnątrz, z wysokości kilku metrów. Próbowałam się przesunąć i nagle patrzyłam na nie od dołu, spod wody. Przesunęłam się w inną stronę i widziałam tylko źdźbła trawy. Trochę czasu zajęło mi zorientowanie się, że nie muszę patrzeć z żadnego konkretnego punktu. Jeśli chcę, mogę patrzeć zewsząd, być jednocześnie okiem i tym, co widziane. Jakbym miała miliony maleńkich oczu, spoglądających z każdej komórki roślin, z każdej cząsteczki powietrza i wody. Ale to jest dość dziwne i rzadko to robię. Wolę wybrać jakiś punkt widzenia i się go trzymać. A najlepiej, jeśli w polu widzenia jest moje ciało. Gdybym przestała je widzieć, chyba nie czułabym się dobrze.
Kiedy mówię „moje ciało”, chodzi mi oczywiście o moje dawne, małe, puste ciało. Jestem teraz tak naprawdę znacznie większa. Jestem sprężystą zielenią trawy i szorstkością kamieni pawilonu, jestem szumiącymi koronami drzew i świerszczami cykającymi w nocy. Tylko przyzwyczaiłam się do mojego mniejszego ciała na tyle, że trudno mi mówić inaczej.
Nie przeciekłam zbyt daleko. Tworzę mniej więcej okrągłą plamę o średnicy kilkunastu metrów. Do plamy należy sadzawka, pawilon, kawałek łąki i kilka drzew. Gdybym chciała, mogłabym przestać patrzyć na moje ciało i cofnąć się jeszcze dalej, jeszcze wyżej, żeby objąć wzrokiem coś więcej niż tylko siebie. Wiem, co bym zobaczyła. Minęło dużo czasu i drzewa, w które nie przeciekłam, są nagimi, wyschniętymi szkieletami. Ziemia między ich korzeniami jest brązowożółta i zbita. Nawet trawa się poddała. Mogłabym wznieść się jeszcze wyżej, tak wysoko, żeby zobaczyć całe miasto, może nawet w kosmos, żeby zobaczyć Ziemię, jak na tych zdjęciach mających obudzić w ludziach odpowiedzialność za los planety, i widziałabym to samo. Gdyby uchowało się na niej coś żywego, wyczułabym to i mogłabym przeciec dalej, żeby to pożreć. Albo uratować.
Nie zrobiłam tego na początku, kiedy jeszcze było wiele rzeczy do uratowania. Takie mnóstwo rzeczy: lisy i szczury, drożdże i sinice, śluzowce i niesporczaki. Osty i rosiczki, antonówki i rzodkiewniki, mandragory i lawenda. I ludzie, oczywiście, ale oni pewnie mieliby problem z tym, że chcę ich ratować. Pożreć.
Nie zrobiłam tego, bo nie wiedziałam, co się stanie, jeśli będę naprawdę duża. Bałam się, że gdybym przeciekła dalej, mogłabym stracić z moich licznych oczu małe, puste ciało, unoszące się na powierzchni sadzawki. Wiem, że się nie liczy. Ale lubię na nie patrzeć. Nie, nie lubię. Muszę na nie patrzeć. Kiedy tak unosi się na wodzie w swoim fioletowoniebieskim kostiumie kąpielowym, otoczone liśćmi nenufarów, wydaje się częścią świata. Wygląda, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
Kiedy mówię „pożreć”, nie chodzi mi o to, że muszę jeść. Nie potrzebuję nic z zewnątrz. Jest dokładnie na odwrót, wszystkie te rzeczy, które pożarłam, które uratowałam, trawy, maki i chabry, nenufary i moczarka kanadyjska, pszczoły i bielinki kapustniki, żyją tylko dzięki mnie. Zawsze żywe, zawsze lśniąco zielone, zawsze żwawe, nie starzejące się ani nie rozmnażające. Nic tu nie jest martwe i nic nie jest naprawdę żywe. To muzeum życia, tylko nie ma go kto odwiedzać.
Czasem się zastanawiam, czy potrafiłabym przesiąknąć dalej, do wszystkich tych rzeczy, które umarły albo nigdy nie były żywe, rzeczy, które zajmują teraz całą ziemię, i co by się wtedy stało. Na razie nic z tym nie robię. Myślę, że to byłoby trudne. Te rzeczy – martwe drzewa, zaschnięta ziemia, której nie spulchniają już robaki, kamienie odarte z mchów, woda nieskażona żyjącymi w niej roślinami i zwierzętami, ruiny – nie potrzebują ratowania i dlatego pewnie nie dałyby się tak łatwo pożreć. Myśl, że mimo wszystko mogłabym je uratować, a może raczej uratować w ten sposób siebie, nigdy mnie nie opuszcza. Gdybym spróbowała, możliwe, że w końcu coś by mi się przydarzyło. Nie wiem, czy tego chcę.
Pewnie powinnam czuć się winna. Należy wychodzić ze swojej strefy komfortu. Wychodzić na spotkanie wydarzeniom. Ale nie ma tu nikogo, kto mógłby mnie osądzać. Na całym świecie jestem tylko ja. Nikt nigdy nie miał większego spokoju.

