Latarnie [pamiętnik spisany wyjątkowo cienką japońską stalówką]
1.
Kiedy wróciłem tego dnia z terenu, przy mojej chałupie stał wielki słup. Wyglądał jak miniaturowy komin elektrowni, prawie dotykał ogrodzenia. Przyjrzałem mu się uważnie i poszedłem do domu – bo co innego miałbym zrobić? Nikt mnie o nic nie pytał, na nic się nie zgodziłem. Od rana byłem zresztą na wyprawie i pomyślałem naiwnie, że ten słup to jakiś mój wymysł, złudzenie z przemęczenia.
Następnego dnia nadal tam stał. Pod koniec tygodnia zamontowali lampę – znów pod moją nieobecność – i niedługo potem rozbłysła białym, ostrym światłem.
2.
Od lat miałem uregulowany rytm dobowy. Kładłem się spać w zupełnych ciemnościach i wstawałem, kiedy do sypialni wpadało słońce. Nigdy nie kupiłem zasłon, bo na tym odludziu nikt by mnie przecież nie podglądał.
Od kiedy stoi latarnia, nie umiem zasnąć. Musiałem założyć blindy, więc pobudki też przychodzą mi z trudem – szczelna roleta nie przepuszcza dziennego światła. Żyję teraz inaczej.
Jakby się dobrze zastanowić, nic na człowieka nie spada całkiem bez ostrzeżenia. Kawałek dalej wybudowała się bogolska rodzina; mają ze czterdzieści arów działki i wielki, dwupiętrowy dom z poddaszem. Dojeżdżają do niego SUVem po mojej polnej drodze (mojej, bo jeszcze niedawno ta droga prowadziła właściwie tylko do mojej chałupy i na pole obok). Ale czy ten samochód nie ma już i tak zbyt jasnych, niebieskich ksenonów, które czasem rozświetlają przemocą okna i pobliski las? Czy to wszystko do kupy nas nie zabije? Ja na pewno dostanę migreny. I o ile to pewnie jakieś ciemne siły przywlekły tę latarnię, bogolski dom nie był bez znaczenia.
3.
Światło zniszczyło nie tylko sen. Nigdy nie udało mi się wyrosnąć z hobby astronomicznego, pielęgnuję je od dawna. Za dzieciaka bałem się ogromu galaktyk, potęgi kwazarów czy rozbłysków gamma zdolnych znienacka wysterylizować całą planetę. Później oswoiłem ten lęk, obserwując bardziej przyjazne obiekty: Księżyc, Jowisza i przepiękną Galaktykę Andromedy, która – oczywiście – kiedyś się z nami zderzy, ale przecież jeszcze nie dziś. Z trudem uzbierałem na ośmiocalowy teleskop – w zupełności wystarczał. Nie cieszyłem się nim długo. Przez zanieczyszczenie świetlne, przez wielką, nieosłoniętą latarnię wszystko jest jakieś blade.
Mógłbym się nad sobą jeszcze poużalać, ale to nie w moim stylu. Prawie od razu wywiozłem teleskop do lasu, gdzie i tak przesiaduję całymi dniami. Wyznacza on teraz wejście do ziemianki – stoi dokładnie sto metrów na północ od niej. Udało mi się znaleźć kawałek polany. Jasne, pewne gwiazdozbiory pozostają zakryte koronami drzew, a jednak to największy kompromis, na jaki mogliśmy pójść. Już bardziej nie ustąpię.
4.
Zacząłem mieć wrażenie, że nic nie jest dane na zawsze, nawet coś tak oczywistego jak sen albo nieprzenikniona ciemność nocy. W lesie nie ma jeszcze świetlistych słupów, więc postanowiłem uwiecznić trochę tej czerni, która przetrwała. Zainteresowałem się astrofotografią i robię zdjęcia z długim czasem naświetlania. Lustrzankę już miałem – kiedyś fotografowałem ptaki i inną zwierzynę, każdy początkujący leśny człowiek od tego zaczyna – a teraz dokupiłem głowicę astrofotograficzną do teleskopu. Wydałem ostatnie pieniądze, które mogłem przeznaczyć na własne przyjemności, głupoty. Trochę mi schodzi z nauką, ale w końcu przeglądam efekty na starym laptopie…
5.
…tylko co to za pasy, co to za linie, które rysują się pośród gwiazd, chcąc naznaczyć niebo niby to amerykańską flagą?
6.
To Starlinki, napisał ktoś na forum. W ten sposób jaśnieją na zdjęciach przy długiej ekspozycji i tworzą podobne kształty. Nie da się ich z niczym pomylić.
7.
Raz na kilka lat próbuję odnowić kontakty z siostrą. Ma córkę – ostatnio widziałem ją, gdy zaczynała naukę w szkole. Nie wiem, czym się teraz interesuje, więc planuję dać jej w prezencie pióro wieczne, które mam po ojcu; sześćdziesięcioletniego niemieckiego Pelikana. W szkole chyba nadal piszą ręcznie.
Przyjeżdżają wieczorem. Ich SUV ma reflektory identyczne jak ten sąsiadów, trochę inny dźwięk silnika.
‒ Postawili ci tu latarnię, widzę – zauważa przytomnie Adam, ale nic poza tym nie dodaje, więc pewnie nie ma pojęcia, co ta latarnia oznacza dla całej okolicy. Powstrzymuję się od tłumaczeń.
Dziewczynka wyrosła, a Adam poleciał, moja siostra zresztą też. Jest między nami rok różnicy. Nie zaprosiła mnie na okrągłe urodziny, ja zapomniałem o swoich.
‒ Jak tam? – pyta z ponurym uśmiechem, przechodząc przez próg.
Dziewczyna – teraz to do mnie dociera – nigdy tu nie była. Ostatnim razem widzieliśmy się w ich domu. Patrzy na mnie nieufnie, a ja zapewne odwzajemniam spojrzenie w ten sam sposób. Jesteśmy do siebie podobni; poza tym nigdy nie podobało mi się jej zagraniczne imię: Amanda. A jednak imiona to przecież nie nasza wina.
‒ Napijecie się kawy, prawda? – pytam, choć zrobiłem ją już zawczasu, znając chorobliwą punktualność Adama.
Siadamy przy kominku. Idzie zima, upał zelżał, ale mrozów jeszcze nie zapowiadają. Napaliłem tylko dla gości.
‒ I co tam u ciebie? – pyta Adam po paru chwilach wspólnego sączenia kawy ze spuszczonymi głowami.
– Po staremu.
– Pracujesz dalej w lesie?
– Cały czas. Zaraz będę musiał przerwać, ale pewnie tylko na chwilę. Nie zapowiadają srogiej zimy.
– Jasne.
‒ A co u ciebie?
– Też stara bieda.
– A u ciebie? – patrzę na siostrę i Adam chyba jest zły, że tym bezpośrednim pytaniem jakoś ich od siebie oddzieliłem, ale przecież po prostu tak już jest; są dwiema różnymi osobami.
‒ Amanda – mówi moja siostra – dostała się do liceum.
– Gratuluję. Na jaki profil?
Dziewczyna patrzy na mnie ze strachem.
‒ Na mat-fiz – mówi.
Lepiej nie komentować. Mimowolnie przypomina mi się zdjęcie spalonych w burzy ognia dzieci z Hiroszimy, były pewnie w wieku Amandy. Wdała się w rodziców.
‒ A na studia gdzie chcesz iść? – pytam, ale zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nie chcę na razie usłyszeć odpowiedzi. – Słuchaj, mam coś dla ciebie. Jest trochę porysowane, bo dostałem to dawno temu od naszego ojca, twojego dziadka. Zobacz.
Amanda bierze pióro do ręki i przygląda się z ciekawością. Odkręca skuwkę.
– Jest na tłoczek – tłumaczę – trzeba do niego nabrać atramentu.
‒ Co to jest? – pyta dziewczyna. ‒ To pióro, coś jak długopis – wtrąca się Adam.
‒ Stalówka jest ze złota – mówi moja siostra. – Słuchaj, jesteś pewny, że chcesz jej to dać? Nie wiem, czy się przyda.
– Sam używam innych.
‒ Podziękuj.
– Dziękuję.
‒ Chcesz zobaczyć, jak pisze?
Wyciągam całkiem niezły zeszyt, nabieram atrament z pięknej butelki.
– Zobacz – pokazuję – tak się nabiera do środka, najpierw wypychasz całe powietrze, zanurzasz, dokręcasz tłoczek i już jest. Wycierasz stalówkę i możesz pisać.
I podpisuję się. Dobrze pisze to pióro, chociaż cienka niemiecka stalówka jest jak dla mnie trochę za gruba; wolę japońską rozmiarówkę.
‒ Teraz ty.
Dłoń Amandy drży, na kartce nie widać śladów atramentu.
– Nie naciskaj tak mocno, trochę inaczej trzymaj, o tak. – Poprawiam jej dłoń. – Nie pisałaś w szkole ręcznie?
‒ Pisaliśmy. Długopisem. Robię też journaling.
– Pióro, dobre pióro, pisze samo.
Zaczyna mazać, jest trochę zdziwiona. Litery wyglądają jak u małego dziecka. Nie ma jeszcze o tym pojęcia i pewnie do niczego jej się to nie przyda.
‒ Normalnie piszę ładniej – mówi. – Ale długopisem.
– Wierzę. Kiedy człowiek zacznie pisać piórem, trudno już wrócić do długopisu.
‒ Hej, a pióra nie używa się do rysowania mangi?
– Czytasz mangę? Używają G-pena. To jest coś podobnego.
‒ Fajne. Podoba mi się.
Teraz widzę, że za szybko ją osądziłem; może atrament potrzebował chwili, żeby spłynąć. Coraz lepiej to wygląda. Dziewczyna ćwiczy podpis, jakby miała zostać kimś sławnym.
– To gdzie chcesz iść na studia? – Tamtych dwoje przysłuchuje się uważnie naszej rozmowie; już mnie to nie obchodzi. Powinienem raczej gadać o czymś niegroźnym, o mandze, ale szkoda czasu. Muszę dowiedzieć się jak najwięcej o tym świecie.
– Chcę zostać programistką albo w najgorszym wypadku analityczką danych lub zająć się badaniami nad sztuczną inteligencją, najlepiej założyć swój start-up – mówi Amanda, nie przerywając ćwiczenia podpisu; ta powtarzalna, uzależniająca czynność chyba ją rozluźnia. – Teraz można na tym sporo zarobić. Jest dużo programów badawczych, dofinansowań z ministerstwa cyfryzacji. Poza tym, to ciekawe.
‒ Jeszcze się zastanów.
– Już się dostałam do serio dobrej klasy.
‒ Wiem, wiem. Zawsze możesz zmienić.
– To chyba nie od ciebie zależy – wtrąca się Adam, idzie na zwarcie.
– Wszystko od nas zależy – kontruję. – Wszystko.
On nie ma pojęcia, jak odpowiedzieć na coś tak niedorzecznego, więc po prostu chowa głowę w kubku kawy; kątem oka widzę, że siostra patrzy na mnie z politowaniem. A jednak napięcie nie eskaluje, nie żyjemy w jakimś amerykańskim opowiadaniu o ludziach z dużych miast.
‒ Życzę ci, żebyś kiedyś przestał być ekstremistą. – To najgorsze, co tego wieczoru mówi do mnie Adam; w jego ustach słowo „ekstremista” brzmi jak „eksternista”, co by się po części zgadzało.
Efekt jest oczywiście taki, że nie spotykam się z nimi przez wiele lat i nie wiem, czy Amanda używa swojego pióra.
8.
Gdy pewne oczywiste sprzeczności na powierzchni manifestują się w najgorszy z możliwych sposobów, a straszliwe moce potężnych czarowników niszczą po kolei wszelkie przejawy ziemskiego życia, ja jestem już od dawna zabunkrowany; nic mnie nie rusza, a przede wszystkim nic już nie widzę i o niczym nie wiem. Zgromadzone zapasy wystarczą mi do końca – zapasy starych albumów ze zdjęciami kosmosu, zapasy książek, mangi, nut, winyli, papieru i atramentu – zaś innych istot tu ze mną nie ma, przynajmniej ich nie wyczuwam. Nie przewiduję zatem żadnych niespodzianek, oprócz może jakiegoś bezpośredniego ataku, którego wykluczyć nie można, ale który wydaje się bardzo mało prawdopodobny.
9.
Nagle ktoś krzyczy. Analogowe instrumenty przeznaczone do nasłuchu, które zainstalowałem w okolicy, wzmacniają to wołanie, syreni śpiew nie cichnie już nawet na chwilę:
…nie mogłam urodzić się sto, nawet pięćdziesiąt lat wcześniej? Dlaczego każdy nieostrożny ruch prowadzi nas teraz w tunele pod pewną wyspą, które wybudowano ponoć na wzór systemu korytarzy Piramidy Cheopsa? Czemu wszystkie wysiłki moich rówieśników koncentrują się na wytwarzaniu autonomicznej broni? Czy tylko ja spośród nich mam duszę, a to za sprawą twojego pióra, wujku? Czemu państwa pozwoliły na wyrośnięcie setek alternatywnych, wojennych ekonomii poza systemem SWIFT i poza funduszem walutowym? Jakim cudem nikt mi nie powiedział, że życie każdego dorosłego człowieka w większości krajów świata jest podporządkowane wojnie? Jakim cudem nikt mi nie powiedział o syndromie hawańskim? Dlaczego żyję akurat wtedy, gdy możliwe jest zdalne usmażenie ludzkiego mózgu promieniowaniem mikrofalowym? Dlaczego większość dzieci od najmłodszych lat uczy się tylko po to, by później badać te zagadnienia? Dlaczego tak nienawidzimy swoich mózgów, swoich ciał? Dlaczego eksperymentuje się ze sztucznymi komórkami mózgowymi, zmuszając je, by grały w „Dooma”? W klasie maturalnej zaczęłam mieć wrażenie, że pod moim domem zatrzymuje się codziennie samochód podejrzanej firmy, który razi mnie wiązką promieni. Czy zaczęli to robić już wtedy, gdy byłam w brzuchu mamy? Czy transmitują nam myśli tak, jak mówią o tym najwięksi schizofrenicy? Czy da się sprawić, by człowiek dokonał zamachu terrorystycznego, tak jak chcieliby tego ludzie od MK-Ultra i jak opowiadał zamachowiec z lotniska Esteban Santiago-Ruiz na Florydzie, w roku 2017? Jakim cudem znalazłam się w świecie, którego najbogatsze państwo kupuje tajną rosyjsko-chińską broń, by użyć jej potem na Wenezuelczykach? Dlaczego od pewnego momentu wszystkie małe dzieci zaczęły marzyć o rozwijaniu najbardziej antyludzkiej technologii, jaką kiedykolwiek widziała ta planeta? Czy człowiek chce dokonać całkowitego unicestwienia wszystkich gatunków? Czy entelechią każdej osoby na profilu matematyczno-fizycznym jest to, by zostać masowym mordercą? Czy przyszłość rozstrzygnie się między masowymi mordercami? Czy przyszłość została nam skradziona? Czy zaistnieliśmy tylko po to, żeby doprowadzić do ostatecznej zagłady życia? Czy amerykańskie firmy programowały mnie od przedszkola, żebym pracowała dla ich faszystowskiego, bezrozumnego antykolektywu? Czy kultura każdego z tak zwanych państw narodowych została zamerykanizowana bez jednego wystrzału? Czy nie było alternatywy wobec tego barbarzyństwa i czy ostatecznym stadium tego procederu jest mikrofalowy miotacz promieniowania rozpierdalającego mózg? Czy został on właśnie użyty wobec mnie, wobec nas wszystkich? Jak wielką siłę trzeba by mieć, by przeciwstawić się złu, wujku? Jak nisko człowiek upadł, jak głęboko klęknął, że pozwolił temu wszystkiemu wyrosnąć? Kiedy to się zaczęło, w którym punkcie? Czy może wtedy, gdy szaleni egipscy kapłani sformułowali twierdzenie przypisane później Pitagorasowi, lub – alternatywnie – gdy Anunnaki z planety Nibiru zesłały to twierdzenie Babilończykom, przymuszając ich do nauki swoich zakazanych praktyk? Co chciały osiągnąć? Czy to jakiś okrutny eksperyment? Czy kolejnym takim eksperymentem jest moja jaźń, moje myśli? Czy człowiek w swoim wnętrzu działa na podobieństwo modelu językowego, będąc nieustannie promptowanym przez biologiczne bodźce? Czy taka będzie teraz dominująca antropologia? Jak się przed nią obronić, jak ją odeprzeć i uciec? Wpuść mnie, wuju!
10.
Wzruszony, bezwzględnie wyłączam instrumenty.
Jasne, może to stare pióro pomogło Amandzie i nauczyła się mówić w ten sposób, poznała wiele słów. Niczego nie da się wykluczyć, chciałbym w to wierzyć. A jednak po mojej stronie ciężkich, ołowianych drzwi rozciąga się teraz szczególna, ciemna kraina; kraina, jak mówił podniośle poeta, „gdzie słowa znaczą”. Na zewnątrz, pod latarniami, chodzą już tylko istoty pogrążone w wiecznej, migrenowej aurze. Obstawiam, że ich śpiew pochodzi od bogoli. Sensei Yamada Kanehito uczy nas w mandze Frieren: „Demony to potwory, które opanowały mowę, by zwieść człowieka”. Moje imię nie ma znaczenia, ale jak brzmiał prawdziwy głos Amandy? Świat jest teraz przesycony, trudno to sobie przypomnieć. Już więcej nie próbuj – piszę do siebie na ścianach czarnym mazakiem Sharpie, choć w ciemności nie widać efektów. Nieważne, że nie widać.

