zrzut_ekranu_2026-06-01_105730.png

fot. Karen Arnold/ domena publiczna.

Bajka o lisie i Davidzie Attenborough

Justyna Drath
W numerach
01 cze, 2026
Maj
2026
5 (831)

I tak przecież wstałam dziś już okropnie zła. Ale później na dodatek włączyłam komputer, bo niestety współczesny człowiek musi tak postępować, jeśli chce uchodzić za osobę odpowiedzialną za swoje czyny i zawodową ścieżkę. Wychodzi mi to ze zmiennym skutkiem, skoro jednocześnie włączyłam też media społecznościowe, na dodatek te, które przestały być cool jakieś piętnaście lat temu. Gdzieś pomiędzy setką kolejnych analiz dotyczących czilujących w mieście dzików, pod którymi zawsze pokazują się komentarze o rzekomo przekłutych tętnicach udowych starszych kobiet, w gąszczu dwóch milionów podsuwanych mi przez algorytm nagłówków na temat krwiożerczych niedźwiedzi w Bieszczadach, miga mi też pożar Puszczy Solskiej. Jest kolejny dzień bez deszczu na Mazowszu, chociaż ktoś czasem kiedyś widział jak przed- przed- przed wczoraj spadły na nos warszawskiego przechodnia trzy krople. Wczoraj słyszałam jak ekspedientka w sklepie z roślinami doniczkowymi zwierza się koledze, że lała tonami wodę na działce i dalej wydawało jej się, że korzenie nie wchłonęły niczego. Patrzyłam się na tropikalną aranżację czując, że chcę zostać w tym sklepie dłużej, bo jest w nim bardziej wilgotno niż na dnie warszawskiej Wisły. Woda z roztopów została wessana jak w gąbkę w ciągu kilku sekund i niewiele pomogła. Jeże w województwie mazowieckim są odwonione i chudną. Brakuje tylko jeszcze tych kłębów kurzu jak z Gron gniewu, (chociaż mamy już wyzysk pracowników i niechęć do uchodźców, ale może trzymajmy się tylko jednego powodu do załamania nerwowego na felieton). W prognozach można wyczuwać optymizm odnośnie tzw. ładnej pogody.

Algorytm jest okrutny i lubi nas jak wiadomo, utwierdzać we własnych dramach, dosypywać nam soli na rany i pogrążać w stanie irytacji jeszcze bardziej, ale bywa też, jak nowoczesny rodzaj bogów i bożków, pełen łaski. Dlatego nagle podsuwa mi zielone wideo, a na nim lisa, wychodzącego z krzaków. I nawet ignoruję fakt, że to przecież reklama (no, ale zgódźmy się, że przynajmniej kanał BBC Earth ma do niej prawo), bo na krześle pośród ogrodu siedzi ten królewski David Attenborough. I mówi, zwracając się prosto do widza tym swoim pełnym ciekawości szeptem, że chociaż lisy żyją w miastach, pojawienie się każdego z nich jest za każdym razem tak samo ekscytujące. O, są dwa! Ekscytujące chyba zresztą też i dla samych lisów, sama doświadczyłam ich ciekawskości, bo są płochliwe jak każde zwierzęta, a jednocześnie: bacznie się nam przyglądające. Kiedyś w pobliżu Roztoki w Kampinosie jeden z nich przeciął mi nerwowo drogę, śpiesząc się do swoich lisich spraw. A potem, przysięgam, cofnął się o kilka kroków, jak w zabawnej kreskówce, żeby przyjrzeć się i upewnić, czy jestem człowiekiem. Inny gapił się kiedyś na mnie w lesie na Warmii, był młody, więc bardzo długo się zastanawiał. Tylko słynna Lusia z Łazienek nie zwraca na nikogo uwagi, ale w końcu mieszka w reprezentacyjnym dla stolicy miejscu, muzeum, napatrzyła się już wystarczająco na nasz gatunek. To zdecydowanie ja za nią kiedyś łaziłam próbując zrobić zdjęcie, a ta, odwracała się tylko czasem jakby z irytacją. Ale tu ciekawość zostaje i tak. Po prostu jest jej dużo więcej po mojej stronie. I wtedy, jak na potwierdzenie tych rozmyślań, w ciszy, David wyciąga rękę w kierunku lisa, z nie do końca sprecyzowanym zamiarem, na pewno nie jest to ręka, która chce tego lisa pogłaskać, nie chce też go karmić. Chce jakoś zwrócić swoją uwagę. Spotkać się. Lis podchodzi bliżej, ale nie dotyka Davida. Potem szybko ucieka. To spotkanie jednak zostaje. Jest chyba właśnie bardziej jasne, dlaczego Jane Hirshfield napisała ten słynny wiersz właśnie o lisach:

Coraz więcej jest rzeczy, których nie mówię nikomu,
ani obcym, ani kochankom.
To wkrada się w serce
bez pośpiechu, jakby tego nigdy nie było.
A jednak, coś zmieniło się między drzewami.
Coś spogląda ku mnie spośród drzew i wie kim naprawdę jestem.1

Ten obraz przecięcia się dróg koi mnie nie bez powodu, to o tym właśnie już od kilku lat piszę te wszystkie felietony i dla tych momentów przecież żyję; stuletni przyrodnik i opowiadacz świata, który widział już wszystkie możliwe zwierzęta, zachwyca się londyńskim lisem. David Attenborough zasłynął zdjęciem z gorylem, rozmowami z rajskim ptakiem i tym spokojnym głosem, jakim zdaje sprawozdanie ze swojego pobytu na ziemi. Dokument, który będzie miał premierę w dzień jego setnych urodzin będzie dotyczył Londynu. I jego mieszkańców, zapewne nie tylko ludzi, nie tylko lisów. Krytycy klasycznych filmów przyrodniczych, do których niekiedy i ja się zaliczam, zarzucają im, że kreują fałszywy obraz świata, zapewniając nas, że możemy dalej żyć w spokoju, pamiętając, że gdzieś tam, za lasami za górami, żyją sobie nietknięte ludzką cywilizacją zachwycające enklawy, na co dzień doglądają ich David z Krystyną Czubówną, a nasze życie niespecjalnie na nie wpływa. Podtrzymują złudzenia i jednocześnie utwierdzają nas w tym poczuciu oddzielenia cywilizacji ludzkiej od nieludzkiej. A tymczasem dziki, jeże, lisy i nurogęsi żyją obok i nagle, zdziwieni, zaczynamy je dostrzegać pomiędzy blokami. Zwiększona antropopresja sprawia, że wśród nas jest im łatwiej. I wtedy ludzie zaczynają się zachowywać jakby przyroda była dopuszczalna na filmowej taśmie, w baśniach czy kolorowankach dla dzieci, w których wilk jest syty, owca cała, a dzik jest dziki i zły, kot pije mleko, a jeż nosi na grzbiecie jabłka. Postępujące zdziecinnienie sprawia, że oburza nas: sum pożerający nurogęś i domagamy się wyciągnięcia wobec niego prawnych konsekwencji, dzik wygrzebujący sobie smaczne resztki z kubłów na śmieci i wilki pod oknem wybudowanego w środku lasu osiedla.

David jednak już wcześniej stawał po stronie prawdy o świecie, w ostatnich filmach wskazując na zmiany, jakie zaszły na ziemi w czasie jego wieloletnich obserwacji. Ostrzega, prosi i zachęca, coraz częściej przedstawiając życie zwierząt w miastach i pokazując, że skrawki przyrody zostały z nami nierozerwalnie związane. Jesteśmy nie tylko odpowiedzialni za dalekie od nas kangury, słonie i kolczatki, ale wszystkie istoty, które tworzą z nami cywilizację. Musimy sobie poradzić w przyszłości z wyzwaniami, które stwarza ich obecność. Bo oczywiście, jest to wyzwanie, ale skoro poradziliśmy sobie z kaczkami na ośmiopasmówce, nie jest niemożliwe, żeby móc bezboleśnie dla obu stron żyć sobie także obok dzików.

A oprócz tego pojawia się nadzieja, że to nie będą tylko obowiązki, ale też i radość, okazja na spotkanie. Na przykład z lisem.

  • 1. Jane Hirshfield Trzy lisy na skraju pola o zmierzchu w: Słodycz jabłek, słodycz fig. Wiersze wybrane, przełożyła Magda Heydel, Znak, Kraków 2018, s.60.

Udostępnij

Justyna Drath

Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nauczycielka, publicystka, aktywistka społeczna.