zrzut_ekranu_2025-08-28_180103.png

"Dom niespokojnej starości", Teatr Współczesny w Szczecinie, 2025, tekst i reżyseria: Michał Buszewicz, fot. Piotr Nykowski.

Na starość razem

Monika Redzisz
W numerach
28 sie, 2025
Lipiec
Sierpień
2025
7-8 (821-822)

Mam takie marzenie: razem z przyjaciółmi tworzymy małą wspólnotę. Jesteśmy już seniorkami i seniorami, choć wydaje się nam to zupełnie niewiarygodne… Nie siedzimy jednak samotni w swoich mieszkaniach, jak to robili nasi rodzice. Nie mamy dzieci, a jeśli mamy, to nie zadręczamy ich płacząc im w słuchawkę, że już tak dawno nas nie odwiedziły, że jesteśmy nieszczęśliwi, a poza tym to bardzo nam się nudzi. Wciąż jesteśmy ludźmi niezależnymi. Owszem, nie jesteśmy już tak sprawni jak dawniej, ale wciąż nieźle sobie radzimy. A w razie czego – to od czego są przyjaciele?

Z niektórymi znamy się od lat, inni dołączyli do naszej grupy niedawno, ale wszyscy się znamy i lubimy. Mieszkamy sobie razem w pięknej kamienicy w centrum naszego miasta. Mamy dużą wspólną kuchnię, w której spotykamy się czasem, żeby razem upichcić coś dobrego. Bibliotekę z wielkimi wygodnymi fotelami. Obok małą salę do jogi, czy co tam kto lubi ćwiczyć. Salon, w którym urządzamy dyskusje i pokazy filmowe. I potańcówki – koniecznie potańcówki! Ale oczywiście nikt nikogo do niczego nie zmusza. Kiedy mam ochotę pobyć sama, zaszywam się w swoim prywatnym mieszkanku. Wybrałam sobie to na ostatnim piętrze naszej kamienicy, bo i tak jest winda, a ja lubię pogapić się na dachy domów i korony drzew.

Albo nie. Może mieszkamy na wsi? Mamy tam ogród, który uprawiamy. Co roku sadzę pod oknami malwy i słoneczniki – różnie mi to wychodzi, ale na szczęście są wśród nas lepsi ogrodnicy, którzy potrafią uratować przede mną usychające badyle. Jest też pracownia, w której możemy majsterkować, malować, rzeźbić. A może będziemy hodować kury? Samochód też mamy na spółę. Każdy mieszkaniec naszej wspólnoty może z tego wspólnego dobra korzystać. Wspólne mieszkanie i wspólne działanie, dzielenie trudów i przyjemności, sprawia, że życie staje się łatwiejsze. Starość, której tak bardzo się baliśmy, jest zdumiewająco znośna.

Najlepsze jest to, że to wcale nie jest utopia. Realizacja tego marzenia jest możliwa i nazywa się: cohousing senioralny.

Cohousing to taka forma wspólnego mieszkania, w której obok prywatnych mieszkań jest także przestrzeń wspólna. Mieszkańcy wspólnie zarządzają, decyzje podejmują większością głosów, wspierają się nawzajem. Pierwszy cohousing został założony w latach siedemdziesiątych w Danii; dzisiaj jest ich wiele, między innymi w Skandynawii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy Stanach Zjednoczonych. Niektóre z nich tworzone są w partnerstwie publiczno-prywatnym, inne są inicjatywą prywatną.

W gruncie rzeczy to powrót do idei wioski – wioski, z której uciekli nasi dziadkowie, zyskując wolność, lecz tracąc wspólnotę. Nasi rodzice funkcjonowali jeszcze często w rodzinach wielopokoleniowych, ale i one odeszły w przeszłość. My żyjemy już w zatomizowanym społeczeństwie. Według danych CBOS rośnie odsetek ludzi, którzy mieszkają w gospodarstwach jednoosobowych – w 2019 roku było to dwadzieścia dwa procent Polaków po sześćdziesiątym roku życia, a w grupie powyżej siedemdziesiątego piątego – trzydzieści cztery procent. Co mamy zrobić, jeśli nie chcemy na starość żyć samotnie, co jest dość niepopularnym rozwiązaniem wśród istot tak społecznych, jak my? Ci, którym za towarzystwo wystarczy jedynie kot, należą do wyjątków. Nie ujmując niczego kotom – kocham koty, ale chciałabym jednak mieć wokół siebie także ludzi.

Tym bardziej, że będzie nas coraz więcej. Według raportu GUS Sytuacja demograficzna Polski do 2023 roku przyśpieszeniu ulega proces starzenia się ludności naszego kraju. W latach 2000-2023 liczebność osób w wieku poprodukcyjnym (kobiety po sześćdziesiątym roku życia, mężczyźni po sześćdziesiątym piątym) zwiększyła się o ponad trzy miliony – do 8,8 miliona, a jej odsetek wzrósł z piętnastu do dwudziestu trzech procent. W 2000 roku grupa osób w wieku sędziwym (po osiemdziesiątce) stanowiła dwa procent ludności, a w 2023 roku – ponad cztery. Siedemdziesiąt procent z nich to kobiety.

Gdzie więc będą mieszkać i jak żyć ci, którym zabraknie towarzystwa i wsparcia? Brakuje nam czegoś pomiędzy własnym mieszkaniem, gdzie trzeba być albo całkowicie sprawnym albo mieć pieniądze na prywatną pomoc (no i wystarczająco lubić swoje własne towarzystwo) a domem pomocy społecznej, który przeznaczony jest tylko dla tych, którzy nie mogą już samodzielnie funkcjonować i który oferuje opiekę, lecz w zamian żąda rezygnacji z indywidualnego, niezależnego życia.

Tę niszę mogłyby zapełnić cohousingi – społeczności nie narzucone nam losowo przez miejsce urodzenia lub więzy krwi, tylko świadomie przez nas wybrane, tworzone przez ludzi nam bliskich, podobnych do nas, z którymi łączą nas poglądy, wrażliwość, zainteresowania i którzy żyjąc razem – wzajemnie się wspierają i aktywizują.

W Polsce oczywiście jest z tym pewien problem. Według badania PolSenior tylko jeden procent seniorów deklaruje, że jeśli nie będą już mogli funkcjonować samodzielnie, chcieliby zamieszkać z innymi seniorami. Wspólnotowość kojarzy się nam z komunizmem, choć pewnie korzenie tej niechęci sięgają znacznie głębiej – do czasów pańszczyzny, nędzy, braku jakiejkolwiek własności i samostanowienia. W każdym razie, nie wchodząc w narodową psychoanalizę, jesteśmy obecnie zakochani we własności. Powszechnie wiadomo, że Polak zamiast wynajmować mieszkanie woli zadłużyć się po kres swojego życia i kupić je na własność, choć de facto i tak jeszcze długo należeć będzie ono do banku.

Ale to się powoli zmienia. Polscy seniorzy, uwięzieni na swoich czwartych piętrach bez windy, zamknięci w mieszkaniach ciasnych, ale własnych, bo starych drzew się przecież nie przesadza, powoli dojrzewają do myśli, że może jednak warto inaczej przeżyć ostatnie dekady swojego życia.

COHOUSING SAMORZĄDOWY W RYBNIKU
Modelowych cohousingów, takich jak w Danii – tworzonych od początku przez grupę znajomych, którzy wspólnie wybierają i projektują miejsce swojego mieszkania, a następnie partycypują w jego zarządzaniu – w Polsce jeszcze nie ma. Ale co i rusz pojawiają się rozwiązania pokrewne. Od lat na przykład w wielu miastach funkcjonują TBS-y – Towarzystwa Budownictwa Społecznego, które tworzą także budynki dla osób starszych, w których znajdują się przestrzenie wspólne. W Łodzi i w Warszawie powstały kamienice międzypokoleniowe, które również są czymś na kształt cohousingów. Kamienicą przy Stalowej w Warszawie zarządza właśnie TBS Warszawa Południe – z dziewięciu mieszkań korzystają seniorzy. Na parterze zaś prężnie działa klubokawiarnia Nasza, którą wspólnymi siłami stworzyli mieszkańcy i gdzie teraz odbywają się sąsiedzkie śniadania, spotkania i najróżniejsze zajęcia.

Jednak pierwszym polskim cohousingiem senioralnym okrzyknięty został samorządowy cohousing w Rybniku. W 2019 roku władze miasta zainwestowały w remont zabytkowej kamienicy, a osiemdziesięciosześciometrowe mieszkanie dla seniorów oddano do użytku trzy lata później. Ma salon z kuchnią, dwie dwuosobowe sypialnie, łazienkę przystosowaną do potrzeb osób z niepełnosprawnością i taras. Seniorki wprowadziły się do niego w maju 2022 roku.

Pomysłodawcą projektu był Piotr Masłowski, w latach 2014-2023 wiceprezydent miasta, który zainspirował się cohousingiem w Lipsku. Zapytałam go, czy nie obawiał się, że będzie brakować chętnych.

Dużo się nasłuchałem, że Polacy są przywiązani do własności, że starych drzew się nie przesadza i tak dalej – opowiadał mi w reportażu dla „Dużego Formatu”1. – Ale ja przez lata zajmowałem się pomocą społeczną i wiem, ilu jest ludzi zdesperowanych, w bardzo złej sytuacji materialnej. Proszę mi wierzyć, że wtedy własność nie jest priorytetem! Zresztą, nawet jeśli więk szość Polaków jest sceptyczna wobec takiego pomysłu, to dlaczego nie zrealizować go dla potrzebującej mniejszości?

To prawda – jedna z pań przeniosła się tam z domu bez centralnego ogrzewania, z przeciekającym dachem, który groził zawaleniem. Przy emeryturze w wysokości dwóch tysięcy sześciuset złotych nie starczało jej nawet na węgiel. Zbierała więc gałęzie, żeby napalić w kozie i ogrzać jedno pomieszczenie, jakie zajmowała. Drugiej, mieszkającej w wielopokoleniowym domu, nie starczało na leki. Warunkami w rybnickim cohousingu są po prostu zachwycone. Zwłaszcza, że mieszkanie kosztuje je tylko około dwustu pięćdziesięciu złotych miesięcznie. To procent od ich dochodu, ale opłata nie może przekraczać miesięcznego kosztu utrzymania mieszkania. Czynszu się tu nie płaci, bo mieszkanie jest w zasobach miasta. Za media, wywóz nieczystości, energię elektryczną, ogrzewanie, wodę płacą wspólnie – kwotę tę dzieli się przez liczbę mieszkanek. No i nie są samotne.

Mi się znowu zachciało żyć! Ludzie mówią, że najlepiej z rodziną mieszkać, ale wiadomo – każdy zajęty jest sobą. Koleżanki odchodzą – jedna, druga, trzecia. I zaczyna się pustka robić. Syn z Niemiec czasem przysłał jakieś fotki, ale pogadać to nie było z kim.

opowiadała mi siedemdziesięcioośmioletnia pani Maria.

Szybko się ze sobą zżyły i wspierają się nawzajem i psychicznie i fizycznie. Nieźle sobie radzą – w końcu co trzy głowy, to nie jedna. W razie potrzeby mogą też korzystać z pomocy rybnickiego OPS-u i asystenta osobistego (ze względu na orzeczenia o znacznym stopniu niepełnosprawności), który wpada do nich codziennie na godzinę i załatwia potrzebne sprawunki.

Projekt świetnie się sprawdził, więc po trzech latach miasto zdecydowało się przekazać OPS-owi kolejne mieszkanie na cohousing dla seniorów w pięknie wyremontowanym familoku. Tym razem mniejsze, dla dwóch osób, za to z osobnymi sypialniami. Niedawno wprowadziły się tam dwie panie.

Zainteresowanie naszymi mieszkaniami jest bardzo duże. Wbiliśmy się z tym pomysłem w potrzeby naszych seniorów i seniorek! – cieszy się Katarzyna Torfińska z rybnickiego Ośrodka Pomocy Społecznej, która opiekuje się mieszkankami cohousingów – Najbardziej zainteresowane są samotne wdowy. Oczywiście nie wszystkie chciałyby tu zamieszkać, ale nigdy nie usłyszałam żadnej negatywnej opinii. W tej chwili w kolejce czeka siedem pań i dwóch panów. Jestem przekonana, że gdybyśmy ogłosili, że mamy dziesięć nowych miejsc, zapełniłyby się one w tydzień. Jest mnóstwo seniorek i seniorów, którzy świetnie sobie jeszcze radzą i z drobną tylko pomocą mogą funkcjonować samodzielnie i wzajemnie się wspierać. To rozwiązanie korzystne dla wszystkich stron – seniorzy dłużej cieszą się aktywnością i samodzielnością, a miasto mniej płaci niż za ich pobyt w DPS-ie.

Pracuję w pomocy społecznej już piętnaście lat i widzę, jak zmieniają się seniorzy i ich potrzeby – mówi. – Mają coraz większą odwagę, żeby zmieniać swoje dotychczasowe życie. Są też w stanie się przyznać, że doskwiera im samotność; kiedyś to było nie do pomyślenia. Dawniej nie chcieli zostawić swojego majątku. Mówili: „To mój dom, moja ojcowizna, tu zostanę do końca”. Teraz są w stanie zostawić wszystko, żeby nie być samemu. Kiedyś chcieli zajmować się wnukami; teraz często słyszę, że o żadnym pilnowaniu wnuków nie ma mowy. „Myśmy już swoje zrobiły, dzieci odchowałyśmy. Te raz chcemy zajmować się sobą” – mówią mi moje seniorki.

COHOUSING PRYWATNY W LUBLINIE
Innym obiektem, który pretenduje do bycia pierwszym polskim cohousingiem senioralnym, jest Villa Zakątek w Lublinie, która właśnie obchodziła swoje pierwsze urodziny. Działa jednak – inaczej niż w Rybniku – na zasadach komercyjnych. Składa się z czterdziestu trzech niezależnych apartamentów. Najmniejsze z nich mają dwadzieścia dwa metry kwadratowe, największe, dla pary – trzydzieści. W każdym z nich jest sypialnia i salon z aneksem kuchennym i łazienką. W cenie wynajmu, oprócz opłat za prąd, ogrzewanie, wodę, śmieci, internet czy telewizor, jest także opaska senioralna podpięta do systemu ratownictwa medycznego, systemy bezpieczeństwa, joga dwa razy w tygodniu, zajęcia i warsztaty. A także dostęp do części wspólnej.

„To serce naszego domu” – uśmiecha się Ewelina Jocek, dyrektorka Zakątka.

Składa się ona z dużej, w pełni wyposażonej kuchni; sali fitness, gdzie w poniedziałki i środy o odbywają się zajęcia dostępne dla wszystkich mieszkańców: gimnastyka z technikami oddechowymi i relaksacją; i salonu, na który seniorzy mówią „kominkowy”. To tu odbywają się spotkania, urodziny, imieniny, warsztaty.

Najmłodszy mieszkaniec ma w tej chwili pięćdziesiąt pięć lat; najstarszy osiemdziesiąt sześć. W tej chwili wszystkie mieszkania są zajęte, ale na początku nie było wielu chętnych. Ewelina Jocek opowiada:

Trudno było się przebić z informacją, jakiego rodzaju jest to dom. Ludzie zgłaszali się skuszeni ceną, która wydaje się niska w porównaniu z kosztem domu opieki, ale Zakątek to jest nie ośrodek opiekuńczy. Na pewno nie jest to opcja dla każdego. Po pierwsze trzeba być w miarę samodzielnym. Po drugie każdy musi podjąć świadomą decyzje, że chce żyć w obiekcie cohousingowym, gdzie ważna jest wspólnota.

Uważa, że udało im się w ciągu tego roku stworzyć modelowy cohousing.

W idei tej kluczowe jest to, że wiele rzeczy dzieje się oddolnie. I tak tu jest: my jesteśmy tylko personelem zarządzającym, ale życie wspólnoty tworzą oni. Andrzej z Bogdanem na przykład wzięli sobie za punkt honoru pielęgnację naszego ogrodu. Rok temu musieliśmy zamawiać firmę zewnętrzną, żeby kosiła trawę; w tym roku społeczność dba o to sama. Sami organizują sobie zajęcia. Chcą zorganizować potańcówkę hawajską? Proszę bardzo! Koncert zespołu ludowego? Działajcie! Bardzo sobie nawzajem pomagają – ci bardziej sprawni, tym mniej sprawnym. Zmotoryzowani jeżdżą po zakupy. Inni często gotują dla reszty, w duetach. Oni naprawdę stworzyli sobie tutaj rodzinę. Nasi seniorzy często mówią, że żyją tak, jak chcieli żyć przez większość swojego życia: są niezależni, ale mają zawsze obok siebie drugiego człowieka.

Ile to kosztuje? Czy to opcja tylko dla zamożnych? Jocek odpowiada:

To nie są super zamożni ludzie. Klasa średnia, powiedziałabym. Niektórzy jeszcze zarabiają, inni wynajmują swoje mieszkania, jeszcze innym pomaga rodzina. Ceny wahają się od dwóch tysięcy dwustu pięćdziesięciu do dwóch tysięcy siedmiuset złotych miesięcznie w zależności od metrażu, łącznie ze wszystkimi opłatami. Wszystkie remonty i naprawy są na naszej głowie. Poza tym wspólne gospodarowanie jest tańsze. Ostatnio robili pyzy; wie pani, ile ich wyniósł taki obiad? Trzy złote na osobę. A porcje były takie, że niektórzy zostawiali sobie jeszcze na drugi dzień.

Dodaje:

Mniej też chorują. Niektórym przed przyjściem tutaj brakowało słów, bo całymi dniami nie mieli się do kogo odezwać; tu wszystko wróciło do normy. Jedna z pań chodziła już tylko z chodzikiem; tutaj zaczęła znowu chodzić samodzielnie, bo koleżanki ją motywują do codziennych spacerów. Ostatnio organizowaliśmy potańcówkę, trzeba było nadmuchać balony. Jedna z pań mi mówi: „Nadmuchałam czterdzieści balonów! W październiku nie mogłam ani jednego…” Może to ta joga z ćwiczeniami oddechowymi? Wczoraj spotkałam Elę na rowerku. Ma cukrzycę; leżała już w domu opieki. „No jak tam, Elunia?” – „Sto razy lepiej się czuję! Lekarz mnie chwali, że mam cukier w normie!”. Ostatnio byliśmy w radio, bo staramy się propagować ideę cohousingu, kiedy do jednej z pań zadzwonił syn. „Nie mogę rozmawiać, właśnie wchodzę na antenę!” – mówi mu. „Jak to się odmieniło – powiedziała mi później. – Zawsze tak wyczekiwałam jego telefonów, a teraz on nie może się do mnie dodzwonić, bo ja wiecznie jestem zajęta!”

Na naszym przykładzie widać, że ten model się sprawdza. To się wszystkim opłaca. Myślę, że za dziesięć, piętnaście lat w każdym polskim mieście będzie taki cohousing. Skoro na zachodzie to tak świetnie funkcjonuje, to dlaczego u nas nie?

COHOUSING W PLANACH
Nie wszystkie tego typu projekty wypaliły. Na przykład Roman i Maria Świątkowie od kilku lat próbują stworzyć cohousing senioralny w miejscowości Krępsko, niedaleko Piły. Za własne pieniądze wybudowali duży dom. Na gości czeka dwanaście mieszkań, a także wspólna kuchnia, jadalnia, czytelnia z kącikiem komputerowym, gabinet rehabilitacyjny. Są windy, jest ogród i staw rybny, są kury i owce. Świątkowie nie wymagają opłat za wynajem i nie spodziewają się zwrotu kosztów inwestycji, choć zainwestowali niemało. Oczekują tylko tego, że przyszli mieszkańcy będą składać się na bieżące opłaty i włączać w życie domu – razem gotować i zajmować się ogrodem, troszczyć się o wspólną przestrzeń i siebie nawzajem.

Na swojej stronie napisali:

Chcemy spędzić starość w otoczeniu nowych przyjaciół. Nie chcemy przeżywać ostatnich lat w samotności, w Domu Pomocy Społecznej, bez poczucia sensu. Wybieramy cohousing. Zbudowaliśmy duży dom na dwanaście osób. Chcemy, żeby wypełnił się ludźmi, którzy stają się przyjaciółmi i będą się o siebie troszczyć nawzajem. Pokażmy światu, że my – seniorzy – wciąż potrafimy tworzyć wielkie rzeczy!

Ale lata mijają, a chętnych nie ma. Być może powodem jest oddalenie od miasta – dom stoi w środku lasu, daleko od wszystiego. A może sęk w tym, że – jak mówiła mi Marta Trakul w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” – o cohousingu budowanym oddolnie, prywatnie, przez grupę przyjaciół, należy zacząć myśleć znacznie wcześniej, kiedy jest czas na to, żeby spokojnie podjąć decyzję, znaleźć odpowiednią grupę i miejsce, dostosować cohousing do swoich preferencji.2

Tak właśnie do sprawy podeszli członkowie Stowarzyszenia Mieszkaniowego WSPÓŁ z Warszawy. Na razie mają po trzydzieści, czterdzieści lat, ale za dziesięć, piętnaście chcieliby założyć cohousing senioralny dla siebie. Większość z nich to architekci, których kusi wizja stworzenia sobie miejsce do mieszkania, samodzielnego zaprojektowania go.

Joanna Marcinkowska, prawniczka ze stowarzyszenia, opowiada:

Chcielibyśmy stworzyć miejsce wspólnotowe, gdzie nie będzie ani samotności, ani anonimowości. Jak dokładnie miałoby to wyglądać, jeszcze nie wiemy. Część z nas chciałaby mieszkać pod miastem, bliżej natury, druga część jest mocno miejska. Ja osobiście wolałabym wersję miejską, w jakimś zaadoptowanym pustostanie, gdzie jest bardzo dużo przestrzeni wspólnych, zachęcających do naturalnych, przypadkowych spotkań.

Nasz model zakłada, że zakładamy spółdzielnię lokatorską seniorów, która dostaje od miasta użytkowanie wieczyste gruntu i budynku. Miasto pozostałoby właścicielem, ale to spółdzielnia byłaby odpowiedzialna za inwestycję, a potem zarządzanie cohousingiem. To my dostosowalibyśmy lokale do potrzeb osób starszych, tworzylibyśmy przestrzenie wspólne, organizowalibyśmy działalność kulturalną. Na pewno częściowo musielibyśmy ponieść koszty sami, ale spółdzielnie lokatorskie mają możliwość otrzymania kredytu preferencyjnego z Banku Gospodarstwa Krajowego, moglibyśmy także starać się o rozmaite granty.

Żeby jednak było to możliwe, potrzebne są zmiany systemowe. Jak tłumaczy Marcinkowska:

Chcielibyśmy, żeby miasto udostępniało grunty i budynki na inicjatywy społeczne. Ale przede wszystkim konieczna jest nowa ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych. W tej chwili mieszkania spółdzielcze można prywatyzować i sprzedawać; my chcielibyśmy powrócić do idei spółdzielczości lokatorskiej, w której nie byłoby możliwości sprzedaży mieszkań na rynku komercyjnym. Mieszkania takie, dostępne cenowo, byłyby alternatywą dla osób, które nie zarabiają bardzo mało, jednak nie na tyle dużo, żeby stać ich było na kredyt, czymś pomiędzy mieszkaniami komunalnymi a komercyjnym rynkiem najmu czy sprzedaży mieszkań.

Prawdopodobnie to jedna z najważniejszych barier, które utrudniają oddolne tworzenie cohousingów w Polsce. Osób, które marzą o takim rozwiązaniu, jest dużo. To nie jest już idea awangardowa ani futurystyczna. Dojrzeliśmy do tego mentalnie. Może już czas przestać o tym marzyć, a zacząć działać? Trzeba podejść do tego pragmatycznie, jak Duńczycy. W sześciomilionowej Danii pierwszy cohousing senioralny powstał w 1987 roku. W tej chwili jest ich dwieście pięćdziesiąt i mieszka w nich dwa do trzech procent seniorów. Duńska organizacja Realdania przeprowadziła badania, z których wynika, że dziewięćdziesiąt jeden procent z nich deklaruje, że jakość ich życia się poprawiła w związku z tym modelem mieszkania. Więc chyba warto! Być może nigdy nie będzie to ruch masowy, ale w polskich realiach może być spory. Bo jeśli już w tej chwili jest w Polsce około dziesięciu milionów seniorów, a jeden procent z nich wyraża chęć współzamieszkiwania z innymi, to co to oznacza? Że aż sto tysięcy osób może być zainteresowanych życiem w cohousingowych wspólnotach.

  • 1. Monika Redzisz „Tutaj to jest nam jak w raju, nie dziewczyny?”. W Rybniku powstał pierwszy w Polsce cohousing dla seniorów, „Duży Format”, 15 kwietnia 2024 r.
  • 2. O cohousingu warto zacząć myśleć koło pięćdziesiątki, kiedy jesteśmy jeszcze gotowi na zmiany. Później to bywa trudne, z Martą Trakul-Masłowską rozmawia Monika Redzisz, „Wysokie Obcasy”, 26 czerwca 2021 r.

Udostępnij

Monika Redzisz

jest dziennikarką i fotografką. Zajmuje się reportażem. Od dwudziestu lat jest związana z „Gazetą Wyborczą”, publikuje przede wszystkim w „Wysokich Obcasach” i „Dużym Formacie”. Absolwentka filozofii na Uniwersytecie Warszawskim, fotografii na ASP w Poznaniu i arteterapii na APS w Warszawie.