wwwzatobamojazimnaciotko_65_web_fotpatmic.jpg

Alka Nauman, Adelina Cimochowicz „Za tobą, moja zimna ciotko”, Komuna// Warszawa, 2021. Fot. Pat Mic

Jaskinie darknessu i kęsy garderoby

Agata M. Skrzypek
Przedstawienia
15 paź, 2021

Słowa „Hello darkness, my old friend, I’ve come to talk with you again” rozbrzmiewają w tle, gdy Ben (Dustin Hoffman) i Elaine (Katharine Ross) po dramatycznym przerwaniu ceremonii ślubnej odjeżdżają autobusem i w ich spojrzeniach rodzi się wahanie. Coś – nie wiadomo dokładnie, co – zaczyna do nich docierać, budzić wątpliwości; postąpili szybciej niż pomyśleli – i co teraz? Czy będą konsekwencje? Czy oni w ogóle chcą być razem? Piosenka duetu Simon & Garfunkel stała się nieodłączną ilustracją finałowej sceny Absolwenta, którą jedni interpretują jako tragiczną, a w której inni widzą dobre zakończenie.

Jednak nie do cytatu z piosenki czy filmu odsyłać ma hasło przewodnie zaproponowane przez kuratora Marcusa Öhrna, a raczej do ciemności, darknessu dosłownego i jako formy dla: nowych początków, hałasu, oporu, niczego, chaosu, sekretu, pieśni miłosnej, prawdy, ciszy, tańca, koncertu, instalacji video, krzyku, rzeźby, języka, rozwiązania. Wszystko zmieści się w ciemności i nigdy nie wiadomo, co się w niej skrywa. Ciemność to pojemność. 

Cztery performanse – Mykulia Antoniny Nowackiej, Humans are dead, we’re humans now Michała Kmiecika, Krzykucha. Stand up (for your rights) comedy Jany Shostak i Za tobą, moja zimna ciotko Alki Nauman i Adeliny Cimochowicz – układają się w różnorodny zestaw estetyk i wrażliwości. Twórczynie i twórcy, wywodzący się z odmiennych zainteresowań artystycznych, spotykają się w czasie rezydencji na gruncie teatralnym. Jana Shostak przełożyła na konwencję stand-upu swoją działalność artywistyczną na rzecz Białorusinów, Białorusinek i białoruskiej rewolucji. Michał Kmiecik razem z aktorami Sebastianem Grygo, Bartoszem Ostrowskim i aktorką Małgorzatą Bielą stworzył tragikomiczny spektakl bez słów, w którym koń, pies i kurczak rozgaszczają się na pozostałym po człowieku wysypisku śmieci. Scena nie zawsze jest uniwersalnym medium, w którym sprawdzi się język każdej dziedziny twórczości, czego jednak nie stawiam tutaj jako zarzutu, bardziej jako laboratoryjne spostrzeżenie. W końcu dlatego, jak sądzę, organizuje się rezydencje dla młodych twórców i twórczyń – by mogli i mogły wypróbować pomysły bez presji przekucia ich w wiekopomne dzieło (co w przypadku przedstawienia i tak jest nieco paradoksalnym pragnieniem, ale tę dyskusję mamy już za sobą). Opowiem szerzej o dwóch spektaklach, które, w moim odczuciu, wiele łączy i równie wiele różni.

WYIMKI PEWNEJ RZECZYWISTOŚCI

Antonina Nowacka, jako artystka zajmująca się eksplorowaniem alternatywnych praktyk wokalnych oraz kultury ludowej, także wschodniej, stanęła przed zadaniem stworzenia teatralnej oprawy dla swojej muzyki. Mykulia, w niezwykłej scenografii Julity Goździk – której wkład w wizualną jakość rezydencji jest kluczowy – powstała jako immersyjny seans dźwiękowy. Wchodzący w przestrzeń spektaklu widzowie zatapiają się w mrok, który miejscami rozświetlają fluorescencyjne końcówki zwisających z sufitu ni to nici pajęczyny, ni to macek mięczaków, ni to giętkich form stalaktytowych, wykonanych z organzy. Niski sufit scenicznej jaskini każe przygarbić się i odszukać rękami miękkie miejsce, które można zająć. Widownię wyznacza półokrąg z pagórków poduszek, wyłożonych naprzeciwko ustawionej centralnie dużej, otwartej, delikatnie podświetlonej muszli. Takiej, z której wychodzi Wenus na obrazie Botticellego. Muszlę obsiadają, niewidoczne na pierwszy rzut oka, dwie istoty w jasnych kostiumach przypominających kokony z wysokimi kołnierzami. „W wyniku eksploatacji zasobów ziemskich oraz fuzji gazów z elektroniusami wyłoniła się gigantyczna chmura wyjątkowo natarczywych elektrociosów, zasłaniając słońce i swoją nieznośną intensywnością zmuszając istoty ludzkie do ucieczki w głąb górskich bebechów, do jaskiń”, podpowiada tekst programowy. Obraz kryzysu epoki człowieka ulega tu odrealnieniu i estetyzacji: podziemia są piękne, muszla – mitologiczna, ciała zaś pozbawione są fizjologii, ale też wzroku.

wwwmykulia_22_web_fotpatmic.jpg

Antonina Nowacka „Mykulia”, Komuna// Warszawa, 2021. Fot. Pat Mic

Przez półtorej godziny uczestniczymy – w dowolnej pozycji i na dowolnym poziomie skupienia – w koncercie muzyki i pieśni. Seans/instalacja nie ma wyraźnego początku ani końca – choć mieści się w organizacyjnych ramach czasowych – a jego dramaturgia jest miękka i pozbawiona punktów zwrotnych. Ambientowa muzyka, przerywana trzema wokalnymi solówkami w wykonaniu Antoniny Nowackiej i towarzyszącej jej na scenie choreografki Bożny Wydrowskiej, wzmaga się i cichnie w powolnym tempie. Performerki przemieszczają się wokół muszli zamaszystymi, płynnymi ruchami, aż w końcu zastygają, we śnie lub innej formie przetrwalnikowej, wewnątrz niej.

Można odnieść wrażenie, że wszystko, co najważniejsze dla tego świata, już się wydarzyło, a nam przypadło w udziale kontemplowanie resztek, ostatków i powidoków. Nie chcę zanadto fantazjować o wariantach odbioru spektaklu, ale w istocie głównie o jego percepcję tutaj chodzi – o wejście w stan czystego trwania, wyciszenia, być może też o współdzielenie bezsilności wobec ogromnych przemian warunków życia na Ziemi. Mykulia proponuje zmysłowe – kinetyczne i słuchowe – doświadczenie, umieszczając fabularną pożywkę dla wyobraźni poza spektaklem, w jego opisie. Ten naciąga na sceniczną impresję ciężki płaszcz postapokaliptycznego świata w 2499 roku: „Wysubtelnione zmysły na wpół z zsyntetyzowanym intelektem wygenerowały nowy system komunikacji oparty na języku zuniwersalizowanym. Komunikaty tworzone i wysyłane są z wykorzystaniem wyselekcjonowanych częstotliwości, jedynych niewykrywalnych przez natarczywe elektrociosy” – czytamy.

Nic z tego nie rozumiem; to, co czytam, to szum.

BLISKO, BLIŻEJ

Podobnie jest w Za tobą, moja zimna ciotko – spektakl uniezależnia się od zapisanych w programie przemyśleń twórczyń. Przekłada je na język artystyczny, ale nie ogranicza się do ich ilustracji i odwrotnie, sugestie autorek nie wyczerpują możliwych interpretacji spektaklu. W opisie rezydencji mowa jest o psychoterapeutycznej spuściźnie Jiriny i Ferdynanda Knoblochów, którzy zakwestionowali powszechne przekonanie o nieprzekraczalnej dychotomii między tym, co wewnętrzne (w ciele) i zewnętrzne. Scenograficznym znakiem tego podziału jest kurtyna (stworzona przez wspomnianą już scenografkę Julitę Goździk), którą animują Edka Jarząb i Alka Nauman. Właściwie bardzo się cieszę, że nie zdążyłam doczytać opisu przed pokazem, a całą robotę interpretacyjną zostawiłam wolno hulającej wyobraźni. Interpretacyjne sugestie twórczyń dotarły do mnie z pewnym opóźnieniem, więc konfrontacja z nimi stanowi dla mnie nadal jedynie dialogiczną alternatywę dla tego, co sama sobie opowiedziałam. Taka emancypacja przedstawienia – wydarzenia scenicznego – od wyłożonych pisemnie założeń artystycznych, nie byłaby możliwa w przypadku spektaklu zbyt wsobnego, to znaczy, przekombinowanego lub nie do końca przemyślanego.

wwwdsc03666.jpg

Alka Nauman, Adelina Cimochowicz „Za tobą, moja zimna ciotko”, Komuna// Warszawa, 2021. Fot. Pat Mic

Zatem, nie wiem, co zobaczycie lub już zobaczyłyście, ale u mnie było tak: Zimna ciotka operuje metaforą insektów, moli ubraniowych i zestawia ją – symbolicznie – z zachodzącymi w ciele procesami trawiennymi. A ciało to jest kobiece i dyskursywne. Spektakl otwiera sytuacja, w której dwie ubrane od stóp do głów w cieliste rajstopy performerki, nucąc słynną pieśń Moniuszki, siedzą na podłodze i, splecione ze sobą plątaniną elastycznych nogawek, „przędą jedwabne niteczki”. Ich twarze są zakryte, rysy zniekształcone. Wykonują gesty naciągania, nawlekania i przeciągania kolejnych włókien, trochę się przy tym przekomarzając, myląc i poprawiając. Śpiewają cicho, czasem chichocząc, czasem mlaszcząc, jakby to, co robiły, przynosiło im niezmąconą radość. Świat z perspektywy mola musi być pełen uciech: każda tkanina obiecuje pyszną kolację, miękki nocleg i przytulne miejsce na rozmnożenie się. Zestawione ze sobą scenografia z kobiecych fatałaszków i pozszywanej z chust, kilimków oraz kap ogromnej kurtyny, pejzaż muzyczny wypełniony mruczącymi basami, od których drgała podłoga, ekspresjonistyczne solo choreograficzne Nauman, wreszcie video Cimochowicz, przypominające podróż w głąb bulgoczących jelit, ułożyły się w rzeczywistość odbieraną z perspektywy zmysłów insekta. Komu innemu, jak nie żarłokom z szafy, zwykły materiał będzie pachnieć jak czekolada? Taki bowiem aromat wydziela kurtyna, tym mocniej pachnąca, im bardziej performerki ją animują: gdy zawijają się w nią, wciskają pod rajstopy, by była blisko ciała, przeciągają z jednego końca sceny na drugi i wprawiają ją w falujący ruch jak ogromny żagiel. Nie wątpię też w podprogową moc czekoladowego aromatu, wpływającą na przychylny odbiór spektaklu. Rozszerzenie pola oddziaływania przedstawienia na zmysły węchu i dotyku być może nie stwarza immersji na poziomie VR, ale zdradza wysoką wrażliwość artystek na możliwe kanały komunikacji z widownią.

Zimna ciotka podszyta jest jeszcze impresjami o różnych kobiecościach i ubrana w krytykę feministyczną. Na pierwszy plan wysuwa się splot upodlonej kobiecej cielesności z czynnością przędzenia, o których kiedyś tak pisała Kazimiera Szczuka:

kobiety, ich ciała – krew, geny, pokarm, dzieci – stają się przędziwem „cudzej” tkaniny. Wzór tkaniny jest wzorem kultury tworzonej z kobiecego ciała i krwi, ale „wplatającej w siebie” kobiety jako bezimienną materię, zużyte, spożytkowane włókno. 1

Na drugim planie pobrzmiewa pytanie o niekompatybilność statusu kobiety jako artystki w społeczeństwie przewidującym dla niej tylko jedną rolę. Niezgodę na łatkę „prządki banalnej rzeczywistości” 2, tej, która przetwarza i służy aż do samowyświechtania, wyraża wyśpiewana z całych sił przez Alkę Nauman pieśń Violetty Villas Taka już jestem. Na melodii z cielito lindo padają ironiczne słowa: „Wszystko jest źle/ To wszystko co ja zrobię/ Jak chodzę, jak mówię/ jak śpiewam, z kim śpię/ No i to co mam na głowie!”. Zarówno performerka, jak i śpiewaczka zdają się mieć te pretensje w głębokim poważaniu. „O ile zdołałam ustalić, być kobietą oznacza wiecznie coś robić źle. A przynajmniej tak jest w patriarchacie” 3, skwitowałaby to Rebecca Solnit. Tych planów można byłoby opisać jeszcze więcej, prząść gęściej kulturoznawcze płótno i rozsmakować się w detalach – ale może lepiej trzymać kciuki za to, by Zimna ciotka była jeszcze grana.

Performerki queerują porządek, w którym nierealne oczekiwania i wieczna krytyka wyznaczają jedyną słuszną trajektorię życia kobiet, zapraszając swoich widzów do spojrzenia na sprawy banalne od wewnątrz. Jest to bardzo specyficzne „wewnątrz”, perspektywa nieludzka i abstrakcyjna. Przyjmując to zaproszenie współdzielimy pragnienia moli, którym ślinka cieknie na widok czekoladowej kurtyny, które doświadczają świata w zdumiewającej mikroskali – i     nie ma w tym nic upadlającego. Przeciwnie – jest super.

Oba spektakle łączy podobna strategia tworzenia stanu, niefabularnego ciągu, wywodząca się z decyzji o przetworzeniu słów i znaczeń w muzyczność, ruch i wrażenia sensualne. Mam jednak poczucie, że Za tobą, moja zimna ciotko wypada nieco dojrzalej i pełniej od Mykulii. Ascetyczną estetykę, którą zaproponowały twórczynie tej drugiej, trochę niefortunnie zakłóca wpuszczany co rusz dym i światło stroboskopowe – dwa najbardziej efekciarskie środki wyrazu w teatrze, które zakłócają delikatną strukturę instalacji. Natomiast wszystko to, co taniec i nowa choreografia wnoszą ze sobą do teatru stanowi odtrutkę na kryzysy wyobraźni.

  • 1.  Kazimiera Szczuka Prządki, tkaczki i pająki. Uwagi o twórczości kobiet, w: Krytyka feministyczna: siostra teorii i historii literatury, pod redakcją Grażyny Borkowskiej i Liliany Sikorskiej, Instytut Badań Literackich, Warszawa 2000, s. 72.
  • 2.  Krystyna Kłosińska Kobieta autorka, w: Ciało i tekst. Feminizm w literaturoznawstwie – antologia szkiców, pod redakcją Anny Nasiłowskiej, Instytut Badań Literackich, Warszawa 2009, s. 94.
  • 3.  Rebecca Solnit Matka wszystkich pytań, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska, Karakter, Kraków 2021.

Udostępnij

Agata M. Skrzypek

Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W „Dialogu” drukowane były jej sztuki Narzędzia ojca (nr 12/2019) oraz Na zaliczenie. Rewia udramatyzowana (nr 5/2021).