img_0195.jpg

Auspicje
Zaczyna się od martwego gołębia na chodniku – smętnego zwiastuna przyszłych potworności. Pamiętam ludzi kaszlących krwią i umierających w ciągu kilku dni czy nawet godzin; tajemnicza choroba rozprzestrzenia się szybko, wyniki badań zdumiewają lekarzy i naukowców. W jaki sposób stuletni wirus pojawił się nagle w Ameryce końca lat dziewięćdziesiątych? Obrazy spienionej krwi i wizja zaraźliwej, śmiertelnej choroby sięgającej trupią ręką poprzez dekady zostają ze mną na długo, w pewnym sensie do dziś. Doniesienia o odkryciu w topniejących lodach Arktyki coraz to nowych szczepów rozmrożonych wirusów nie budzą już we mnie dziecięcego lęku (no dobrze, trochę budzą), raczej zrezygnowane „och, czyli to już?”. Zwłaszcza po sztafecie grozy roku 2020 (czy ktoś jeszcze pamięta płonącą Australię i tych kilka styczniowych dni, kiedy w sekcji trendów na twitterze królował hasztag trzecia wojna światowa?) doniesienia o prehistorycznych bakteriach odnalezionych w roztopach rzekomo wiecznej zmarzliny lub w najgłębszych czeluściach oceanu brzmią jak kolejne pola makabrycznego bingo, do którego w ciągu ostatnich miesięcy – lat? – po cichu przywykliśmy. (Grającym w apokaliptyczne wykreślanki życzliwie podpowiem: w ciągu najbliższych tygodni północno-wschodnie stany USA mogą się spodziewać plagi cykad, zwanych potocznie szarańczą.)
img_0192.jpg

Odcinek z hiszpanką (S02 E16) znajduję na youtubie. Oczywiście okazuje się, że nic się nie zgadza. W pierwszych scenach widzimy nie gołębia, lecz ubraną na czarno parę włamującą się na teren opuszczonej fabryki. Ptaki pojawiają się nieco później, całe i zdrowe, ale niezbyt widoczne – obecne głównie w dialogach i zacienionych gołębnikach. Krwawego ujęcia z chodnikiem, które wciąż staje mi przed oczami z tą samą co wcześniej wyrazistością, w serialu nie ma. Martwy i żywy zarazem gołąb Schrödingera okazuje się psikusem pamięci, pomyłką jak z gorączkowego snu. Nie mogłam widzieć ptaka na chodniku, bo go tam nie było: amerykański gatunek ectopistes migratorius, jeszcze w drugiej połowie dziewiętnastego wieku najliczniej występujący rodzaj ptactwa w Ameryce Północnej i jeden z najliczebniejszych na świecie, zaledwie kilkadziesiąt lat później uznano za wymarły. Ostatni znany okaz – gołębica Martha – zmarła pierwszego września 1914 roku w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati.
Nieumarły gołąb to zagadka stosunkowo małego kalibru w porównaniu z innymi paranormalnymi zjawiskami, z którymi mierzyli się bohaterowie kanadyjskiego serialu science-fiction Czynnik PSI (1996-2000), emitowanego w sobotnie popołudnia przez stację RTL7. W serialu grupa badaczy prowadzi naukowe dochodzenia w sprawie niewyjaśnionych zdarzeń, takich jak demoniczne opętania, przypadki psychokinezy, obserwacje niezidentyfikowanych obiektów latających, anomalie czasowe czy fenomen samozapłonu. (Ten ostatni zwłaszcza niezdrowo fascynował kilkunastoletnią wówczas autorkę tego tekstu – winą za to obarczam wypełnioną makabrycznymi zdjęciami książkę o zjawiskach paranormalnych znalezioną w szkolnej bibliotece, którą wypożyczaliśmy na zmianę z ulubionym kolegą i której niezwykłe doniesienia omawialiśmy nieustannie z uszami płonącymi z ekscytacji). Nie miał szczególnego znaczenia fakt, że w Czynniku PSI – podobnie jak w najbardziej materialistycznej i nihilistycznej z dziecięcych kreskówek, Scooby-Doo, gdzie za nadprzyrodzonymi zjawiskami nieodmiennie stała przyziemna ludzka chciwość – tajemnicze światła na niebie często okazywały się helikopterem, głosy z zaświatów w rzeczywistości odtwarzano z nagrań, a za demoniczne opętanie odpowiedzialne było LSD przyniesione na sierści kota z piwnicy nielegalnie produkujących substancję sąsiadów (intryga na miarę rasowej opery mydlanej!).
***
Powróćmy jednak do gołębia i hiszpanki – dwójki nieludzkich sprawców tego niespodziewanego najtisowego flashbacku. Odcinek Czynnika PSI o epidemii nie jest ani najlepszy, ani najbardziej reprezentatywny w historii serialu. Chciałam napisać, że nie jest też najbardziej zapadający w pamięć, ale ewidentnie w pewien sposób właśnie taki jest, choć wody tej pamięci okazały się mętne, a wyłaniający się z nich obraz niewyraźny, jak fotograficzny dowód na istnienie mitycznego stwora. Ani wymarłe gołębie ani śmiertelna grypa nie są nawet głównym tematem odcinka, choć pomagają położyć grunt pod klasyczną spekulację kryptozoologii – rzekomo naukową narrację o historycznym stworzeniu, które uchowało się wbrew prawdopodobieństwu gdzieś w ruderalnym mikrosiedlisku: dinozaur na dnie jeziora, klan hominidów o ogromnych stopach, przeoczony przez badaczy odpad ewolucji. Nieumarłe wędrowne ptactwo to tylko symptom prowadzący serialowych naukowców do tajemniczo długowiecznej rodziny – o bladej karnacji i nietypowych wynikach morfologii krwi – która ukrywa się w ruinach fabryki z początku wieku. Podczas gdy badacze na ekranie spekulują o biologicznych źródłach mitu o wampiryzmie, młodą widzkę zajmuje (poza niepokojącą hiszpanką – skoro faktycznie była tak groźna i śmiertelna, to jak to możliwe, że właśnie dowiaduję się o niej z serialu o zjawiskach paranormalnych?) ambiwalentna równoczesność życia i śmierci, ich namacalna materialność, jakże odmienna od nieuchwytnej obecności znanej z opowieści o duchach.
Z pomocną siatką na gołębie przychodzi tym razem nie duchologiczny Derrida, ale materialista Mark Fisher – pokrewna dusza: on też miał radar na dziwność i oglądał niskobudżetowe seriale o nadprzyrodzonych zjawiskach. Jak w klasycznym opowiadaniu grozy o małpiej łapce, pomoc ta jest doskonale ambiwalentna: inspirujące rozpoznania Fishera operują synonimami słabo przekładalnymi na polszczyznę. Aby ominąć mieliznę uporczywego freudowskiego skojarzenia („niesamowite”), pozostańmy roboczo przy „dziwnym” (weird) i „upiornym” (eerie). Rozróżnienie Fishera jest błyskotliwe w swojej prostocie: dziwna jest obecność czegoś w miejscu, gdzie nie powinno być niczego (lub czegoś); upiorny jest brak w miejscu, gdzie coś być powinno. Dziwna jest więc wampiryczna rodzina w fabryce, nieumarłe gołębie i wirus, który miał być dawno wyeliminowany. Podobnie dziwna jest zresztą większość badanych w serialu zjawisk; kryje się to w samym słowie: niewyjaśnione zjawia się, nie było, a jest, choć być nie powinno. Monstrualny nadmiar, niekoniecznie budzący grozę, ale właśnie fascynację: nadprzyrodzone, paranormalne, supernaturalne.
Pracę upiornego zaś, jak pracę żałoby, tym razem wykonuje pamięć, wprowadzając korektę znaczeń: wampirze wieczne życie jest nieważne, kluczem do opowieści jest choroba, martwy gołąb, którego nie ma na chodniku. Osobliwy fikołek, gra obecności i braku: gołąb jest dziwny, bo jest upiorny, nadprzyrodzona obecność wymarłego ptaka możliwa jest dzięki jego uprzedniej nienaturalnej nieobecności. Rewolucja przemysłowa stworzyła perfekcyjne warunki do błyskawicznego wytępienia gatunku, który wydawał się zbyt liczny, by być w jakikolwiek sposób zagrożony. Realizowana przez stulecia ewolucyjna strategia przesycenia drapieżnika – w kupie siła – nagle okazała się kompletnie nieskuteczna: jak nasycić drapieżcę, który poluje raczej z chciwości niż głodu? Po gęstych, ciemnych chmurach ptactwa jak burza, którego przylot zwiastował huk gromu, migracje przesłaniały niebo, a liczne gniazda łamały gałęzie młodych drzew, pozostało kilka wypchanych okazów z martwymi, szklanymi oczami – i upiorna cisza.
***
Upiorne luki w tkance rzeczywistości próbuje wyjaśnić Stanisław Lem w opowiadaniu Jak ocalał świat, na które trafiłam mniej więcej w tym samym czasie, co na parapsychologiczny serial i książkę z makabrycznymi obrazkami.Dawno, dawno temu dwóch wynalazców spierało się o możliwości skonstruowanej przez jednego z nich Maszyny robiącej wszystko na literę „n”. Po kilku zakończonych pomyślnie testach (Maszyna poprawnie wykonała nie tylko neutrony, naparstki i nimfy, ale też zadania bardziej podchwytliwe: naukę i nice), drugi z wynalazców, powodowany zawiścią i zadufaniem, kazał jej zrobić nic. Maszyna posłusznie zaczęła wykonywać zadanie, sukcesywnie usuwając ze świata różne rzeczy – począwszy od tych na literę „n”. Zanim przejęci zgrozą wynalazcy zdążyli ją powstrzymać, części usuniętych elementów na inne litery nie dało się już przywrócić: świat został nieodwracalnie podziurawiony nicością. Od tej pory, choć możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, żyjemy w rzeczywistości uboższej o wytrzopki, pćmy i murkwie. Nic, gdzie powinno być coś.
Zadufanie, bezmyślność i chciwość pozbawiły nas nie tylko kambuzel, gryzmaków i gołębia wędrownego – ale też uchatki japońskiej, wilka tasmańskiego czy reliktowca małego. Liściowca leśnego, szczurzynka koralowego i kowalika bahamskiego. O kontekstach i konsekwencjach bycia w świecie naznaczonym brakiem opowiadał w grudniu zeszłego roku norweski filozof Arne Johan Vetlesen na konferencji zorganizowanej przez centrum badawcze The Culture of Grief na Uniwersytecie w Aalborgu. Przyglądając się reakcjom emocjonalnym na katastrofę klimatyczną Vetlesen przywołuje koncepcję przesunięcia punktu odniesienia. Każde z nas ma predyspozycję, by traktować przyrodę, jaką pamięta z dzieciństwa, jako pewien stan „normalny”, stanowiący podstawę dla naszych wyobrażeń i oczekiwań. Z czasem nasza rzeczywistość zmienia się: klimatyczny kryzys zaburza rytm pór roku, przesuwa się zasięg roślinności, gatunki wymierają. Urodzeni po nas zastają świat nieco uboższy, bardziej zdegradowany, w dalszym punkcie na ścieżce katastrofy i straty – i ten punkt staje się dla nich nową normalnością. Z czasem, spekuluje filozof, żywe obecnie zjawisko żałoby klimatycznej wyczerpie się: kolejne pokolenia przestaną doświadczać straty – trudno rozpoznać i głęboko przeżywać brak czegoś, czego się nigdy nie doświadczyło. Podobnie, choć raczej nie odczuwamy na co dzień dojmującego braku gołębia wędrownego, nasze doświadczenie świata jest zawsze już uboższe o jego nieobecność, będącą jeszcze jednym zwiastunem upiornej pustki, która po nas zostanie.
Próbuję skończyć tekst na Dzień Ziemi, ale wpadam na dwie doby w ponurą internetową otchłań zagrożonych i wymarłych gatunków. Przewijam nie kończące się litanie łacińskich nazw, gapię się na zdjęcia liściowców, szczurzynków i kowalików, martwię o przyszłość aksolotla, suhaka stepowego i pacyficzki żałobnej. Szukając odpowiedzi na klimatyczną depresję w naznaczonym rozpaczą i stratą powojennym tekście Żałoby i melancholii Freuda, Vetlesen znajduje ucieczkę do lasu. Człowiek pogrążony w smutku oddala się w miejsce odosobnienia – do świata natury, która daje mu przestrzeń na ukojenie bólu i uleczenie zranień. Obcowanie z czymś kompletnym i ponadczasowym, trwałym w cyklicznej zmienności, może pomóc w odzyskaniu poczucia skali, właściwych proporcji, czasowej perspektywy wykraczającej poza indywidualną rozpacz. Jednak przyroda może stanowić formę pocieszenia tylko tak długo, jak długo sama nie stanie się źródłem cierpień. Jej niszczenie jest jednym z przejawów ludzkiej autodestrukcji; zgodnie z poleceniem Maszyna robi nic. Łapię się na tym, że podczas pisania artykułu wymieniam tapety w komputerze na bardziej zielone: pochmurne niebo nad morskim wybrzeżem zastępuję zdjęciem zarośniętej chwastem, opuszczonej szklarni. Odkąd pandemia zamknęła nas w domach, pozostały nam tylko powierzchowna pociecha cryptid/cottagecore’u, memy z mchu i paproci oraz personalizacja sprzętów elektronicznych.
***
Ostatnia repryza przed finałową kodą. Wspomnienie parapsychologicznego serialu wpycha mnie w niezwykły czasowy splot: zjawiska mieszają się ze sobą, znaczenia są wymienne. 1914, 1999, 2020 – trzy osobliwe punkty, w których czas wydaje się cienki, zużyty, przetarty: kiedy zmruży się oczy, łatwo zauważyć, że coś przezeń prześwituje. Nie metafizyczne nawiedzenia, ale uporczywe długie trwanie – gdzieś poza polem widzenia, pod progiem świadomości, na marginesach uwagi. To nie szczelina w czasie, z której coś niespodziewanie wypada, nikt nie przechodzi na drugą stronę fluorescencyjnej bramy, po prostu konfrontujemy się nagle z częścią rzeczywistości, która, choć zawsze obecna, nie była nam dostępna. Jeden z bohaterów zaczyna ukrywać przed kolegami nasilający się kaszel. Inny dziwi się, że choroba może być tak groźna, „przecież to tylko grypa”. Grupa badaczy zostaje poddana dwutygodniowej kwarantannie, więc łączy się z resztą zespołu za pośrednictwem wideokonferencji. Jak szybko uda się przygotować szczepionkę? Gdyby twórcy mieli fantazję umieścić akcję serialu w niedalekiej choćby przyszłości, moglibyśmy mówić o niesamowitym, niemal nadprzyrodzonym zbiegu okoliczności.
Ów zapętlony determinizm znajdziemy także w Fisherowskiej konfrontacji z nadnaturalnym: w złych przeczuciach, ponurych zwiastunach i zimnym dotyku przeznaczenia to, co dziwne łączy się w niepokojący sposób z tym, co upiorne. „Pojęcie losu jest dziwne – wyjaśnia Fisher – ponieważ sugeruje wypaczone formy czasu i przyczynowości, obce zwykłej percepcji, ale jest również upiorne, ponieważ stawia pytania o sprawczość: kim lub czym jest byt, który utkał los?”. (Aby niesamowitym splotom przypadku lub przeznaczenia stało się zadość, punktem wyjścia Fishera do snucia refleksji o losie jest proza Daphne du Maurier, autorki zekranizowanych przez Hitchcocka Ptaków.) Nadnaturalna nieuniknioność przeznaczenia ma w sobie bezlitosność demiurgicznego mechanizmu, którego, raz nakręconego i puszczonego w ruch, nie da się już zatrzymać. Jest groza i ulga w poddaniu się czemuś, co nas przekracza, sprawczości i intencjonalności usytuowanym poza ludzką skutecznością, kontrolą i pojmowaniem rzeczywistości. Jednocześnie jednak ta profetyczna pętla, osobliwa figura rymującego się czasu, generuje paradoks tyleż tragiczny, ile komicznie wręcz edypalny: katastrofa jest uprzednia i nieunikniona, a zarazem sami jesteśmy sobie winni.
Do Czynnika PSI wróciłam mając w planach tekst o serialach-podróbkach, niskobudżetowych odpowiedziach na odnoszące sukces franczyzy, ale zabłądziłam, prowadzona gołębim truchtem, na pokrętnych ścieżkach fałszywych wspomnień i przypadkowych skojarzeń, niesamowitych zbieżności znaczeń i nadprzyrodzonych zbiegów okoliczności – a przynajmniej miło byłoby w ten sposób myśleć o tematycznych splotach wątków z życia i ekranu. Nadnaturalne sprawstwo niosłoby upragnioną ulgę, umożliwiało zrzucenie odpowiedzialności na coś spoza ludzkiej skuteczności, kontroli i rozumienia. Nie oszukujmy się jednak: to nie nadprzyrodzona zagadka, to tylko wypuszczone rano ptactwo wraca na noc do gołębnika, ciemną burzową chmurę zapowiada ogłuszający huk skrzydeł.
Dziś wiemy już, że nieprawdą jest jakoby – jak stwierdza jeden z bohaterów odcinka o epidemii – „hiszpanka zniknęła równie nagle i tajemniczo jak się pojawiła”; zjawiska mają swoje przyczyny, przebieg i konsekwencje, ale puszczoną w ruch Maszynę można jeszcze zatrzymać. Łatwo rozpoznamy, że niesamowite podobieństwa i nawiedzone predykcje są po prostu zestawem trafnych ekstrapolacji. Przepowiednie opublikowanego w styczniu 2011 raportu OECD Future Global Shocks, profetyczna okładka „Timesa” z maja 2017 czy prognozy Global Preparedness Monitoring Board z września 2019 to nie natchniona futurologia ani paranormalne wróżby z gołębich trzewi – to recytowane zrezygnowanym głosem zmęczonej Kasandry smętne zwiastuny przyszłych potworności. Ptasia nieobecność pozostaje upiorna, ale epidemia nie jest dziwna – jest logiczną konsekwencją naszych działań i zaniechań.

