pandemia

Od dziesięciu lat współtworzę teatr dla dzieci, młodzieży i rodzin w Polsce. Ponieważ jestem przede wszystkim pedagożką teatru, bliskie mi są działania – tak warsztaty, jak i spektakle – świadomie i głęboko angażujące ludzi, umożliwiające wielopoziomową partycypację, oparte na budowaniu relacji. Zawodowo pełnię też funkcję producentki, tour menedżerki, koordynatorki programów, krytyczki czy kuratorki.

W pierwszym sezonie pandemii, wiosną 2020 roku, po zaledwie kilku tygodniach zamknięcia w domach i zamknięcia instytucji kultury – co, o ironio, wydawało się już długim czasem – nie brakowało prób przewidzenia przyszłości. Przyszłości wirusa i świata, rzecz jasna, ale także – choć trochę bardziej nieśmiało podejmowanych – przyszłości kultury, a w tym teatru.

Przyszła epidemia, spotykanie się zostało sklasyfikowane jako niebezpieczne, a wiele miejsc musiało zostać zamkniętych. Ten czas poświęciliśmy, a właściwie musieliśmy poświęcić, na nabywanie kompetencji cyfrowych. Nauczyliśmy się zdalnie spotykać, korzystać z wirtualnych tablic i map myśli, może także przesyłać i podpisywać elektroniczne dokumenty. Część z nas rozwinęła kompetencje analogowe i nauczyła się szyć na maszynie, gotować czy szybciej czytać. Pandemia na pewno stała się okazją do samorozwoju, chociaż nie wszystkim się to udało i w ogóle mogło się udać.

Ukazał się nasz nowy numer – podwójny, listopadowo-grudniowy. Nieplanowany w tym kształcie. Wirus przeorał nam redakcję, wyłączył na dłuższą chwilę osoby kluczowe, potem już nie było jak dogonić czasu. Trzeba było inaczej układać materiał, komponować jeden zeszyt o zwiększonej objętości. A koleżanki i koledzy, choć zaszczepieni jak należy, przeszli swoją covidową ścieżkę, nieprowadzącą na szczęście przez szpital i respiratory, ale wystarczająco niemiłą, żeby dobrze wiedzieć to, co powinni wiedzieć wszyscy: to nie jest jakaś taka „grypka”.

  •