zrzut_ekranu_2026-01-26_161918.png

+21, odczuwalne jako -37
NOTATKI NA MARGINESIE WSPÓŁCZESNEJ BIAŁORUSKIEJ SZTUKI
Kilka dni temu zobaczyłem na YouTube nagranie jednego z wydarzeń festiwalu teatralnego w Tel Awiwie: aktorzy z różnych krajów postsowieckiej przestrzeni czytali z podziałem na role sztukę białoruskiej dramatopisarki Maryi Białkowicz Miejsca, na których zostały ślady. W sztuce przeplatały się cztery języki, ponieważ w jednej ze scen troje bohaterów – Białorusin, Ukrainka i Żyd – mówi każdy w swoim języku, a mimo to rozumieją się nawzajem. A razem z językami, chwytając słuchaczy za żywe emocje, wybrzmiewały również białoruskie, ukraińskie i żydowskie traumy.
Gdy ucichły długie oklaski, na łącze przez Zoom weszła sama białoruska autorka i otrzymała falę komplementów za to, jak dobrze przetopiła w tekst artystyczny tragiczne wydarzenia najnowszej historii. Wyraźnie się zmieszała, a potem powiedziała, że napisała sztukę nie po 24 lutego 2022 roku, lecz znacznie wcześniej – jeszcze w 2020.
I wtedy z kolei zmieszali się obecni widzowie. „Jak udało ci się tak dokładnie przewidzieć tragedie w Ukrainie i w Izraelu?” A ja oglądałem nagranie z mieszanymi uczuciami i nie mogłem pozbyć się myśli, że autorkę chwalą za „proroctwa” z 2022 roku, ponieważ wszyscy (albo prawie wszyscy) całkowicie (albo prawie całkowicie) zapomnieli o wydarzeniach w Białorusi w 2020 roku, którym właśnie była poświęcona sztuka.
Co dzieje się z ludzką pamięcią? Jeszcze jesienią 2021 roku ze wszystkich stron rozlegały się komplementy pod adresem Białorusinów za ich (nasz) pokojowy protest lata i jesieni 2020 roku. Za setki tysięcy (do pół miliona) ludzi, którzy jednocześnie wychodzili na marsze na ulice białoruskich miast. Za kreatywność tych protestów – piosenki i wiersze, tańce i performanse prosto na placach, nieoczekiwane, błyskotliwe plakaty na ulicach i w mediach społecznościowych. Ubrane na biało nieuzbrojone kobiety, które odważnie wychodziły naprzeciw uzbrojonym po zęby ludziom w czerni. I kwiaty, kwiaty, kwiaty – jako sygnał solidarności i wsparcia dla „swoich”, ale też próba jak najbardziej bezprzemocowego oddziaływania na przeciwników. Za tysiące wolontariuszy, którzy rzucili się na pomoc osobom dotkniętym milicyjną przemocą. Tak jak niedługo wcześniej masowo pomagali lekarzom w walce z Covidem, podczas gdy białoruski reżym kłamliwie ukrywał przed ludźmi prawdę o chorobie i śmierci.
Za nowy sposób pokojowych protestów, gdy masowe marsze na alejach i placach stały się już niemożliwe – niemal „partyzancki” ruch podwórkowy. Kiedy każdego wieczoru w setkach miejsc Mińska odbywały się nawet nie wiece, lecz raczej spotkania z udziałem setek jeszcze wczoraj zupełnie sobie obcych sąsiadów. Ci sąsiedzi zaczęli się gromadzić, poznawać nawzajem, pić razem herbatę, ozdabiać swoje podwórka i skwery światełkami oraz wstążkami w białoruskich narodowych barwach biało-czerwono-białych (surowo zakazanych przez reżym). W pewnym momencie na takie spotkania zaczęto zapraszać muzyków z koncertami akustycznymi, intelektualistów z wykładami, poetów z czytaniem wierszy. (Mówię tylko o tym, w czym sam wielokrotnie uczestniczyłem w październiku-listopadzie 2020 roku.)
A już wiosną 2022 roku Białorusini musieli wtulać głowę w ramiona, gdy ze wszystkich stron spadały oskarżenia o współudział w rosyjskiej wojnie przeciwko Ukrainie. Bo ani tysiące więźniów politycznych w więzieniach Łukaszenki, ani setki tysięcy zmuszonych do emigracji, ani reszta Białorusinów, którzy przestali czuć się gospodarzami we własnym kraju, zagnani represjami do wewnętrznej emigracji, nie mogło zatrzymać rosyjskich czołgów i rakiet, które szły i leciały w stronę Ukrainy przez terytorium Białorusi.
(Pamiętam mój pierwszy międzynarodowy festiwal w Polsce już w statusie uchodźcy politycznego. Moderator dwoma zdaniami przedstawiał gości z innych krajów, a o mnie i o drugiej białoruskiej uczestniczce opowiadał przez pięć minut, wyliczając nasze wątpliwe zasługi w walce z reżymem. Czy nie dlatego, że te pięciominutowe laudacje miały choć trochę zrównoważyć słowo „Białoruś” w naszym CV?)
A jeszcze kilka miesięcy później o Białorusi i Białorusinach po prostu zapomniano. Bo nagle otworzyły się (i to nie jeden!) jeszcze głębsze kręgi piekła. Ale chodzi o to, że wraz ze zniknięciem kraju Białoruś z międzynarodowych doniesień i światowej agendy geopolitycznej problemy białoruskie w żaden sposób się nie rozwiązały. Piekło pozostało piekłem, więźniowie – więźniami, a ich kaci – katami. Z jedyną różnicą: do poczucia strachu i rozpaczy wobec przemocy i niesprawiedliwości dołączyło uczucie zapomnienia i opuszczenia przez wszystkich. Więc może nas naprawdę nie ma – i nigdy nie było? Po prostu przyśnił się krótki sen o przebudzeniu naszego społeczeństwa i nadziei na szczęśliwą przyszłość, z którego brutalnie obudziła dzisiejsza rzeczywistość? Dokładnie do takiego piekła zaprasza czytelników i czytelniczki, widzów i widzki współczesna białoruska dramaturgia. W sztuce Maryi Białkowicz ten krąg piekła został nawet nazwany z imienia: „Chujnia. Kompletna chujnia”.
Interpretatorzy Shakespeare’a z różnych epok wielokrotnie spierali się, czy duński książę udaje swoje szaleństwo w celach strategicznych, aby łatwiej było zrealizować zamierzony plan, czy też spadło na niego jednocześnie tak wiele prób, że każdy na jego miejscu naprawdę straciłby rozum. Jednoznaczna odpowiedź nie jest wcale potrzebna.
To samo dzieje się z bohaterką białoruskiej sztuki, która uporczywie nie chce (albo po prostu nie może) odpowiadać na natrętne pytania, które z każdej strony zadają jej inni. Co się z nią stało? Nic nie pamięta, bo wszystko zapomniała? A może świadomie lub podświadomie stara się wszystko wymazać z pamięci? A może wszystko pamięta i nigdy nie zapomni, ale z oczywistych powodów nie chce o tym mówić głośno? Bo i tak nie poczułaby się bezpiecznie, niezależnie od tego, ile inni by jej wmawiali, że wreszcie jest bezpieczna? Bo każde słowo może być użyte przeciwko niej? W sztuce na takie pytania odpowiada się, używając bardzo białoruskiego memu: „A wy w jakim celu się interesujecie?”. Po czym słychać „zakulisowy sitcomowy śmiech”.
Niedopowiedzenia i aluzje tworzą bardziej niepokojącą atmosferę, niż zrobiłoby to nazywanie rzeczy po imieniu. I lepiej niż badania naukowe czy teksty publicystyczne mówią o współczesnej Białorusi. O przebudzeniu i szybkim kształtowaniu się białoruskiego społeczeństwa w 2020 roku, któremu, niestety, nie pozwolono ostatecznie się obudzić i ukształtować. O naszej historii, w dużej mierze nam samym nieznanej, bo tyle razy starannie wymazywanej przez różnych okupantów i kolonizatorów – i o rozpaczliwych próbach przypomnienia sobie czegokolwiek, choćby na poziomie mglistych snów, brutalnych absurdalnych bajek i nie zawsze zabawnych cynicznych żartów. Warto przypomnieć choćby taki, z pozoru rutynowy żart o pogodzie: „+21, odczuwalne jako -37”.
Nie-Białorusinom trzeba już tłumaczyć represje jeszcze sprzed wojny, kiedy system rozliczał się z protestującymi z 2020 roku, gwałtownie doganiając najgorsze czasy stalinizmu – rok 1937 z jego masowymi represjami. Białoruś jest jedynym europejskim krajem, w którym nie zniesiono kary śmierci, i jedynym postsowieckim krajem, w którym KGB nawet nie zmieniło swojej nazwy, bo dzisiejsi przestępcy czują się duchowymi spadkobiercami stalinowskich katów. Warto przypomnieć byłego ministra spraw wewnętrznych, który lubił fotografować się w mundurze oficera NKWD z czasów Stalina.
Nie-Białorusinom być może trzeba też tłumaczyć, dlaczego możliwi przodkowie bohaterki rozmawiają między sobą po białorusku, po ukraińsku i po żydowsku, i nie mają przy tym żadnych barier komunikacyjnych. Białoruś lat dwudziestych dwudziestego wieku była jeszcze wielokulturowa – tak bardzo, że miała nawet cztery języki urzędowe: białoruski, rosyjski, jidysz i polski (tak!). Białoruska wielokulturowość nie przetrwała represji stalinowskich, Holokaustu i powojennej rusyfikacji, która się nie zatrzymała (tylko nasiliła) za czasów Łukaszenki.
Ale coś podobnego zdarzyło się też w historii Polski – społeczeństwo niegdyś wielokulturowe stało się jednokulturowe w jeszcze większym stopniu niż w Białorusi. I teraz polscy czytelnicy naszej wielojęzycznej sztuki są zmuszeni czytać jej przekład jako jednojęzyczny. I tylko w spisie osób podaje się, że ktoś z nich zna język białoruski, ktoś ukraiński, a ktoś jidysz. „A co za różnica? – powiedziałby tu bohater-Białorusin. – Przecież i tak nic takiego się nie zdarzyło. Nic z tego nigdy się nie zdarzyło.

