01_dsc_8116_m.zakrzewski_.jpg

Michał Przybyła, Dominik Więcek, „Bromance”, Scena Robocza w Poznaniu, 2018. Fot. Maciej Zakrzewski

(Nie)męskość

Marcin Miętus
Przedstawienia
05 kwi, 2019

Michał Przybyła i Dominik Więcek, twórcy i pomysłodawcy spektaklu, są przyjaciółmi. Znają się od lat, pracują w jednym teatrze. Podczas kolejnych wspólnych prób w Polskim Teatrze Tańca w Poznaniu w wpadli na pomysł, by stworzyć spektakl mówiący o przyjaźni i czerpiący z ich doświadczeń. Michał i Dominik używają w spektaklu własnych imion, padające ze sceny anegdoty są zapewne zaczerpnięte z ich życia. Autobiografizm nie jest jednak zasadą spektaklu, stanowi raczej punkt wyjścia do bardziej ogólnych refleksji na temat kumpelstwa, czułości i funkcjonowania młodego mężczyzny we współczesnym świecie. Świecie pełnym odgórnych oczekiwań dotyczących męskości – tej heteroseksualnej i homoseksualnej.

Michała i Dominika oprócz profesji i miejsca pracy łączy wrażliwość i poczucie humoru. Dobrze to zresztą widać na scenie. Jak choćby w zabawnej anegdocie z poczekalni u lekarza medycyny pracy i zawiedzionych oczekiwaniach: jeden był przekonany, że to dobry moment na związanie znajomości, ale drugi wolał zająć czas oglądaniem śmiesznych filmów na youtubie. Czy w pomyśle Dominika na kolejny tatuaż u Michała – zdaniem przyjaciela powinien wydziarać sobie jego imię. Po kilku latach znajomości tancerze mogą śmiało powiedzieć, że łączy ich bromance, czyli męsko-męska przyjaźń, która nie jest skupiona jedynie na wspólnym wychodzeniu na piwo, do kina czy na podryw. To relacja oparta na czułości, także fizycznej, w której wiele rzeczy można powiedzieć, w każdej chwili przytulić i nie ukrywać swoich emocji, nawet tych najtrudniejszych.

Emocje. W reprezentacjach mężczyzn w kulturze (zwłaszcza popularnej) często są one ukrywane lub spychane na bok. Chłód i zdroworozsądkowy ogląd rzeczywistości to cechy faceta idealnego, opisywanego przez lifestylowe magazyny. W Bromance emocji jest wiele, a ich amplituda jest wysoka, ponadto są one spójne z wrażliwością bohaterów. Tekst powstał przede wszystkim na podstawie doświadczeń twórców; do tego doszły badania – od reportaży po magazyny typu „Men’s Health”, tworzące normy męskości, które w spektaklu stają się przedmiotem krytyki. Dramaturgia spektaklu (opieka Anny Królicy) jest czytelna i bardzo wyważona. Są tu sceny poruszające, są takie na granicy żenady (tekst „a co na to Kayah?”, zwieńczony popisowym wykonaniem jej piosenki Testosteron), ale jej nie przekraczające. To zabawa różnymi stylami wypowiedzi i różnymi językami teatru. Podobnie rzecz ma się z ruchem tancerzy: od początku wydaje się on niezwykle zindywidualizowany; odmienne gesty i psychofizyczność wykonawców dobrze podkreślają kolory zapaśniczych trykotów – niebieski i czerwony. Od bokserskich, intensywnych fizycznie sekwencji przechodzimy do subtelnego tańca, opartego na partnerowaniu. 

Jedynym rekwizytem znajdującym się na scenie jest granatowy materac, który nie tylko stanowi pole walki dwójki młodych mężczyzn, lecz w razie potrzeby stanie się schronieniem, workiem treningowym przyjmującym zadany w napięciu cios czy podium dla młodego zwycięzcy. 

02_dsc_6419_m.zakrzewski_.jpg

Michał Przybyła, Dominik Więcek, „Bromance”, Scena Robocza w Poznaniu, 2018. Fot. Maciej Zakrzewski

Trudno mówić o tożsamości bez cielesności, zwłaszcza w tańcu. Działania fizyczne oddają nie tylko emocjonalną stronę więzi między bohaterami, ale – wystawione na pokaz w bliskim, niekiedy bezpośrednim kontakcie z widownią – odzwierciedlają liczne kompleksy. Ciała, mimo że smukłe i wysportowane, nie są pozbawione wad. Więcek w przejmującej scenie opowiada o trudach dojrzewania związanych ze swoją fizycznością. Duże wrażenie robi zwłaszcza wyznanie dotyczące patrzenia, a raczej odwracania wzroku od spojrzenia obcych mężczyzn. Więcek, androgeniczny o wysokim głosie, do perfekcji opanował utrzymywanie wzroku drugiego mężczyzny, na swój sposób adaptując się do funkcjonującego w określonych ramach społeczeństwa. W spektaklu wybrzmiewa też temat pogardy ze strony innych ludzi, z jaką często spotykają się osoby niepasujące do arbitralnie narzucanego wzorca męskości.

Mówi się o kryzysie męskości. Sztuka ten problem zdiagnozowała właściwie w przełomie modernistycznym, o czym w kontekście teatru piszą autorki i autorzy zredagowanej przez Agatę Adamiecką-Sitek i Dorotę Buchwald książki z serii Inna scena dotyczącej konstrukcji męskiej tożsamości w polskim dramacie i teatrze. 1 Jednak temat jest cały czas obecny. Wystarczy spojrzeć na twórczość Cezarego Tomaszewskiego i jego ostatni przebój teatralny Cezary idzie na wojnę czy nawet jego rewers – Teorię smutnego chłopca, queerujące otaczającą nas rzeczywistość. Prości, zacni, wielkoduszni (i z pewnością nadający się do służby wojskowej) – to o takich facetach śpiewała Danuta Rinn, o takich w dalszym ciągu upomina się konserwatywne społeczeństwo. Choć niektóre koncerny i media zdają się iść z duchem czasu, proponując nowoczesne wzorce męskości, to kontrowersje, jakie wywołują świadczą o tym, jak głęboko patriarchat, oparty w tym przypadku na hegemonicznej męskości, zakorzeniony jest w społeczeństwie. Próby zdekonstruowania klasycznego wzorca, jak uczynili to choćby twórcy głośnej reklamy Gilette, powodują niemałe oburzenie wśród samozwańczych samców alfa.

Mężczyzna nienormatywny ma pod górkę. Wiedzą to z pewnością i Więcek, i Przybyła. Mówią o tym na scenie, ale nie robią tego pozycji wyższości, umiejętnie podważając stereotypowe cechy przypisywane płci męskiej. Autorefleksyjnych tancerzy temat przyjaźni między mężczyzną heteroseksualnym a homoseksualnym interesuje szeroko, w różnych aspektach. Spektakl nie jest przeładowany tyradami czy wyznaniami, które publiczności odebrałyby komfort. Widzki i widzowie stają się niejako partnerami performerów. Wciągani w bezpieczne interakcje mogą stać się ojcem z opowieści o wypadach na ryby lub drzewem podtrzymującym hamak z ciała tancerza, zwisającego pomiędzy krzesłami na widowni. Młodzi twórcy nie stosują autoterapii. Padające ze sceny słowa są lekkie i dowcipne, a w dodatku bawią się z oczekiwaniami widzów. Jasno daje o tym znać otwierająca scena, w której w całkowitej ciemności słyszymy jedynie napierające na siebie ciała i charakterystyczne odgłosy wydawane podczas fizycznego wysiłku; lub stosunku. Gdy światło zapala się, oczom widzów ukazuje się dwóch młodych mężczyzn ubranych w obcisłe trykoty i ochraniacze na głowę, uprawiających sparing. 

Prości, zacni, wielkoduszni (i z pewnością nadający się do służby wojskowej) – to o takich facetach śpiewała Danuta Rinn, o takich w dalszym ciągu upomina się konserwatywne społeczeństwo.

Przybyła i Więcek wytwarzają na scenie pole pozytywnej energii, posługując się dobrze znaną w auto-teatrze strategią empatii. I nie chodzi o to, że artyści proszą widza o zrozumienie, współczucie bądź próbują się mu przypodobać – oni po prostu dają się poznać. Polubić albo nie. A przede wszystkim pozwalają uwierzyć w budowane na scenie postaci, które stają się bliskie, bo w gruncie rzeczy rozpoznajemy w nich osoby, które spotykamy codziennie na ulicy, w sklepie, w teatrze. Dzięki tym wypowiedziom, wygłaszanych we własnym imieniu, zawieramy z nimi przymierze nie tylko na czas trwania spektaklu. Poczucie bezpieczeństwa i zawiązania wspólnoty zostaje na dłużej. Od Michała i Dominika można uczyć się otwartości, wyrażania emocji i własnych potrzeb, ale też unikania wykorzystywania słabych stron bliskiej osoby.

Bromance to opowieść o męskiej przyjaźni i budowaniu męskości w polu nienormatywnej wrażliwości, czułości w świecie pełnym agresji i mowy nienawiści. Artyści świadomie i z dystansem dekonstruują stereotyp męskiej szatni i kategorie sportowe przeznaczonego wyłącznie dla heteroseksualnych mężczyzn. Homoerotyczna energia zapasów zostaje tu wzięta w podwójny nawias – za sprawą pierwszej sceny czy kolejnej, w którym jeden z tancerzy droczy się (a nawet flirtuje) z drugim. Dwuznaczny jest również moment w materacu-namiocie, do którego wskakują obaj z widoczną uciechą. To zachowania, które mogą sugerować, że między bohaterami jest coś więcej niż przyjaźń. To jednak chwyt artystów, którzy nie boją się autoironii. 

03_dsc_6687_m.zakrzewski_.jpg

Michał Przybyła, Dominik Więcek, „Bromance”, Scena Robocza w Poznaniu, 2018. Fot. Maciej Zakrzewski

Napierające na siebie spocone ciała łączą się i w bojowym uścisku, i w zmysłowym tańcu. Zjawiskowe tango, stanowiące właściwie połączenie tych dwóch energii, rozbrzmiewa przy akompaniamencie akordeonu na żywo (gra Przemysław Degórski). Taniec, wywodzący się z kultury południowoamerykańskiej, często naznaczonej niewolnictwem, wykonywany był pierwotnie przez dwóch mężczyzn. Kojarzony z domami publicznymi, czym budził przez dekady sporo kontrowersji, w pewnym momencie, jak wiele innych tańców towarzyskich, został skolonizowany i odgrywany dla rozrywki. W tangu Więcka i Przybyły można zobaczyć coś niezwykłego – relację niemal intymną i niesłychanie bliską, ale pozbawioną ładunku erotycznego. Doskonale widać to również w finale spektaklu. Piękno ostatniej sceny tkwi między innymi w jej przedłużeniu; miarowe oddalanie się i powracanie stanowi doskonałą refleksję na temat międzyludzkich relacji. Tak wyjątkowych jak bromance Dominika i Michała.

  • 1. Koniec męskości? Konstrukcje męskiej tożsamości w polskim dramacie i teatrze w perspektywie gender i queer, pod redakcją Agaty Adamieckiej-Sitek i Doroty Buchwald, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, Warszawa 2011.

Udostępnij

Marcin Miętus

Absolwent teatrologii na UJ, redaktor portalu e-splot.pl.