resi_was_ich_vergessen_habe_-_naffie_janha_c_sandra_then_0.jpg

Anna Karasińska "Was ich vergessen habe", Residenztheater, Monachium, 2025, reż. Anna Karasińska, fot. Sandra Then.

Nagle uświadomiłem sobie, że zapomniałem o spektaklu i to wcale nie świadczy o nim źle

Szymon Golec
Przedstawienia
05 sty, 2026
Styczeń
2026

Muszę przyznać, że gdy mam okazję zobaczyć nowy spektakl Anny Karasińskiej, to gnam do teatru niczym struś pędziwiatr. Nie inaczej było w przypadku Was ich vergessen habe pokazywanego w ramach festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Spektakl został wyprodukowany w monachijskim Residenztheater , tam też miał premierę 14 marca 2025 roku.

Wchodząc do sali teatralnej widzimy skromną scenografię składającą się z krzeseł i podłużnych siedzisk przypominających te z przychodnianych poczekalni. Biała ściana oraz stolik z karafką wody i szklankami wzmacnia to wrażenie. W dalszym planie można zauważyć jakieś formy przypominające może głazy, a może części obalonych dawno posągów. Przestrzeń nabiera cech liminalnych – elementy dobrze znanych, uczęszczanych miejsc, zdają się mieć w sobie coś osobliwego i lekko przerażającego.

Na scenę bardzo powoli wychodzą aktorzy: Sibylle Canonica, Steffen Höld, Patrick Isermeyer, Naffie Janha i Pujan Sadri. Przypominają osoby starsze, schorowane, idą niepewnie, zatrzymują się co jakiś czas i rozglądają dookoła. Steffen zdejmuje kurtkę i podaje ją osobie siedzącej w pierwszym rzędzie mówiąc zmieszany: „Danke, uhm sorry, thank you”. W końcu dochodzą do miejsc siedzących znajdujących się na scenie. Chwile tak trwają, po czym wstają i jak gdyby nigdy nic, wychodzą – nagle odmłodniali. Wchodzą ponownie, znów starsi, stają w szeregu i zaczynają mówić o tym co zapomnieli, bądź co sobie przypominają. Dzielą się najróżniejszymi rzeczami – pierwszymi miłościami i zerwaniami, opowieściami o pracy i okresach biedy, szczęśliwymi chwilami z najbliższymi i wspomnieniami śmierci tychże.

Was ich vergessen habe prowokuje do ponownego zastanowienia się nad językiem teatralnym Karasińskiej, który jest specyficzny: z jednej strony cechuje go ograniczenie bodźców i korzystanie z ciszy, z drugiej wręcz kipi od emocji i afektów. Artystka stroni od epickich narracji, posługuje się zdawkowym tekstem – w którym często posługuje się elipsą – aktorzy grają oszczędnie, a sam status teatru, kondycji aktora, możliwości przeprowadzenia opowieści jest w jej pracach wielokrotnie podważany.

Łapię się na tym, że dzięki obecnej w jej spektaklach ciszy i skoncentrowanej grze aktorskiej, siedząc na widowni przenoszę się w pewną medytacyjną przestrzeń, w której mam możliwość swobodnego przeżycia tego, co dany spektakl oferuje. Nie muszę skupiać się na analizie tekstu, obrazu, dźwięku, mogę skoncentrować się na własnym oddechu oraz samemu zadać sobie tytułowe pytanie: o czym zapomniałem? Jej prace są zresztą nie tyle spektaklami, ile czymś w rodzaju obecności – współistnienia w jednej przestrzeni: aktorów i widzów – których nie dzieli żadna ściana, a wręcz zostają połączeni przez materiał performowany na scenie.

W monachijskim spektaklu reżyserka świetnie gra też z samą teatralnością: w pewnym momencie aktorzy ubierają kaftany obciążające i utrudniające ruch oraz maski starszych ludzi. Ta metamorfoza nie jest przed nikim ukrywana: proszą się wzajemnie o pomoc w założeniu kurtki, przypięciu rzepów na kamizelce, a my jako widzowie jesteśmy świadkami procesu ich przemiany, która w tym przypadku wcale nie jest metafizyczna – motoryka ich ciał, energia bycia w przestrzeni zmienia się pod wpływem realnego ciężaru.

Te drobne gesty rozmontowujące skostniałe myślenie o teatrze jako spójnym doświadczeniu rzeczywistości, która w istocie jest sztuczna, kierują naszą uwagę na coś zupełnie innego – bardzo subtelne przejście z sensu do sensualności. Jako widz nie czuję presji dekodowania znaków, gestów, ruchów, słów tekstu dramatycznego w celu poszukiwania czegoś więcej, czegoś spoza sytuacji, w której jestem. Raczej to te znaki, gesty, ruchy, słowo mówione wpływa na mnie w taki sposób, że mimowolnie zaczynam współistnieć z nimi, zostaje mi oddana pewna sprawczość polegająca na tym, że wyciągnę z tej sztuki tyle ile sam jej siebie dam. Może raczej – ile z niej przyjmę.

Postacią centralną większości scen jest ta grana przez Naffie Janhę. W pewnym momencie pozostaje ona jedyną osobą, której opadnięcie kurtyny nie przywraca młodości. Otaczające ją osoby są bezradne i załamane jej stanem. Proponują jej spacery, próbują rozmawiać, ona jednak nie zawsze ich poznaje, myli z swoimi dawnymi znajomymi. Mniej lub bardziej agresywnie prosi o to, by w końcu dali jej spokój i opuścili jej mieszkanie. Tekst jest urywany, a dramaturgia tych scen przypomina mętne wspomnienie, sen, który przypominamy sobie we fragmentach już po porannej kawie.

W pewnym momencie Naffie kładzie się na ziemi, a w kominku stojącym po prawej stronie sceny zapala się ogień. Zza sceny wychodzą ludzie, również się kładą, a ich ciała układają się w kształr węża. Wywiązuje się dialog między Naffie a Wężem, tekst jednak również tutaj jest enigmatyczny. Karasińska zamiast scen tworzy obrazy-symbole, sytuacje, które nie odnoszą się do żadnego znanego porządku przedstawieniowego, nie mają zakotwiczenia w teorii, nie przywołują tropów z historii kultury, a jednak są przesycone znaczeniem.

Mniej więcej w momencie pojawienia się węża przypomniałem sobie, że zapomniałem o tym, że oglądam spektakl. W innym przypadku byłoby to pewnie coś złego, w tym natomiast uważam że udało mi się poddać artystycznym narzędziom Karasińskiej, której udaje się poprzez skromne środki i niekonwencjonalne dramaturgie osiągnąć emocjonalny efekt, który Arystoteles nazywał katharsis.

Udostępnij

Szymon Golec

student Wiedzy o Teatrze na Uniwersytecie Jagiellońskim, stażysta w Gazecie Teatralnej „Didaskalia”.