targowisko_w_garwolinie_fot._zuzanna_grajcewicz.jpeg

Trudny rynek. Subiektywny ranking doświadczeń wokół rynków, ryneczków, targów, targowisk i bazarów
MAPA
W internecie często wyświetlają mi się rankingi szkół, knajp, jagodzianek, zarobków, szpitali, i tak dalej, i tak dalej. Kiedy myślę o rynku i zamykam oczy, w głowie otwiera mi się strona internetowa z „Top trzy targowisk”, kryterium klasyfikacji są moje doświadczenia. Tak się składa, że mam ich wiele i na każdym rynku czuję się jak noworodek wrzucony do wody, odruchowo wiem, jak się tam poruszać. Po jednej nutce wyczuwam, kto jest żółtodziobem, a kto starą wyjadaczką. Hasło „MADE IN CHINA” mogło przez przypadek pofarbować moje ciało na zawsze, kiedy przesiadywałam na kartonach klapek, adidasów, spodni, koszulek, koców, ręczników, piżam, i tak dalej, i tak dalej (buty robocze, „góralskie” kapcie i gumowce były – jak się mówiło – „od Polaków”).
Z uwagi na to, że jest to mój subiektywny ranking, postanowiłam przedstawić własne definicje rzeczowników opisujących miejsca, w których odbywa się handel. Nie bez powodu najczęściej używam hasła „rynek”. Wydaje mi się, że z tym jest tak, jak z wychodzeniem na dwór i na pole – ja zawsze będę szła na rynek, choć akceptuję to, że w innych miastach wychodzi się na bazar. Poza tym rynek z założenia jest miejscem tolerancyjnym, w którym przecinają się różne szlaki na skrzyżowaniu potrzeb nabycia i zbycia. To na rynkowym parkingu jest miejsce dla Bentleya i składaka. Wychowałam się na rynku, ale mam świadomość, że ktoś mógł wychować się na targowisku. Powiedzmy, że rynek nauczył mnie tolerancji.
Podejrzewam, że moje zamiłowanie do rankingów również wynika z doświadczeń z rynkiem i charakterystycznego dla niego porządkowania rzeczy. Zawsze kochałam układać na stelażach wyściełanych makulaturą majtki damskie figi od S do XXXXXXXXL, odnajdywać błąd, kiedy ktoś nieopatrznie przewiesił papierową torebkę z nasionami w innym rzędzie niż powinien, metkować…
Według internetowego Słownika Języka Polskiego rynek to: 1. plac w centrum miasta, wokół którego znajdują się budynki, a w środku często ratusz; 2. dawniej: główny plac targowy w centrum miasta; 3. całokształt stosunków handlowych i gospodarczych; 4. rejon o określonym zapotrzebowaniu na coś. Pochodzę z ośmiotysięcznego miasta, w którym nie ma rynku spełniającego kryteria pierwszej definicji. Cały rynek i ratusz został rozebrany po drugiej wojnie światowej i zapakowany w wagony towarowe, które ruszyły w stronę odbudowywanej Warszawy. Mój Dziadek Ryszard, Warszawiak, przesiedleniec, opowiadał mi, że właśnie w związku z tą odbudową z cudzych części w Warszawie na Szczęśliwicach są takie ulice jak Łobeska czy Drawska. Ich nazwy nadano w roku 1954, żeby wyrazić tym miasteczkom wdzięczność za cegły z rozbiórki poniemieckich budynków.
Wybrałam się kiedyś specjalnie na Ochotę, by przejść się ulicą Łobeską. Nie rozpędziłam się bardzo, bo ta uliczka jest krótka, ale szłam i myślałam: „A masz sobie Warszawo! Trochę się składasz z mojego/niemojego miasta”. Teraz na miejscu dawnego rynku w Łobzie mieści się Plac Trzeciego Marca, nazwany tak ku pamięci dnia „wyzwolenia” Łobza przez Armię Czerwoną 3 marca 1945 roku. Dzisiaj ten plac to parking, wokół którego w pawilonach mieszczą się między innymi: Żabka, sklep monopolowy Tanie Faje, w których faje już wcale nie są tanie, i Kebab. Rynek i ratusz łobeski spakowano kawałek po kawałku i może jakaś jego cząstka jest w murach Zamku Królewskiego. Myślę o tym zawsze, będąc na Starówce albo na Mariensztacie.
Zastanawiam się, jak wyglądałaby alternatywna wersja pierwszego polskiego barwnego filmu, musicalu w technikolorze Przygoda na Mariensztacie (reż. Leonard Buczkowski, 1953). Mogłaby to być Przygoda w Łobzie albo Przygoda w Drawsku Pomorskim, a Lidia Korsakówna jako Hanka Ruczajówna brałaby udział w rozbiórce poniemieckiego rynku i ochoczo układała na peronie łobeskiego dworca cegły w kolorze starego ratusza. Zamiast musicalu do Łobza wkroczyły jednak PGRy, a rynek powstał ostatecznie w innym miejscu – po prostu tam, gdzie odbywał się handel.
Kiedy jako mała dziewczynka trafiłam pierwszy raz na krakowski Rynek, byłam zdziwiona. Nie rozumiałam, dlaczego nie ma na nim budek i straganów, a są restauracje i pomniki? Dziś rynek w Łobzie składa się z kilku budek wyglądających jak garaże samochodowe ustawionych na betonowym placu pomiędzy Biedronką, Mrówką i Netto. Spełnia definicję numer 2, 3 i 4 internetowego Słownika Języka Polskiego.
Gdybym miała narysować drzewo genealogiczno-zawodowe mojej rodziny, to gałąź handlu byłaby najbardziej rozrośnięta. Postaram się wymienić od najstarszej do najmłodszej osoby, z którymi łączy mnie więź rodzinna i które miały do czynienia z tą branżą: ciocia Czesława, ciocia Teresa, dziadek Alfons, babcia Teresa, dziadek Ryszard, druga babcia Teresa, ciocia Mila, ciocia Marysia, wujek Paweł, ciocia Dorota, mój Tato, moja Mama, dorywczo mój brat. Pewnie kogoś pominęłam. Właściwie to wszystko zapoczątkował dziadek Ryszard, który szybko się z branży wymiksował. Pracował wszędzie, a handel to tylko jedna z rzeczy, którymi się parał. Zdążył jednak pociągnąć za sobą dużą część rodziny, co można wywnioskować z powyższego wyliczenia. Spośród ich wszystkich, jedyną osobą, która handluje nieprzerwanie do dzisiaj, jest mój ojciec. Na betonowym placu otoczonym supermarketami zostały już tylko trzy budki, ale osiemdziesięcioośmioletni Ryszard zaczyna dzień od spacerku na ryneczek.
Na rynku, podobnie, jak w branży filmowej, bardzo szybko rodzą się i rozchodzą plotki (które często okazują się być prawdziwe). I tak, przez plotkę, według której wychowałam się na rynku i płynie we mnie krew handlarki, zostałam polecona do pracy polegającej na sporządzeniu dokumentacji do programu telewizyjnego, którego akcja miała toczyć się na targowiskach w pobliżu Warszawy. Wtedy weszłam na kolejny stopień wtajemniczenia: targowiska.
Według słownika, którym się wspomagam, targowisko to: 1. miejsce, gdzie odbywają się targi; 2. handel towarami, zwłaszcza produktami rolnymi; plac targowy; ogół sprzedających i kupujących; targ. Targi kojarzą mi się raczej z miejscem dla biznesmenów niż handlarzy. Targi maszyn, targi produktów, to coś dla rekinów biznesu, nie dla „zwykłych zjadaczy chleba”, jakimi są miasteczkowi mali przedsiębiorcy. Jeśli miałabym znaleźć najbliższe memu sercu targi, to targi staroci. Mam wrażenie, że ciężko mi będzie kiedykolwiek uciec od tej słabości do miejsc, w których coś się sprzedaje.
Na zdjęciu z targowiska w Garwolinie widać wspomniane przeze mnie zamiłowanie handlarzy do rytmów, porządkowania. Doceniam czyste stoiska albo wieszaki w lumpeksach, w których wszystko jest ładnie posegregowane, najlepiej według kolorów albo rodzajów, z łatwym dostępem. W Garwolinie uchwyciłam ustawione obok siebie w rzędzie plastikowe klatki piersiowe i wtedy też zrozumiałam specyfikę targowisk. Mogłabym powiedzieć moim handlującym przodkom: „Takich targowisk jak na Mazowszu, w zachodniopomorskim nie ma”. Warto zacząć od tego, że targowiska odbywają się raz na dwa tygodnie, albo raz na tydzień, sprzedaje się na nich głównie produkty rolne, a handel zaczyna się z pierwszym pianiem koguta. Było to dla mnie coś nowego, innego. Oczyma wyobraźni zobaczyłam wielki rynek w Łobzie, rynek-targowisko, takie z prawdziwego zdarzenia, gdzie można „kupić jajka od szczęśliwej kurki” i „ziemniaki od rolnika”.
Bazary w moim mniemaniu stanowią coś jeszcze innego. Kiedy mówię „bazarek”, to wyobrażam sobie przyczajonego niskiego mężczyznę w brązowej skórze rozglądającego się na boki. Wydaje mi się, że to idealne miejsce do robienia przekrętów, przestrzeń do tego, żeby coś nielegalnie „opylić” . Widzę słynny Bazar Różyckiego albo Olimpię w Warszawie. Bazar to 1. plac (rzadziej pomieszczenie) ze straganami, budkami będący miejscem sprzedaży towarów różnego rodzaju; rynek, targ, targowisko; 2. przestarzałe: wystawa powiązana ze sprzedażą; kiermasz. W moim otoczeniu „bazar” był najrzadziej używanym rzeczownikiem opisującym miejsce handlu. Dzisiaj kojarzy mi się z modną wymianą sąsiedzką czy wyprzedażą garażową. Z definicji, które przytoczyłam, wynika, że zwykle miasta mają swój główny plac, czyli rynek, na którym mieści się targowisko/bazar. Dla mnie rynek może być bazarem, targ ryneczkiem, ważne, żeby czuć to coś, tę żyłkę do interesów, którą wzmacniały pite przez słomkę soczki pomarańczowe Capri-Sun sprzedawane obok chemii z Niemiec. Dziedzina, którą można nazwać handlem artykułami przemysłowymi, to mój konik wyniesiony z dzieciństwa. Uwielbiam stare, często wypłowiałe szyldy, na których widnieje napis zaczynający się od imienia, na przykład „Wiesia”, i dalej głoszący: „Handel Artykułami Przemysłowymi” albo „Sklep spożywczo-przemysłowy”. (Moja ulubiona bohaterka Bernharda to właścicielka sklepu spożywczo-przemysłowego z Wycinki.) Przypominają mi koniec lat dziewięćdziesiątych i początek dwutysięcznych i kojarzą się ze słońcem. W takim sklepie można było dostać wszystko, tak samo jak na rynku, na bazarze czy targowisku.
CIASTECZKA
I już mam wam pokazać ten mój ranking, który obiecuję od początku, ale zanim otworzy się on w oknach waszych przeglądarek, pojawi się w nich powiadomienie o „Cookies”, ciasteczkach, małych plikach zawierających ślady waszych internetowych aktywności, preferencji i poszukiwań. My na rynku, kiedy ktoś chce sobie coś pooglądać, przymierzyć, nie pytamy o jego preferencje, nie śledzimy aktywności, po prostu wyciągamy właściwy rozmiar z kartonu. Wyobraź sobie, że czytasz ten tekst i wyrażasz zgodę na to, że będę gromadzić dane dotyczące twojej lokalizacji geograficznej z dokładnością nawet do kilku metrów, identyfikować twoje urządzenie, aktywnie analizować zbiory danych (twój rozmiar buta, rozmiar majtek żeńskich figi, czy wolisz skarpety bezuciskowe czy frotte), a pozyskane informacje o tobie udostępnię moim partnerom, rodzinie siedzącej na gałęzi handlu.
Ciasteczka? Mniam.
Zezwól na wszystkie!
Jedziemy!
STADION DZIESIĘCIOLECIA
Miejsce trzecie: dość mocno wyryte na mapie mojej pamięci i już wymazane z mapy miasta. Przestrzeń doświadczeń transcendentalnych.
Mogłabym zrobić osobny ranking wspomnień ze Stadionu. Mam ich zdecydowanie więcej niż wspomnień na przykład z ferii zimowych. Wszystko zazwyczaj zaczynało się od przygotowania białego Volkswagena T4 do dalekiej podróży, kochałam to. Myślałam sobie, że jak jedzie się tak bardzo daleko, do stolicy, to jest szczególne, samochód musi być odpicowany. Mieliśmy z bratem na podwórku wiele frajdy z mycia tego auta. Mój ojciec podróżował z kierowcą, z którym zmieniał się po drodze. Znaczna część mojej rodziny siedzącej na gałęzi handlu zajmowała miejsca w dziewięcioosobowym T4 zmierzającym w stronę Warszawy. Ojciec po drodze zabierał swoją Matkę, czyli moją Babkę, Ciotki i innych handlujących, którzy byli w jego teamie „wyjazdu do Warszawy”. Właśnie! Mówiło się o tym, że: „Tato jedzie do Warszawy.”, „Tato jest w Warszawie”. To było coś. Zwykle działo się to w piątki wieczorem, powrót następował dzień później. Uwielbiałam siedzieć na parapecie w pokoju moich rodziców z widokiem na całą naszą ulicę i wyczekiwać tego białego busa na jej początku. Tato często przywoził nam „chińszczyznę”. Jako dziecko nie przepadałam za tymi posiłkami. Z perspektywy czasu żałuję tego, bo pewnie była to najlepsza zupa pho, jaką mogłam zjeść, po prostu nie znałam się wtedy na kuchni, na chleb mówiłam „peb” i tak dalej. Oprócz jedzenia Tato przywoził też płyty, na przykład: Tatu, Stinga, Madonnę, Ryszarda Rynkowskiego, Kylie Minogue, GTA Vice City (klasyk) i tony kartonów wypchanych produktami, które przypłynęły do nas z Chin. Lubiłam momenty metkowania i pływania w tych towarach, myślę, że bawiłam się tak, jak dzieci w kulkach w bawialni. Zresztą te kulki też pewnie są z Chin.
Nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy pierwszy raz pojechałam z Tatą do Warszawy. Znałam ją z opowieści mojego Dziadka, który z pamięci odtwarzał krajobrazy, budynki i szkicował je wieczorami. Kiedy pojechaliśmy pierwszy raz „do Warszawy”, wjechaliśmy nad ranem od strony Łomianek i przejechaliśmy przez Most Świętokrzyski, bezskutecznie szukałam porzuconego przez Judytę, bohaterkę Nigdy w życiu, auta i po chwili znaleźliśmy się na wielkim placu. Nasze T4 było jednym spośród wielu innych T4 o rejestracjach z całej Polski, które czasami wydawały mi się śmieszne: NOS, POT, SB. Zresztą, nasza rejestracja wcale nie jest lepsza: ZLO – zawsze mieliśmy dobre miejsce parkingowe. I choć później pokochałam klimat Stadionu, będąc tam za pierwszym razem, nie rozumiałam, co się tam dzieje. Gdzie ta Warszawa z obrazków Dziadka, dlaczego dziwnie pachnie kolendrą i dlaczego jedyne, co pamiętam, to budynek Mazowieckiego Centrum Stomatologii przy Wybrzeżu Kościuszkowskim, bo jego neon najsilniej świecił nad ranem od strony Łomianek?
Za każdym razem, kiedy byliśmy w Warszawie, błagałam ojca, żebyśmy przejechali przez Centrum, najlepiej obok Pałacu Kultury. Dzisiaj myślę, że cała ekipa z białego busa T4 wiele przeze mnie nadrabiała, kiedy chciałam z prędkością 20 km/h przejechać Marszałkowską przez Centrum. Ta śródmiejska Warszawa pozostawała dla mnie fantazmatem, a dostęp do niej miałam tylko dzięki Stadionowi Dziesięciolecia i myślę, że w pewnym sensie ten stadion to były moje wrota do innego wymiaru.
W teczce do egzaminów do „Przedszkola Filmowego”, cyklicznego projektu przy Szkole Wajdy w Warszawie, które jakimś cudem odkryłam na nieistniejącej już naszejklasie.pl, wymagano, by przygotować między innymi serię zdjęć – reportaż. Zrobiłam je na Stadionie. Pamiętam, że na rozmowę kwalifikacyjną udałam się po tym, jak byliśmy „po towar” i dostałam się. 10 kwietnia w sobotę 2010 roku też byłam na Stadionie. To było przeżycie, dowiadywać się o katastrofie polskiego rządowego samolotu, patrząc na telewizor stojący obok czerwono-różowego buddyjskiego ołtarzyka, przy którym leżały dary i tliły się kadzidła. Stadion zamarł na chwilę. W sobotę 2 kwietnia 2005 roku też pewnie byliśmy na Stadionie, ale zdążyliśmy wrócić do domu przed 21:37.
Nie wiem, jak było na Stadionie, kiedy grało się tam w piłkę nożną i oglądało mecze, ale wydaje mi się, że można w pewnym sensie porównać te doświadczenia i hierarchie. Zakupy na stadionie robiło się w konkretnych godzinach, w soboty zazwyczaj było najbardziej intensywnie. Jakby sprzedający trenowali w tygodniu i przygotowywali się do weekendowej wielkiej rozgrywki. Stadion był podzielony na strefy. Jeśli dobrze pamiętam, najniżej, niedaleko parkingów, w pobliżu dzisiejszej plaży pod Poniatowskim, stały autobusy z „podróbkami od Rosjan”, ale my tam nie chodziliśmy, bo to były słabe podróbki. Z logotypami naklejanymi na gorąco, czasami krzywo, nie w tym miejscu, co trzeba. Czasami z łyżwy Nike zostawał przecinek, a z Adidasa robiono Adidos. W ogóle handel odbywał się głównie na parkingach i uliczkach okalających trybuny, na które mówiło się „korona”. Korona to było specjalne miejsce, niedostępne dla wszystkich, niebezpieczne, ryzykowne, tam podróbki były zdecydowanie lepsze, bo często to nie były podróbki, tylko rzeczy kradzione. Ja się bałam korony nie ze względu na to, że można było tam kupić broń. Bałam się tego miejsca, bo kojarzyłam je z samospaleniem Ryszarda Siwca. To miejsce emanowało dla mnie ciemną energią, choć sam stadion z tamtej perspektywy robił wrażenie. Był wielkim boiskiem otoczonym bieżnią. Do usypania korony i wałów Stadionu Dziesięciolecia użyto gruzów z przedwojennej Warszawy. Do odbudowy powojennej Warszawy rozebrano poniemieckie rynki i wysłano cegły do stolicy Polski, gdzie wybudowano z jej gruzów stadion, na którym później działał „Jarmark Europa”. Nieźle.
W okolicach trzeciej rano wysypywaliśmy się z busa i każdy zmierzał do swoich handlarzy. Teraz role się odwróciły, trzeba było zmienić taktykę ze sprzedającej na kupującą, ale również być bardzo uważną. Musiałam trzymać się kilku ważnych zasad, nigdy po Stadionie nie chodziłam sama. Pocztą pantoflową rozchodziły się plotki dotyczące oszustw, choć nie dało się przed wszystkimi uchronić. Kiedyś moja Babcia została skrojona, kiedy schylała się po leżący na ziemi pomiędzy straganami stuzłotowy banknot. Nie wiedziała jednak, że jest on na żyłce ciągniętej przez mężczyznę, którego kolega właśnie odpinał Babci nerkę z pieniędzmi. Dziwne, że Babcia dała się naciąć, bo od lat powtarzało się w rodzinie: „Nie ma nic za darmo, promocje nie istnieją, wszędzie jest haczyk”. A wtedy ją złowili. Pewnie nie ukradli jej wszystkich pieniędzy, bo kolejną zasadą było, żeby nie trzymać ich w jednym miejscu.
Lubiłam chodzić z nią po uliczkach, na których ciągnęły się stragany z tekstyliami i ubraniami. Podobało mi się wybieranie koców na podstawie wzorów. Na koce zawsze był limit, bo w plastikowym opakowaniu zajmowały dużo miejsca (chyba że ojciec akurat ciągnął przyczepkę za Volkswagenem, wtedy hulaj dusza). Uliczki z bielizną były ciasne, miało się wrażenie, że damskie majtki figi maszerują w szeregach wzorów i rozmiarów na metalowych nogach stelaży. Pomiędzy nimi pojawiały się niespodziewanie liany biustonoszy i rajstop. Wietnamki i Wietnamczycy zwracali się do mojej Babci per Babcia, tak też podpisywali markerem jej kartony. Kiedy przychodziła po większe zakupy, siadała z listą obok Wietnamki albo Wietnamczyka, którzy parzyli jej zieloną herbatę i zawsze na początku rozmawiali chwilę na temat tego, co u nich słychać. Wtedy się denerwowałam, nudziło mnie to i nie mogłam znieść zapachu zielonej herbaty.
Ojca interesowały uliczki po drugiej stronie, na których można było kupić wszystko to, co pewnie dzisiaj jest w ofercie „chińskich marketów”. Te stragany również były podzielone tematycznie: akcesoria kuchenne, gospodarcze, małe RTV i AGD, artykuły wędkarskie, ceramika, kłódki, piłki, wiatrówki, rękawice do pracy, ale też stoiska z perfumami, lakierami do paznokci i budki spożywcze. W tych rejonach było dużo więcej handlarzy pochodzących z Kaukazu. Ponad zajmowanymi przez nich uliczkami znajdowała się jedna, która okrążała koronę. Na niej stali Polacy i handlowali rzeczami polskimi. Mówiło się, że tam jest drogo i można było czasami spotkać „zwykłych klientów Warszawiaków”, tak zwanych detalików. Były tam na przykład ubrania z Tuszyna pod Łodzią, buty, kapcie, obrusy. Tam się chodziło między innymi po gumowce do pani Loli, która mi imponowała. Bardzo dużo osób kupowało od niej gumowce, była królową gumowców. Imponowało mi, jak wiele banknotów jest w stanie trzymać w jednej dłoni i to, jak przesuwa je opuszkami palców i szybciej niż maszyna oblicza ich sumę.
Drugą osobą, którą szczególnie pamiętam ze stadionu, jest Pin, którego dzisiaj byśmy nazwali kurierem między straganami. Handlarze mieli swoich pomocników na Stadionie. Odbierali ich kartony i przywozili je na wózkach na parkingi do samochodów. Oczywiście nie zawsze się tak dało i każdy miał swój zapas kraciastych toreb, które ustawiał na swoim wózeczku, ciągnąc go za sobą, wypełnione i zabezpieczone elastycznymi linkami. Kurierzy byli od zadań specjalnych i często przywozili kartony z butami, po które trzeba było udać się do magazynów położonych dalej od straganów. Takim współpracownikiem Taty był Pin, Wietnamczyk pochodzący z miejscowości Pleiku. Mama pokazała mi kiedyś na globusie, gdzie leży Pleiku i zastanawiałam się, ile musiała Pinowi zająć podróż na Stadion Dziesięciolecia, skoro nasza droga z zachodniopomorskiego jest taka długa. Nie mieściło mi się to w głowie. I później zastanawiałam się, jak to możliwe, że moja przyjaciółka, przeszłotrzydziestoletnia saskokępianka z Międzynarodowej, nigdy nie była na pobliskim Stadionie Dziesięciolecia, a Pin z Pleiku był. Uruchomiłam karuzelę wspomnień ze Stadionu Dziesięciolecia i złapałam się na tym, że dałam się wkręcić tej maszynie. Widzę te stosy podróbek, zmieniające się sezonowo kolory i światła. Czuję zapachy kadzideł, sypanej kawy, zielonej herbaty, kolendry, warzyw z woka, papierosów, ale przede wszystkim plastiku z Chin, jestem go w stanie rozpoznać od razu. Pamiętam go najbardziej z sytuacji podróży – siedzę gdzieś z tyłu Volkswagena T4, po mojej prawej stronie klapki damskie, z lewej klapki męskie, dookoła łapki na muchy, spinacze do ubrań, latarki, obcinaczki, żyłki. Za oknem światło magic hour i krajobraz krajowej drogi numer dziesięć. Czuję ten zapach również teraz, jak o tym piszę.
RYNEK W ŁOBZIE
Miejsce drugie, Łobez, zachodniopomorskie. Doświadczenie formacyjne.
Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że na rynkach można spotkać całe rodziny. Na straganach sprzedają często dojrzali rodzice i ich dorosłe dzieci. Moje pierwsze spotkanie z urodzonym tylko kilka dni wcześniej bratankiem odbyło się na rynku, to o czymś świadczy. Moim zdaniem każde targowisko ma swojego Logana Roya. I tak w budce obok mojego Taty sprzedawali mój Dziadek i Babcia. Na długo przed premierą Sukcesji wpadłam na pomysł zrobienia filmu dokumentalnego o takiej rodzinnej schedzie, handlu artykułami przemysłowymi. Problem zaczął się jednak, kiedy zrozumiałam, że raczej nie ma zbyt wielu dziedziców, którzy mieliby chęć rywalizować o przejęcie interesu, czyli nie ma konfliktu, a w Filmówce uczyli nas, że jak nie ma konfliktu, to nie ma filmu.
W międzyczasie, kiedy robiłam z operatorką dokumentację na rynku, Babci bardzo spodobała się obecność jej wnuczki i autorki zdjęć, angażowała nas w sprzedaż, kazała rozmieniać pieniądze, nieustająco wciskała nam figi damskie. Pewnego dnia także poprosiła, żeby operatorka, z którą wówczas pracowałam, zrobiła jej portret trumienny. Swój pomysł tłumaczyła tym, że przecież nikt jej lepiej tego portretu nie zrobi, niż ktoś wykształcony w Szkole Filmowej, stojący za kamerą wyglądającą jak aparat. Poza tym taki portret trumienny lepiej wykonać wcześniej niż później, na takim portrecie warto przecież dobrze wyglądać.
Rynek w Łobzie to miejsce, gdzie spędziłam znaczną część swojego dzieciństwa. Dzisiaj tak samo jak nie ma Stadionu Dziesięciolecia, nie ma już tego rynku, który ja pamiętam, po którym ganiałam się z dziećmi innych handlarzy, a zimą ciągnęłam po nim sanki. Rodziny przywoziły nam rzeczy z Warszawy, które wspólnie testowaliśmy. Na przykład konsolę Pegasus. Zabijaliśmy kaczki plastikowym pistoletem, które wyświetlały się na telewizorze. Zazdrościliśmy kumplowi, którego ojciec handlował konsolami. Tato powtarzał, że w ten sektor nie wchodzi. Dyskietki z grami miały najczęściej żółty kolor, swoje numerki i kolorowe obrazki, oczy nam się do nich świeciły. Rynek był pełen historii, co człowiek to inna opowieść. To było takie miejsce, do którego ludzie przychodzili nawet jeśli niczego nie kupowali, zostawiali tam swoje historie. Może to jest inna forma subskrypcji, przywiązania. To, że masz taki rynek, taką swoją stałą w mieście, swoich sprzedawców, którzy mają produkty i siebie dla ciebie.
Niby rynek w Łobzie jest malutkim targowiskiem, ale ja widzę w nim nadzwyczajną sieć połączeń ludzkich, układów, znajomości, sympatii. „Trzeba rozmawiać z ludźmi” to hasło, które powtarzał mi Ojciec. Jak przyjeżdżam dzisiaj na rynek, lubię słuchać rozmów, które się tam toczą. Czasami są dla mnie zbyt drastyczne – dotyczą zabijania zwierząt – albo seksistowskie. Gotuje się wtedy we mnie, ale trzymam się rodzinnej zasady, że nie można wchodzić w polemikę z klientem. Lubię jednak, kiedy na rynek przychodzą ludzie, którzy mają bliższy mojemu światopogląd. Ostatnio słuchałam historii mężczyzny, który zdecydował się zbudować samowystarczalny dom, nie ma stałego dostępu do wody i do elektryczności. Wydaje mi się, że bycie handlarką i reżyserką są do siebie podobne pod tym względem, że dają dostęp do ludzi z równoległych światów.
Głupio się przyznać, ale rzeczą, która stresuje mnie do tej pory, jest zastępowanie mojego Taty na rynku. Wszystko trzeba policzyć, dobrze wydać, wiedzieć co do czego służy. Sporo wiem na temat wędkarstwa, lampek choinkowych i tysiąca stu jeden drobiazgów, ale zazwyczaj, kiedy zastępuję Ojca dosłownie przez kilka minut, akurat zaczyna się dziać coś niespodziewanego. Długo jest cicho, pusto, nikt nie przychodzi. Nagle Tato prosi mnie: „Spojrzyj na chwilę, za sekundę jestem”. No i ta sekunda trwa dla mnie wieki, najpierw sobie myślę, że głupio mi będzie wyciągać kalkulator, ale na pewno coś pokręcę z liczeniem i źle wydam. Później się rozglądam i maniakalnie szukam produktu, którego przeznaczenia nie znam. A trudno jest się przyznać do tych obaw, bo zgodnie z polityką rozwoju firmy, powinnam przecież chcieć, żeby przyszło do mnie jak najwięcej ludzi. W mojej obecności Tato sprzedawał rękawice, nożyki, zapalniczkę, ale kiedy ja staję za kasą, podchodzi klient, który musi zapytać „jaka jest najlepsza zanęta na leszcza?”.
Moja rodzina powtarzała, że jak mi się „powinie noga tam w Warszawie”, to zawsze mogę wrócić na rynek i na przykład przejąć budkę z majtkami po Babce. Czułam wtedy, że się ze mnie śmieją, ale w gruncie rzeczy co innego można robić po reżyserii, jak się komuś nie powiedzie w branży? Sprzedawanie majtek wcale nie wydawało mi się najgorszą perspektywą. Co więcej, mocne zaczepienie w sektorze handlu pozwalało mi wierzyć, że jak mi nie wyjdzie, to może zacznę coś sprzedawać i jakoś to będzie.
TRUDNY RYNEK
Miejsce pierwsze, czyli wszędzie i nigdzie. Doświadczanie życia.
Nie należę do tych osób, które narzekają z powodu wybranego zawodu, ale nie chcę go także romantyzować. Jestem szczęśliwa, że mogę być reżyserką, ale wiąże się z tym rodzaj ryzyka, które podejmuję z pełną świadomością. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że decyzja o pracy w sektorze sztuki wymaga specyficznego nastawienia do życia. I nie wiem, czy jest ono lepsze czy gorsze niż inne, w każdym razie jego częścią powinna być sympatia do powiedzenia „jakoś to będzie”, szczególnie jeżeli chodzi o kwestię finansów, zwłaszcza jeśli się nie dostało w spadku kapitału. Moim kapitałem była wiara mojej rodziny we mnie, więc i tak miałam dużo szczęścia.
I choć nie wyobrażam sobie życia bez tego rynku, nie bez powodu nazywam go trudnym. Zdaję sobie sprawę, że każda branża wiąże się ze specyficznymi wymogami i wszędzie jest trudno. Jednak na pierwszym miejscu mojej rynkowej topki umieszczam trudny rynek, rynek sztuki, mój rynek. Przez lata byłam uczona sprzedawania, szkoliłam się z marż, rozkładania towaru, dodatkowych wydatków, cen opłat. I teraz zadaję sobie pytanie: czy będę umiała się sprzedać? Sprzedać swoją twórczość? Ze sprzedawaniem siebie jest podobnie jak ze sprzedawaniem majtek. Inwestujesz i za bardzo nie wiesz, czy ci się zwróci. Niby wszyscy potrzebują majtek, ale może niedługo minie na nie moda, albo ktoś będzie miał je taniej, poza tym zawsze taniej będzie w markecie, a później w supermarkecie i w hipermarkecie. Musisz potrafić sprzedać majtki damskie figi nawet mężczyznom. Rozmawiać z klientkami, które narzekają na skład, a później to zgłaszać importerowi, gimnastykując się, żeby nadal pozostał twoim najlepszym hurtownikiem.
W sprzedawaniu siebie chodzi o to, że musisz przede wszystkim wytworzyć coś, co najpierw jest abstrakcją w twojej głowie, a później zyskuje formę, którą można załączyć do maila (scenariusza, pitchdecka, czyli pomysłu w formie prezentacji, moodboardu, eksplikacji reżyserskiej). Na pisaniu takiego maila spędzasz cały dzień, zwracasz uwagę na składnię, formę, pamiętasz o uprzejmościach, ale też chcesz być „na luzie”. Kiedy w końcu klikasz „wyślij”, czujesz się jak po ultramaratonie, ale nie wiesz, czy ktoś będzie zainteresowany tym, co masz do przekazania. Może ktoś inny już o tym tworzył, lepiej, głośniej, ciekawiej? A jeśli jeszcze nie tworzył, to z pewnością platformy streamingowe wysłały już do swoich zakontraktowanych scenarzystek i scenarzystów zamówienia na to, nad czym pracujesz od dwóch lat za darmo. Bo pracujesz dla siebie i wierzysz, że gdzieś tam jest osoba, której spodoba się ten produkt wytworzony tylko z materii twoich myśli, osoba, która podejmie ryzyko i zainwestuje swoje pieniądze w twoją historię, czyli w ciebie.
Kiedy już ktoś cię „odkrywa”, to daje ci ogromną szansę i nie możesz go zawieść, uwag w jego lub jej stronę też za bardzo nie możesz mieć, bo przecież daje tobie tę szansę, a mógłby ją dać twojemu koledze, albo na przykład córce swojej koleżanki. Z własnej wyobraźni nie można czerpać towaru zbyt osobliwego, tylko taki, którego potrzebują wszyscy. Musisz z nim dotrzeć do dziadka Ryszarda, pani Wiesi ze sklepu spożywczo-przemysłowego, przyjaciółki z Saskiej Kępy i najlepiej do selekcjonerów Konkursu Głównego Festiwalu w Cannes. Nie jest łatwo, trzeba długo gromadzić dane, a ja, przyznaję, nie mam funkcji Ciasteczek.
Na rynku filmowym można tak samo się przeliczyć, jak na targowisku miejskim. Czasem zdarzało się tak, że Ojciec z czymś przestrzelił. Znosząc pewnego razu latem przetwory do piwnicy, ustawiałam je pomiędzy kartonami wypełnionymi niesprzedanymi łańcuchami choinkowymi, które akurat okazały się zeszłego sezonu nie być modne. Podobnie jest z filmem. Kiedy decyduję się opowiadać historię, która jest dla mnie szalenie ważna i odkrywcza, może okazać się, że została już podobnie opowiedziana i miała wysoki box office w weekend otwarcia, czyli dokładnie wtedy, kiedy skończyłam pierwszą wersję scenariusza. Oznacza to na przykład, że spędzam dwa lata na doszlifowaniu towaru wyobraźni sporządzanego z materiału myśli i kiedy chcę się skonfrontować z producentką, producentem, który może być tym zainteresowany, okazuje się, że premierę miał film o podobnej historii, na który w premierowy weekend do kin przyszło bardzo wiele osób, co oznacza, że kupiło bilety, co oznacza, że się zwrócił, a nawet na siebie zarobił. Drugi film o podobnej historii, tym samym temacie nie jest nikomu potrzebny, a już na pewno nie osobie, do której wysyła się tego przemyślanego maila. No i jaka jest najlepsza zanęta na leszcza?
Na łobeskim rynku krąży legenda o wybitnej handlarce, która zawsze umiała sprzedać swój towar. Nie było klienta, który wyszedłby z jej kramiku z pustymi rękami. Podobno, kiedy ktoś przychodził do niej po adidasy męskie w rozmiarze czterdziestym, którego akurat nie miała, nie przyznawała się. Najpierw dawała do przymiarki rozmiar trzydzieści dziewięć. Kupujący szybko ściągał buta, mówiąc, że jest zbyt mały. Następnie wręczała rozmiar czterdzieści jeden, a osoba, która przed chwilą czuła dyskomfort z powodu ściśniętej stopy, teraz mogła spokojnie rozprostować palce. Kolejna transakcja udana. Zastanawiam się, czy potrafię tak, jak legendarna handlarka, przekonać najpierw siebie, później producenta/producentkę, później platformę/dystrybutora, później komisję w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, później współpracowniczki/ współpracowników, a na końcu publiczność (z pewnością niejeden departament pominęłam), że mam dokładnie taką opowieść, której potrzebują i w dodatku potrafię ją opowiedzieć. Czy będę potrafiła się sprzedać? Nie wiem. Rynek to zweryfikuje.

