magda_mosiewicz_stadion.jpg

Pieśń dziadowska o bazarze
Nie robi się zakupów na głodnego. Szczególnie na bazarze, gdzie wszystko pachnie i lśni. Szczególnie w sezonie, kiedy za dwadzieścia złotych możemy wynieść dwie siaty pełne składników na trzydaniowy obiad. Warto więc kupić sobie drożdżówkę lub bułkę do skubania, żeby zapchać ssanie. Fakt, pieczywo kruszy się na bluzkę, ale przynajmniej brzuch jest na chwilę oszukany i napchany. Ważne jest też picie. Można nalać wody z kranu do starej butelki lub poprosić pana od ogórków, aby nalał nam do kubka soku. Dobre na kaca, ale i bardzo zdrowe. No i obuwie, na płaskim. W rękach siatki, w siatkach kolejne siatki, żeby móc to wszystko dźwigać. Żeby uszy toreb wbijały się w dłonie aż do kości. Noszenie po linii matrylinearnej, tradycja Matek Boskich Zakuposkich.
Jesteśmy gotowe. Wchodzimy. Ludzie tłoczą się przy stoiskach, ogonki wiją między budkami. Próbujemy malinowych pomidorów, które można jeść jak jabłka, sok cieknie po rękach, zatrzymuje się na łokciu. Zlizujemy, żeby nie było marnacji. Można się potem przejść do tak zwanych worów, czyli stoiska z przyprawami i roślinami strączkowymi na wagę. Amelia z francuskiej komedii lubiła zanurzać w nich rękę i czuć delikatne mrowienie pod naporem fasoli czy soczewicy. Nie radzę tego robić na warszawskim bazarze. To nie Paryż i towar macany należy do macanta. Jeszcze się sprzedawczyni zdenerwuje i będziemy musieli kupować dwadzieścia kilo maku. Nie wiadomo po co, bo nawet na święta już rzadko samej piecze się ciasto. Można je zamówić w cukierni i tym samym zaoszczędzić czas.
O, bo ważna jest jeszcze właśnie kategoria oszczędzania. Na bazarze nie ma czasu. Nie obowiązuje zegarek. Rozkładasz się, jak jest jasno, a jak słońce powoli znika za blaszakami, to się zwijasz i stare warzywa wystawiasz za pięć złotych. Można sobie z nich zrobić bieda-sałatkę na kolację. Odkroić pleśń i resztę wymieszać w dużej ilości oliwy z oliwek. Doprawić ziołami, żeby zabić smak zgniłego. Oszukać podniebienie, aby mieć siłę wstać rano i iść znowu na zakupy. Na bazarze nie ma czasu, bo ze wszystkimi trzeba pogadać. A przecież nie wiadomo, czy pani z nabiału będzie miała klientów, czy też puste okienko, do którego człowiek włoży głowę i opowie swoje życie. A potem kupi kilka plasterków żółtego sera. Tylko kilka, żeby mieć po co wrócić następnego dnia do tego konfesjonału.
Na bazarze kradną portfele. Dobrze jest mieć schowane kilka banknotów w kieszeni, aby nie zostać z niczym na środku placu lub nie skompromitować się, kiedy sprzedawca nałoży pełne torby jedzenia, a my nerwowo będziemy szukać portmonetki, bo „przecież wzięłam z domu”. Można kartą, można blikiem, jak kto ma daleko do bankomatu. I chociaż gotówka wspiera polski handel (ale już nie polski urząd skarbowy), to coraz częściej płaci się plastikiem. Wygodniej, zwłaszcza kiedy ręce zajęte są taszczeniem towaru.
To jest nasz targ śniadaniowy, nasza matcha, nasza flat white. Tu babinki wyliczają z portmonetki resztki swojej emerytury, żeby starczyło na najtańszą wędlinę do kanapki. Tu kupują śmierdzące plastikiem klapki i próbują nałożyć na spuchnięte nogi. Tutaj łączą się z migrantami, z multikulturalnym krajem otwartym na inność (ale tylko konsumpcyjną) z całego świata. Gruzińskie wypieki, wietnamskie tipsy, białoruskie majtki i ukraińskie kiszonki. Turecki kebab, chiński makaron z tofu, kenijskie wyroby z koralików. Refugees welcome and bring your jedzonko.
To jest nasza kraina wielobranżowości. Starych pism, starych ubrań i świeżych soków wyciskanych przedpotopowymi maszynami. Prosto z pomarańczy, prosto z marchewki. Prosto do naszego gardła. Wychowana na filmie Było sobie życie wyobrażam sobie za każdym razem, że witaminy wlewają się do mojego organizmu w formie sympatycznych ludzików i od razu lepiej się czuję.
Wraca się uspokojonym zapachami, zmęczonym i objuczonym. Zaczyna się przyrządzać wykwintne potrawy. Oto przepis na jedną z nich, jest bardzo elegancka i nowoczesna, bardzo śmietnikowa. Przepis: połóż na deskę: pomidory, sałatę, oliwki, cebulę, kabaczka, awokado, szczypiorek, cukinię. W ogóle co masz w lodówce i się już psuje. Pokrój na małe części, bo po co potem tyle gryźć. Wrzuć to do miski. Dodaj oliwy, ziół – wszystkich, jakie masz, syp bez zastanowienia i odmierzania proporcji. Wymieszaj. Weź łyżkę i nakładaj to sobie na chleb lub od razu do ust. Jedz bardzo szybko, bo nie masz czasu, bo się przecież zawsze śpieszysz.
A jak ci się nie chce brudzić kuchni, to kup gotowe na bazarze. Zaufaj tym, co tam gotują, lepiej nie próbuj sama w domu, bo nawet Makłowicz nie da rady.
Kilkanaście lat temu na warszawskim Bazarze Różyckiego pojawił się wraz z ekipą telewizyjną. Kręcili kolejny odcinek popularnego programu kulinarnego. Robert Makłowicz rozstawił stolik i garnki: dziś ugotujemy typową potrawę prosto ze stolicy, mianowicie pyzy. Tłum zebrał się wokół i odgrywał rolę zaciekawionej gawiedzi. Kucharz lepił ciasto, stękał, coś mu się wysypywało, nie wychodziło. W końcu kobieciny z bazaru ulitowały się i zaczęły tłumaczyć, jak się te pyzy robi, żeby równo było i do rąk się nie przyklejało. To on lepił, starał się, bidula, do kamery patrzył. A baby w końcu weszły w kadr i mówią „posyp sobie, panie, ręce mąką, kurwa…”. I co z tego, złote rady nic nie pomogły, dobrze, że w telewizji ludzie nie widzieli, jakie to niedobre. Normalnie zjeść tego nie było jak. I co, panie redaktorku, z Różycem żeś pan nie wygrał. Tam każdy wózek z gorącymi pyzami, z flakami, to jak dla ciebie marzenie niedoścignione, jak wzór wykwintnej kuchni. I się mogą na różnych kanałach giąć w fikuśnych pozach, do piecyka wkładać potrawy fusion. Ale jak pyzy zrobić – o, tego już w ich diecie Pięciu Przemian nie ma. Już ich te kalorie czające się w kluchach wprawiają w panikę.
A istnieją dwa główne rodzaje pyzów: ciemne, wyciskane z kartofli i takie jasne, najbardziej popularne, podobne do kopytek mordoklejek. Podawane w słoikach owiniętych kilkoma warstwami gazet, coby zachowały odpowiednią temperaturę. Można jeść prosto ze szkła, widelcem. Ludzie obyci i eleganccy zapewne poproszą o talerz jednorazowy i jeszcze chusteczkę do wycierania dziobka, no ale umówmy się, jest to jakieś odstępstwo od norm społecznych, a to się zawsze kończy źle. Można też dodać do potrawy, jak śpiewał Jarema Stępowski, „dwa łyki z piersiówki i cała Praga jest twoja i już”.
Zaraz się podniosą lamenty, że pyzy to inaczej się je, inaczej gotuje i co ja tu profanację robię. Podkreślam‒ styl różycowy jest jaki jest, a jak ktoś chce inaczej, to eksperymenty może robić, ale jednak nie na pyzach. Coraz mniej tych bab gotuje, zostały ze dwie, które z przyzwyczajenia kultywują tradycję, przygotowując zarazem schaboszczaki z kapustą. I jak z nimi coś się stanie, to pyzy warszawskie umrą, bo na kucharzy z telewizji liczyć nie ma co. I nie będzie nigdy więcej „pyyyzy, gorące, pyyyzyy”. Tak że lećcie na bazar robić dzwonki polifoniczne z tej zaśpiewki, bo to ostatnia szansa.
O jedzeniu na warszawskich bazarach anegdotek co niemiara. Najwięksi smakosze niejedne buty schodzili pod Banacha, na Stadionie czy przy Targowej. Wyobrażają sobie, że w tle konsumpcji rozgrywa się akcja z powieści Tyrmanda czy opowiadań Wiecha, a nad tym wszystkim Grzesiuk przygrywa na bandżo, więc i ja do taktu dorzucę kilka swoich obserwacji.
Myślę bazar, mówię: targowanie się. Ceny są umowne, ceny są pro forma i nuda. Jak monidło jest za dwadzieścia, to z gadanym i za piątaka kupimy. Grunt, to się nie poddawać. Tutaj nie można po prostu pośpiesznie poprosić o cokolwiek, tutaj trzeba porozmawiać. Zagadać, zwierzyć się, pogapić. Na szybkiego to do hipermarketu, a na celebrację handlu to do pani z warzywami, co nam wybierze najładniejsze, złociutka, najświeższe i jeszcze da do spróbowania nowalijek. Naturalnie z głośników nie będzie sączyć się leniwa muzyczka, klimatyzacja nas nie zawieje. Będziemy musieli uważnie patrzeć pod nogi, żeby nie potknąć się o krzywe chodniki. W budzie blaszanej, na kurzej nóżce baba będzie siedzieć jak panienka z okienka. Jak telewizja znowu przyjedzie i zapyta o remont bazaru, to się baba zdziwi. Bo ona przyzwyczajona do różnych sytuacji niekomfortu, jej nie przeszkadza. Że targowisko zaniedbane? A pan pokaże, w którym miejscu niby, bo ja nie zauważyłam, proszę pana. A czy to nieestetyczne, te budy z resztek, byle jakie? A gdzie tam! To bazar jest, nie butik.
Ale nie czarujmy się, opowieść zajeżdża folklorem. Bo teraz to centra handlowe zjadają blaszane budy na śniadanie, na obiad zagryzają gentryfikacją, a kolacja to już tylko deweloperów interesuje. Czyli albo targowiska „cywilizują się” w antypatyczne pawilony, albo zostają przechwycone przez ludzi z modnymi vintage fatałaszkami, albo są zwyczajnie wyburzane i zamieniane na apartamenty po dwadzieścia metrów kwadratowych. Żadne pyzy tego nie uratują, żaden dziad śmietnikowy rozkładający na szmacie wypisane mazaki i buty nie do pary. Bazary to pieśń przeszłości nucona z coraz mniejszym zapałem, może nawet nieco wstydliwie i z zażenowaniem. Że to biedne i jakieś takie nieprzystające.

