Harpun do muzeum, język do odzysku
Autobus toczy się przez Kurlandię, skrajem Zatoki Ryskiej, tak to przynajmniej wygląda na mapie ‒ z samego autobusu zatoki nie widać, zasłania ją sosnowy las. W środku gromada studentów i garstka wykładowców z Warszawy: filologia węgierska i fińska, połączone w administracyjną całość na mocy pradawnego, z trudem rozpoznawalnego pokrewieństwa języków. Dla hungarystów fiński to żmudne dwa lata obowiązkowego lektoratu, podobnie węgierski dla fennistów – te języki naprawdę nie są do siebie zbyt podobne, a kulturowo dzieli je kawał Europy, toteż do nauki „drugiego języka ugrofińskiego” wielu studentów podchodzi z umiarkowanym zapałem. Ale to nie przeszkadza w integracji, nastroje w autobusie są niezłe. Przed nami kilka dni wyjazdu naukowego, czyli szkolnej wycieczki krajoznawczo-integracyjnej dla dorosłych, a otaczają nas języki niezobowiązujące, bo nieobjęte przez obowiązek akademicki. Najstarsi z nas załapali się na szkolną naukę rosyjskiego, który w Rydze słychać na każdym kroku, ale Ryga już dawno za nami, zresztą siedzimy w autobusie i języki inne niż polski otaczają nas o tyle, o ile widać je na przydrożnych tablicach. Otacza nas zatem język łotewski, ale że jedziemy przez kraj mało ludny, nawet on otacza nas niezbyt gęsto, głównie w postaci nazw miejscowości, które – o ile wierzyć tablicom i mapie – kryją się gdzieś między lasem a niewidocznym morzem. Ale oto, hura, wyrasta na skraju szosy tablica dwujęzyczna: „Lībiešu krasts – Līvõd rānda”, Wybrzeże Liwskie. Od tego miejsca do nieodległej Kolki, gdzie kończy się Zatoka Ryska, a potem jeszcze czterdzieści kilometrów wzdłuż pełnomorskiego brzegu, kolejne wsie podpisane będą w dwóch językach, po łotewsku i po liwsku.
Liwskiemu zawdzięczamy pretekst do wycieczki, bo to też język ugrofiński – najbliżej spokrewniony z estońskim, a estoński to bliski krewny fińskiego. Liwów nie zostało na świecie zbyt wielu. W średniowieczu zamieszkiwali kawał Łotwy, zwłaszcza wybrzeże; to z nimi w pierwszej kolejności kontaktowali się niemieccy kupcy i krzyżowcy, od nich też pochodzą dawne nazwy kraju: łacińska Livonia i niemieckie Livland, które w odkształconej formie zawędrowało do polszczyzny jako „Inflanty”. Dziś Wybrzeżem Liwskim nazywa się już tylko najbardziej peryferyjny kawałek nadmorskiej Łotwy, dwanaście wiosek między lasem a plażą, w różnych fazach wyludnienia. Oficjalne dwujęzyczne tablice pojawiły się w 2022 roku – trzynaście lat po tym, jak umarł ostatni liwskojęzyczny mieszkaniec regionu, dziewięć po śmierci ostatniej użytkowniczki liwskiego na świecie. Mijamy więc kolejne liwskie nazwy – Mustānum, Kūolka, Vaid, Kūoštrag – ale na usłyszenie liwskiej mowy nie mamy szans.
A jednak, jak przekonywał nas kilka godzin temu Valts Ernštreits, dyrektor Instytutu Liwskiego przy Uniwersytecie Łotewskim w Rydze, doniesienia o śmierci tego języka są przesadzone. Owszem, nie jest łatwo, asymilacja trwa od średniowiecza, a ostatnie stulecie bardzo ją przyśpieszyło. Dzisiejsze Wybrzeże Liwskie najdłużej chroniło liwską odrębność, bo było najbardziej izolowane, od reszty Kurlandii dzieli je długi pas bagien i lasów, ciągnący się równolegle do linii brzegowej. Ta naturalna bariera rozdzielała społeczności i tryby życia, rozrzedzała kontakty i do początków dwudziestego wieku ograniczała wzajemne wpływy – przede wszystkim wpływ większościowej kultury łotewskich rolników z interioru na rybacką społeczność Liwów. Jeszcze w międzywojniu mówiło po liwsku półtora tysiąca osób. Zaczynali się organizować, wydawać czasopisma, uczyć języka w miejscowych szkołach, ale wkrótce rozproszyła ich wojna i przetrzebiły deportacje, a po wojnie władza radziecka zmilitaryzowała wybrzeże, skolektywizowała rybołówstwo i większość wiosek odcięła od morza. Liwowie zaczęli wyjeżdżać do miast i mieszać się z Łotyszami, zresztą oficjalnie po prostu stali się Łotyszami, bo „narodowość liwska” w Związku Radzieckim nie miała urzędowego statusu i nie można było jej deklarować w formularzach paszportowych. Kiedy Łotwa odzyskała niepodległość, po liwsku mówiło już tylko kilkadziesiąt osób, w większości niemłodych. Na początku dwudziestego pierwszego wieku kilkakrotnie ogłaszano śmierć języka, bo umarł jakiś kolejny „ostatni użytkownik”. Ale zarazem po 1989 roku nastąpiło tożsamościowe wzmożenie i zaczął powstawać nowy ruch liwski. Rozwijał się bez wyraźnego oparcia w języku, trochę też w oderwaniu od historycznego regionu – ale zarazem dowodził, że jakaś forma ciągłości przetrwała. Niektórzy Liwowie z pokolenia „ostatnich użytkowników” coś mimo wszystko przekazali potomkom – jeżeli nie dzieciom, to wnukom, jeżeli nie znajomość języka, to przynajmniej parę słów i zwrotów, pamięć wymowy i intonacji, a przede wszystkim wyobrażenie liwskiego dziedzictwa jako czegoś atrakcyjnego. Dziś około dwustu osób deklaruje w spisach narodowość liwską jako jedyną, około dwudziestu osób zna język na tyle, żeby móc pogadać, uczy się go około pięćdziesięciorga dzieci. Jest też małżeństwo aktywistów, którzy po liwsku mówią do swoich córek, urodzonych w 2020 i 2023 roku – tak więc dla dwóch przynajmniej osób język liwski od paru lat znów staje się językiem rodzimym. Dziś, powiada Ernštreits, Liwowie to raczej wspólnota przyszłości niż przeszłości.
On sam, człowiek z pokolenia X, był w tym ruchu obecny od początku – tu i ówdzie w internecie można zobaczyć go jako nastolatka na czarno-białych zdjęciach z pierwszych festiwali kultury liwskiej na wybrzeżu. Urodził się w Rydze, ale jego rodzina pochodzi z jednej z liwskich wsi. Rosły, energiczny, nosi się z profesorska i kontrkulturowo zarazem, na przedramionach wytatuował sobie litery liwskiego alfabetu. Doktoryzował się na Uniwersytecie w Tartu z historii liwskiego języka literackiego, teraz sam dokłada do tej historii kolejne cegiełki, pisząc i publikując wiersze po liwsku. O perspektywach języka mówi z przekonaniem – słychać, że nie po raz pierwszy.
Instytut Liwski istnieje od 2018 roku i działa na kilku frontach: prowadzi badania, wspomaga rewitalizację języka, prowadzi kursy, współorganizuje obozy tożsamościowe pod nazwą Letniego Uniwersytetu Liwskiego. Mieści się w dostojnym gmaszysku akademickim z początków minionego stulecia, zajmuje trzy przestronne sale; w jednej z nich zmieściliśmy się bez trudu, żeby wysłuchać gospodarskiej prelekcji Ernštreitsa. Niewiele mebli, coś z estetyki postindustrialnego loftu, dużo książek, ściany przystrojone sieciami rybackimi, z okien widok na parkowe obrzeża ryskiej starówki. W skansenie na zachodnich peryferiach miasta, w lesie nad jeziorem Juglas, można obejrzeć tradycyjne chaty liwskie obok drewnianych zabudowań z innych regionów Łotwy – ale w Instytucie budowany jest zupełnie inny wizerunek liwskiej kultury, przyrządzony z myślą o wielkomiejskich potomkach powojennej diaspory, o ich zainteresowaniach i estetycznej wrażliwości. Tu nietrudno uwierzyć, że liwskość jest dynamiczna, nowoczesna i na swój sposób szykowna; można wyobrazić sobie młodego mieszkańca Rygi, który mając w rodowodzie raptem jedną liwską babcię, zaczyna snobować się na tę właśnie ćwiartkę swojego dziedzictwa.
Na Wybrzeżu Liwskim wizerunek ten znajduje przedłużenie w postaci Liwskiego Domu Spotkań w Kolce. Sam dom co prawda jest drewniany i dziewiętnastowieczny – na różnych etapach był już podobno szkołą, pocztą i gospodą, a obecną funkcję pełni dopiero od 2019 roku. Dobudowano mu z tej okazji oszklone wejście, wewnątrz usunięto strop i odsłonięto więźbę dachu, przez co od środka wydaje się większy niż od zewnątrz. Na ścianach głównej sali wymalowano latarnię morską, statki, mewy i napisy informacyjne w czterech wersjach językowych: po łotewsku, po angielsku, po liwsku, a także w miejscowym wariancie łotewszczyzny, bardziej niż inne podszytym liwskimi wpływami. Jest trochę eksponatów etnograficznych, ale serwowanych oszczędnie i dyskretnie, jakby twórcy tego miejsca nie chcieli nadmiernie eksponować przeszłości: gładkie drzwiczki w ścianach otwierają się, odsłaniając wnęki, a w nich akcesoria dawnego życia: tradycyjne stroje, sprzęty domowe, sprzęty rybackie, a nawet ciężki harpun na foki. W jednej ze skrytek piętrzą się rozmaite puszki z konserwami, lokalny zabytek radzieckiego przemysłu: w Kolce działał niegdyś kołchoz rybacki, a także zakłady przetwórstwa ryb.
Miejscowa znawczyni liwskiej kultury Baiba Šuvcāne prezentuje nam zupełnie inny obraz sytuacji niż Valts Ernštreits w Rydze: z perspektywy Kolki kultura liwska to przeszłość, bo też dzisiejsze Wybrzeże Liwskie to przede wszystkim obraz społecznego i kulturowego spustoszenia. Za czasów radzieckich ludzie porzucali wioski, za niepodległości wynoszą się nawet z Kolki, bo i tu nie ma pracy: było tysiąc mieszkańców, zostało sześciuset. Zachowała się odrobina kulturowego krajobrazu – chałupy, kościoły, cmentarze. Dwujęzyczne napisy to dekoracja, języka liwskiego od dawna nikt nie używa, chyba tylko podczas sierpniowych spędów, kiedy na Wybrzeże Liwskie przyjedzie trochę aktywistów z Rygi. Tak, jeżeli gdzieś istnieje życie liwskie, to właśnie w Rydze, dzięki entuzjazmowi i charyzmie Valtsa – mówi Šuvcāne – ale zobaczymy, czy przetrwa, czy kolejne pokolenie nadal będzie zainteresowane. Tu, w mateczniku, liwskie życie się skończyło.
Zaraz za Kolką rozchodzą się drogi: w prawo kilkaset metrów na cypel, w lewo jeszcze czterdzieści kilometrów Wybrzeża Liwskiego i dziesięć wiosek. Łotewskie wybrzeże niewiele różni się od polskiego: plaże, wydmy, sosnowe lasy, znajome widoki i zapachy – tylko ludzi mało. Akurat przylądek Kolka nie jest turystycznym odludziem: z leśnego parkingu na plażę prowadzi drewniany chodnik, po drodze można wspiąć się na wieżę widokową, tablice informacyjne opowiadają o przyrodzie i historii regionu po łotewsku, liwsku i angielsku, jest nawet sklepik z pamiątkami. Ale nawet tu nie ma tłumów. Na samym koniuszku cypla, już obmywana przez fale, piętrzy się sterta kamieni, resztka dziewiętnastowiecznej latarni morskiej; obecna latarnia stoi dwa kilometry od brzegu, na sztucznej wysepce. Po stronie zatoki plaża zwęża się wyraźnie, ten kawałek wybrzeża coraz słabiej radzi sobie z erozją. Między sosnami majaczą truchła dawnych zabudowań armii radzieckiej.
W Mazirbe, kawałek na południe od Kolki, już nad pełnym morzem, znaleźć można jeszcze jedno miejsce, w którym liwskość prezentuje atrybuty instytucjonalizacji – Liwski Dom Narodowy, postawiony jeszcze przed drugą wojną światową. Mazirbe (po liwsku Irē) to największa po Kolce miejscowość na Wybrzeżu Liwskim, w ostatnim spisie miała całych siedemdziesięciu dziewięciu mieszkańców. Jak Mazirbe nad resztą liwskich wiosek, tak nad Mazirbe góruje Dom Narodowy – dwupiętrowy, murowany, biały i modernistyczny, zbudowany „dzięki wsparciu państwa łotewskiego i bratnich krajów ugrofińskich – Finlandii, Estonii i Węgier”, jak głosi tablica pamiątkowa w pięciu językach. Pomieszczenie od frontu wynajmuje dziś pizzeria, ale i w niej poustawiano trochę materiałów edukacyjnych o Liwach i języku liwskim; z tyłu jest duża, wielofunkcyjna sala z pianinem, sceną i wystawą fotograficzną, dokumentującą liwską codzienność w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Dwa długie stoły, nakryte jakby z myślą o jakimś rychłym bankiecie. Miejscowa działaczka Teiksma Pobuse oprowadza nas po rosyjsku; część studentów kapituluje od razu, niektórzy nasłuchują w skupieniu. Związek Liwski uroczyście otworzył ten dom 6 sier- -pnia 1939 roku, zaraz potem zaczęły się okupacje, aneksje, wywłaszczenia i represje. Kiedy po pół wieku można było znowu myśleć o organizowaniu liwskiego życia, Liwów było już bardzo niewielu, zwłaszcza na wybrzeżu.
Liwski Dom Narodowy w Mazirbe świadczy o związkach Liwów z tym kawałkiem wybrzeża, ale w praktyce służy społeczności nowoczesnej, zurbanizowanej i rozproszonej. Niektórzy mieszkańcy wioski wywieszają przed domami zielono-biało-błękitną flagę liwską, ale wielu z nich na stałe mieszka w Rydze. Liwskość lokalną i zarazem całoroczną najmocniej reprezentują w Mazirbe dwa cmentarze. W zagajniku pod kościołem na wschodnim krańcu wsi leżą jej dawni mieszkańcy, większość mówiła po liwsku, ale prawie wszystkie napisy na grobach są łotewskie – widać nawet w miejscowym życiu religijnym liwski nie zdołał wywalczyć sobie miejsca. W tym regionie reformacja przyniosła awans językom lokalnym, ale raczej większym i bardziej rokującym niż liwski; staropruskiego też nie uratowała. Na zachodnim skraju Mazirbe kawał nadmorskiego sośniaka zajmuje cmentarzysko łodzi rybackich; dawniej Liwowie palili swoje stare łodzie, władze radzieckie zakazały podobnych praktyk, toteż zaczęli odstawiać je do lasu. Te porośnięte mchem wraki to już nie tylko zabytek wymarłej kultury, to także ślad po samym procesie wygasania.
Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że optymizm Ernštreitsa nie jest całkiem bezpodstawny, i że liwska społeczność, a nawet język liwski mają się lepiej niż można było się spodziewać. Liwskie instytucje na wybrzeżu, zwłaszcza Dom Spotkań w Kolce, przypominają raczej filię ryskiego Instytutu Liwskiego niż samoistny ośrodek lokalny – można w tym widzieć tyleż świadectwo zamierania pierwotnej liwskiej lokalności, co i dowód prężności liwskiej wspólnoty w wielkomiejskiej diasporze.
Odruchowo skłaniam się ku tej drugiej opcji, może dlatego, że jako jedyny z naszej uniwersyteckiej ekipy raz tu już byłem – dawno temu, bo aż w 2001 roku. Miałem wtedy za sobą kilka lat nauki fińskiego i rok łotewskiego. Fiński jeszcze w czasach licealnych zwabił mnie swoim brzmieniem w przypadkowo napotkanej stacji radiowej, do łotewskiego przekonała mnie jakiś czas później nocna podróż z Tallina do Warszawy, a konkretnie intrygujący napis IZEJA UZ PILSĒTU, świecący blado nad peronem kolejowym w Rydze (wkrótce dowiedziałem się, że oznacza banalne „wyjście do miasta”, ale jakoś mnie to nie zniechęciło). Na którymś etapie nauki usłyszałem o Liwach – że mieszkają na zachodnich obrzeżach Łotwy, że mówią językiem pokrewnym fińskiemu i estońskiemu. To połączenie wydało mi się pociągające, pociągający był też zarys Półwyspu Kurlandzkiego na mapie; moi nauczyciele obu języków mówili o Liwach raczej w czasie przeszłym, ale sytuacja nie wydawała się całkiem jasna, chciałem rozejrzeć się na miejscu.
W Kolce istniał wówczas liwski ośrodek kulturalny, ale mieścił się w zgrzebnym poradzieckim bloczku i zawierał głównie muzeum, czy raczej izbę pamięci z przedmiotami użytku codziennego – teraz, po ćwierćwieczu, odnalazłem niektóre z nich w skrytkach Liwskiego Domu Spotkań (zwłaszcza harpun na foki rozpoznałem od razu). Zarówno gospodarze, jak i trójka pracowników muzeum identyfikowali się jako Liwowie, ale języka nie znali – ostały im się pojedyncze wyrażenia i słowa. Liwski był językiem ich dziadków, w najlepszym razie jednego z rodziców. Do mnie mówili po łotewsku, a ja dziwiłem się, że po roku nauki coś rozumiem, i że kiedy rozmowa dotyczy Liwów, łotewski – niecałe półtora miliona użytkowników – prezentuje się jako język duży, praktyczny, niemal międzynarodowy, a jego nauka wcale nie sprawia wrażenia ekscentrycznego hobby. Mówili, że główne centrum życia liwskiego to Mazirbe, i że jeżeli ktoś jeszcze mówi po liwsku, to najprędzej tam.
Poszedłem na piechotę, droga łącząca Kolkę z wioskami nad pełnym morzem była wówczas szutrówką i autobusy jeździły rzadko. Liwski Dom Narodowy tęsknił za remontem; jego modernistyczna białość z epoki aeroplanów, zbrojeń i narodowych samoutwierdzeń wydawała się poszarzała i nadwyrężona przez morskie deszcze. Ze środka zapamiętałem szarawy półmrok, jakieś gabloty, jakieś gazetki, portret działacza… – wszystko to, jeśli pominąć pizzerię, nie różniło się specjalnie od dzisiejszego wystroju, a jednak sprawiało wrażenie przygnębiające. Może wpłynęła na to pogoda – teraz oglądaliśmy Mazirbe w słońcu, wtedy lało i zapadał zmierzch – ale decydujący był chyba głos przewodniczek: tak, czasem coś tu się odbywa, jakiś koncert, jakaś uroczystość, ale ogółem pustka i kurz, ludzi znających język została w Mazirbe dwójka, z nimi raczej pan nie pogada, bo wiekowi, głuchawi, rzadko mówią po liwsku, bo nie mają z kim, jeżeli cokolwiek się dzieje, to w Rydze i Lipawie, tam mieszka paru energicznych Liwów. Małe narody nie mają lekko ‒ wzdychały – Liwski Dom Narodowy utrzymuje się z datków, głównie od paru emigrantów z USA. Może coś się poprawi, kiedy Łotwa wejdzie do Unii, tam bardziej dbają o mniejszości… – powiedziały na koniec, ale nie słyszałem w ich głosie większego przekonania. Nazajutrz obejrzałem jeszcze kościół i przykościelny cmentarz (leśne cmentarzysko łodzi udało mi się przegapić), po czym wyjechałem przekonany, że Liwowie i ich język to już rzeczywiście przeszłość. Wrażenia tego nie zmieniły przywiezione z tamtej wycieczki materiały, z którymi zapoznawałem się po powrocie, by wreszcie poobcować z językiem, którego nie dało się usłyszeć na miejscu – płyta rodzinnego zespołu Stalti i podręcznik języka liwskiego. Na płycie usłyszałem trochę głuchego bębna, więcej zawodzących dud i skrzypiec, nieco aliteracyjnych śpiewów przywodzących na myśl na przemian łotewskie dainy i Kalevalę, ale też garść melodii dziewiętnastowiecznych, jakby wyniesionych z kościoła, albo podsłuchanych u marynarzy. Całość wieńczył liwski hymn narodowy na melodię zapożyczoną od hymnu estońskiego (który zapożyczył ją z hymnu fińskiego, dla którego z kolei skomponował ją w 1848 roku pewien niemiecki ekspat w Helsinkach). Wszystko to razem było intrygujące, wciągające, ale znowu dość jednoznacznie przypisywało Liwów do muzealnego porządku. Towarzysząca płycie ulotka zapewniała: „wprawdzie Liwów nie zostało wielu, ale w rodzinie Staltów język liwski rozbrzmiewa do dziś”. Mocno podejrzewałem, że rozbrzmiewa mniej więcej tak długo, jak długo trwa nagranie, i że z pozostałą częścią życia rodzina Staltów radzi sobie raczej po łotewsku.
Jednak podręcznik Kersti Boiko Līvõ kēļ. Lībiešu valoda ani trochę nie sprawiał wrażenia muzealnego eksponatu: ukazał się w 2000 roku, był kolorowy, ilustrowany, właściwie pod każdym względem przypominał zwykły podręcznik języka obcego, i to właśnie było osobliwe. Póki przeglądałem listy słówek i tabele gramatyczne, tropiąc analogie z fińskim i estońskim, nic szczególnego nie rzuciło mi się w oczy – dopiero dialog otwierający pierwszą lekcję uświadomił mi, że coś tu nie gra. „– Dzień dobry! – Dzień dobry! – Nazywam się Kōrli. A ty? – Ja nazywam się Jōņ. – Ja jestem studentem, a ty? – Ja jestem uczniem, chodzę do szkoły. – Ja studiuję na uniwersytecie. A to kto? – To mój przyjaciel. Jesteśmy przyjaciółmi. On jest Liwem, a ja Łotyszem.” Na obrazku uczeń Jōņ ma czapkę obróconą daszkiem do tyłu, szerokie spodnie, buty sportowe z rozwleczonymi sznurówkami, jedną nogą przytrzymuje piłkę; najwyraźniej mamy sądzić, że całe spotkanie odbywa się „współcześnie”, czyli gdzieś koło 2000 roku.
Wiadomo, wszystkie podręczniki języków obcych są podszyte umownością na granicy fałszu: prawdziwi ludzie nigdy tak nie rozmawiają, chyba że właśnie uczą się z podręcznika. Niektórzy autorzy, żeby złagodzić ten dysonans, wprowadzają do dialogów postać „cudzoziemca, który dopiero się uczy”, wtedy przy odrobinie dobrej woli można uwierzyć, że podręcznikowi tubylcy dostosowują się do umiejętności początkującego. Ale jakkolwiek nienaturalny, sztywny i daleki od żywego uzusu może wydawać się język podręcznikowych dialogów, sytuacje zachowują elementarną wiarygodność, bo przynajmniej udają coś realnego i odpowiadają prawdopodobnym motywacjom użytkownika książki: skoro po nią sięgasz, najpewniej chcesz się dogadać z mieszkańcami jakiegoś kraju w ich narzeczu. Na początku będziesz mówić trochę śmiesznie, tak jak ci ludzie z podręcznika, ale sens przedsięwzięcia jest jasny – są miejsca i sytuacje, w których ta umiejętność może być potrzebna. Nawet najdziwaczniejszy, najmniej prawdopodobny dialog podręcznikowy wychodzi z tego podstawowego założenia: ten język „istnieje”, używają go jacyś ludzie. Gdybym zdążył zajrzeć do podręcznika Kersti Boiko przed wycieczką, może dałbym się nabrać, po powrocie studiowałem go z poczuciem, że znajoma konwencja imploduje na moich oczach: rok 2000, młody człowiek zagaduje drugiego młodego człowieka po liwsku, halo? Czy ktoś tu jeszcze usiłuje pozorować „sytuacje z życia”, czy też odwiedzamy fikcyjną krainę, w której historia dwudziestego wieku potoczyła się całkiem inaczej – jakąś alternatywną Kurlandię, pokrewną żydowskiej Alasce z powieści Michaela Chabona?
Może jednak oddawałem się tym wrażeniom pochopnie, bo w kolejnych latach, w miarę postępującego usieciowienia, docierało do mnie coraz więcej sprzecznych sygnałów o Liwach. Umierali kolejni ostatni rodzimi użytkownicy języka, Wybrzeże Liwskie wyludniało się bodaj jeszcze szybciej niż cała Łotwa, ale liwska społeczność uparcie deklarowała istnienie. Julgī Stalte, dziecięcy głos z mojej kasety, wyrosła na znaną artystkę, od 2020 roku można było usłyszeć i zobaczyć, jak śpiewa w duecie z własną córką, a za sprawą kilku nowszych zespołów, zwłaszcza Tuļļi Lum, tradycyjne pieśni liwskie zaczęły tworzyć fuzje z rockiem, jazzem, z muzyką elektroniczną. Co jakiś czas ukazywały się tomiki poetyckie. W którymś momencie dowiedziałem się o sierpniowych festiwalach kulturalnych i „letnich uniwersytetach” w Mazirbe. W oficjalnych dokumentach coraz częściej wskazywano „rdzenny” status Liwów jako mieszkańców Łotwy (w odróżnieniu od pozostałych mniejszości, a zwłaszcza – choć tego akurat nie deklarowano otwarcie – rosyjskiej). Wszystko to sugerowało, że garstce liwskich aktywistów nie brak determinacji, coraz bardziej też oddalało moje wyobrażenia o liwskiej społeczności od naskórkowych wrażeń z 2001 roku. Zanim jeszcze wybrałem się na Wybrzeże Liwskie z rewizytą i zanim usłyszałem o istnieniu Kuldi Medne, pierwszego od dekad liwskojęzycznego dziecka, było dla mnie w miarę jasne, że między językiem żywym a martwym istnieje całe spektrum form pośrednich; że „rodzimy użytkownik” nie zawsze musi być kategorią rozstrzygającą; że umieranie języka nie musi być procesem nieodwracalnym; że w odniesieniu do języka metafory życia i umierania w ogóle mają ograniczoną użyteczność.
Po ostatniej rewizycie nawet dialogi z podręcznika Kersti Boiko wydają mi się znacznie mniej wydumane niż dawniej. Wprawdzie i tym razem nie udało mi się usłyszeć ludzi rozmawiających po liwsku – ale skoro każdego lata jacyś ludzie przyjeżdżają do Mazirbe uczyć się tego języka, a niektórzy uczą się go regularnie w Instytucie Liwskim – najpewniej sztywne konwersacje zapoznawcze po liwsku rzeczywiście miewają miejsce. Ćwierć wieku temu najwyraźniej źle zrozumiałem intencję podręcznika i zainscenizowane w nim sytuacje komunikacyjne – dziś myślę, że jego bohaterowie wcale nie udają „zwykłych Liwów od niechcenia rozmawiających we własnym języku”, tylko wprost przeciwnie: otwarcie używają liwskiego jako języka, który ani dla nich, ani dla nikogo nie jest całkiem „własny”. Wcale też nie wmawiają sobie, ani nikomu innemu, że następnym krokiem w nauce będzie rozmowa w sklepie, u dentysty i w biurze podróży. Do tego język liwski nigdy im się nie przyda; do czego się przyda, jeszcze się okaże, o ile rację miał Valts Ernštreits, mówiąc o Liwach jako wspólnocie przyszłości. Zresztą kto powiedział, że język musi być „przydatny”? Niektórym znajomość liwskiego będzie potrzebna, aby mogli bardziej poczuć się Liwami. Ten i ów może zafascynuje się najpierw językiem i dopiero za jego sprawą zainteresuje się liwskimi wątkami we własnej rodzinie. Dla jednych i drugich nauka liwskiego może być sposobem na to, by samej kategorii „przydatności” pokazać czasem środkowy palec.

