Z ortografią można dyskutować. Reforma pisowni
Z Mirosławem Bańko i Miłoszem Biedrzyckim rozmawia Piotr Olkusz
OLKUSZ Pomysł na tę rozmowę zrodził się dość dawno. Dziewiątego listopada zeszłego roku Wydawnictwo Ha!art poinformowało na profilu FB, że ukazał się właśnie zbiór dramatów Mateusza Górniaka. Zainteresowało mnie to podwójnie, bo Mateusz Górniak korzystał wówczas z programu rezydencyjnego „Dialogu”, więc szczególnie mu kibicowaliśmy. Ha!art napisał, że to „nie dająca się wpisać w żadne kategorie książka”, a ja szybko uznałem, że… Że w tym zdaniu jest błąd, że „nie dająca” powinno być napisane łącznie, bo według mnie chodzi o cechę książki, a nie o jej działanie. Podzieliłem się tym na naszym redakcyjnym czacie, ktoś z nas napisał do Ha!artu i… Zaczęła się dyskusja, która z przerwami trwała trzy godziny, niemal do północy. Tu jedna redakcja, tam druga i rozważania, jakie są argumenty za jaką pisownią. Sprawę uciął Miłosz Biedrzycki, tłumacząc, nad wyraz klarownie, dlaczego właściwe było napisanie tych dwóch słów oddzielnie.
BIEDRZYCKI „Dać się” z bezokolicznikiem to zleksykalizowany zwrot. Nie trzeba się ponad miarę zastanawiać, czy książka ma taką cechę, czy wykonuje tu czynność. Zwrot to zwrot. Ten piszemy rozłącznie.
OLKUSZ Zażartowałem, przyznając się do porażki, że ta dyskusja i to wyjaśnienie „pozostawiły mnie nieoddychającym” (pisownia łączna), sięgając po żart Doroty Masłowskiej z jej książki Kochanie, zabiłam nasze koty, jednego z najlepszych, jakie znam, pastiszów źle zredagowanej i źle przełożonej literatury. Ale później dodałem, że już niedługo ta nasza wieczorna wymiana międzyredakcyjna, która dała nam dużo zabawy z żonglerki słów i argumentów, nie będzie miała racji bytu…
BAŃKO Bo w listopadzie zeszłego roku zapis rozłączny był jeszcze legalny, natomiast po pierwszym stycznia, po wejściu w życie uchwały Rady Języka Polskiego reformującej polską ortografię, odebrano nam już możliwość wyboru między rozdzielną a nierozdzielną pisownią zaprzeczonych słów przymiotnikowych.
OLKUSZ I czy to dobrze?
BAŃKO Moim zdaniem niedobrze, bo to ogranicza siłę ekspresji języka. Język służy temu, żeby różne pojęcia i różne znaczenia przekazywać w różny sposób, między innymi w piśmie, a nie zacierać różnice.
OLKUSZ Tę zasadę różnicy znaczeń w pisowni „nie” z imiesłowami poznawaliśmy w szkołach najczęściej na przykładach: „osoba niepaląca” i „osoba nie paląca”. Pierwsza nie pali w ogóle, a druga – w tej chwili. W tamtej naszej wieczornej dyskusji między redakcjami sięgaliśmy jednak po bardziej zniuansowane przykłady, dochodząc do konstatacji, że to, co da się prościej napisać, niekoniecznie będzie prostsze w przekazywaniu treści. A zwłaszcza ograniczy zestaw narzędzi tych, którzy lubią – jako czytelnicy lub pisarze – bawić się słowem. Ale pisownia „nie” z imiesłowami to tylko jedna z wielu zmian, które niesie nowa ortografia.
BAŃKO Jestem złego zdania o tej całej reformie ortograficznej. Wydaje mi się, że zmiany są niepotrzebne, wprowadzają zamęt, a dodatkowo generują koszty, które wszyscy, jako podatnicy, będziemy musieli ponieść. Skorzystają na tym wydawcy słowników i podręczników. Skorzystała już Rada Języka Polskiego, bo wykazała swoją sprawczość. Niezręcznie jest mi mówić krytycznie o nowej ortografii, bo sam jestem członkiem Rady. Ale nie ukrywałem swojej krytycznej postawy przedtem i nie ukrywam jej teraz.
OLKUSZ Wielu członków Rady, po pierwszym stycznia, mówiło, że ortografia będzie prostsza. A na stronie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego napisano wprost: „część reguł […] okazywała się zbyt skomplikowana i niespójna dla przeciętnego użytkownika języka”. O to chodzi w języku? O przeciętnego użytkownika?
BAŃKO Jest chyba naiwnością sądzić, że istnieje pisownia idealna, która nikomu nie będzie sprawiać trudności. Można coś poprawić, ale często uproszczeniu jednej kwestii towarzyszy utrudnienie innej. Ilustracją tej sytuacji są też nowe zasady: językoznawcy szybko zaczęli zwracać uwagę, że wprowadzone zmiany są niespójne, że są w nich niejasności. Korzyści z tych zmian mogą być iluzoryczne, a koszty, społeczne i finansowe, całkiem realne.
BIEDRZYCKI Brak idealnej pisowni, a przede wszystkim myślenie o tym, jak się pisze, postrzegam jako coś bardzo interesującego. Wróćmy do tego przykładu z początku rozmowy; do tej „nie dającej się wpisać w żadną kategorię książki”. Tak, wspierałem moją wydawczynię oraz przyjaciółkę Olę Małecką w tej dyskusji i dowodziłem, że w internetowym poście Ha!artu nie ma błędu, choć myślałem przy tym po cichu, z pewną dozą przekory, że sam z siebie najprawdopodobniej napisałbym te dwa słowa łącznie i miałbym całą sprawę z głowy. Dlatego że tego typu wyrażenie przynależy, moim zdaniem, do swego rodzaju semantycznej szarej strefy, jakiejś przestrzeni przejściowej, w której możliwe są różne, równoprawne interpretacje.
Taka szara strefa jest twórcza. Wraz z najnowszą zmianą reguł pisowni zaciera się jakaś różnica, która – przypomnę – przez długi czas była istotna nie tylko dla pisarzy, ale i dla prawodawców języka. Czym innym jest nieoceniona i nie oceniona pomoc. Ale z drugiej strony nie biadałbym tak bardzo. Większość z nas daje sobie radę z homonimami. Większość z nas, nie tylko na żywo, ale i w kontekście zdania, umie odróżnić piłkę do metalu od piłki do koszykówki. Rozróżni też nieocenioną i nie ocenioną pomoc, nawet kiedy zapis będzie identyczny. Nie biadałbym tak bardzo.
OLKUSZ Bronię starej ortografii, bo jestem sentymentalny?
BIEDRZYCKI W fizyce, by opisać wiele zjawisk przyrody, też stosujemy rozwiązania arbitralne czy konwencjonalne. A rozważania z zakresu filozofii języka, na ile język odpowiada tak zwanemu światu, nie mają końca. Sam uważam, że trochę odpowiada, a trochę nie odpowiada. Że zawsze pojawia się konieczność jakiegoś dopowiedzenia, uaktywnienia siebie w odczytaniu komunikatu. Tak, żebyśmy się wszyscy zrozumieli.
OLKUSZ Niezależnie, jak opiszemy tę pomoc, to będziemy umieli zrozumieć, czy została oceniona, czy też nie da się ocenić?
BIEDRZYCKI Wyczucie, o co chodziło nadawcy, też może łączyć się ze sporą przyjemnością związaną z korzystaniem z języka. Według mnie uzgadnianie intencji i sposobów działania jest po prostu ciekawe.
BAŃKO Przypominam, że panowie rozmawiają tu i tak o sytuacji wyjątkowej: zmiana z 1997 roku, też uchwalona przez Radę Języka Polskiego, uczyniła z pisowni łącznej zaprzeczonych imiesłowów, zarówno czynnych, jak i biernych, regułę, a pisownia rozdzielna miała status wyjątku, swego rodzaju ustępstwa na rzecz autorów, którym zależało na przekazaniu różnicy znaczeń. Teraz skasowano i ten wyjątek, mówiąc podniośle ‒ ostatni bastion swobody. Sam od tej pory w ogóle omijam zaprzeczone imiesłowy przymiotnikowe, gdy ortografia każe je pisać niezgodnie z moją intencją, i uciekam się do innych konstrukcji. Ale nowa ortografia wprowadza zmian dużo więcej. Na przykład zaprzeczone formy przymiotników i przysłówków odprzymiotnikowych będziemy pisać łącznie nie tylko w stopniu równym, ale też w wyższym i najwyższym.
OLKUSZ Czyli nie tylko: „niemiły”, ale też „niemilszy” i „nienajmilszy”.
BAŃKO A także „nienajnieszczęśliwszy”, jeśli dobrze zrozumiałem nową ortografię. Poza tym zmienia się nazewnictwo miejskie.
OLKUSZ Place, aleje, osiedla, mosty…, te konkretne, z uzupełnieniem, będziemy pisali we wszystkich członach wielką literą.
BAŃKO Nie przyglądałem się, jak stosowane są wielkie i małe literyw nazewnictwie obiektów przestrzeni publicznej, ale kiedy pomyślę o tych milionach złotych, które być może zostaną wydane na wymianę tabliczek, formularzy, na korektę stron internetowych, na aktualizację baz danych, to trochę mi szkoda…
OLKUSZ Ja pod kątem pisowni nazewnictwa miejskiego przejrzałem ostatni przekład zrobiony przez Miłosza Biedrzyckiego, czyli Ruchome święto. Chciałem sprawdzić, czy w wypadku drugiego wydania nie będzie trzeba zrobić korekty. Hemingway napisał prawie przewodnik po dawnym Paryżu, więc sporo w nim placów, ulic i alei. I korekty nie będzie trzeba robić, bo pan po prostu zastosował francuskie słowa, w dodatku pisane bez kursyw.
BIEDRZYCKI To oczywiście trochę truizm, co teraz powiem, ale jako tłumacz poszukuję adekwatności, a wtedy polskie normy słownikowe czy edytorskie pozostawiam nieco na boku. Hemingway pozostawiał paryskie nazwy topograficzne w brzmieniu francuskim i uznałem, że tę, powiedzmy, egzotyzację warto przenieść też do mojego przekładu.
Ale skoro śledził pan te francuskie toponimy w moim przekładzie, to pewno pan zauważył, że wraz z nową normą ortograficzną, o której tu wspominamy, trochę sfrancuzieliśmy, bo – jak oni – nazwy obiektów w przestrzeni publicznej mamy już teraz pisać wielką literą, a ten nasz wyjątek dla ulicy jest ich wyjątkiem dla nazw zawierających słowo „rue”. Ciekaw jestem, czy Rada Języka Polskiego dostrzegła tę zbieżność.
BAŃKO Cała ta reforma oparta jest na przeświadczeniach i intuicjach. Rada nie podjęła systematycznych i szeroko zakrojonych badań ani też nie zleciła takich badań, by odpowiedzieć na pytanie, czy wprowadzone zmiany rzeczywiście ułatwią życie piszącym. Nie chcę pomniejszać roli Rady i kompetencji zasiadających w niej osób, bo myślę, że w wypadku tak wybitnych badaczy polszczyzny nawet intuicje są czymś, z czym należy się liczyć. A jednak czuję pewien niedosyt. Uważam, że jeśli trzydzieści parę osób podejmuje decyzję, by trzydziestu paru milionom Polaków zmienić pisownię, to powinno się to robić na solidnej podstawie.
OLKUSZ Podstawą jest Ustawa o języku polskim z 1999. Tam jest zapis, że zasady ortografii i interpunkcji języka polskiego ustala Rada Języka Polskiego.
BAŃKO Godne uwagi jest, że ta ustawa dała Radzie kompetencje w zakresie kodyfikacji ortografii, ale nie przewidziała żadnego trybu odwoławczego, choć przecież prawo w Polsce stanowimy wieloetapowo, prawda? Jest projekt, są konsultacje społeczne, dyskusje w komisjach sejmowych, wypowiada się izba niższa parlamentu, potem izba wyższa. Na koniec zastanawiamy się, czy pan prezydent podpisze ustawę. Natomiast ortografię, jak widać, można zmienić bardzo prosto. Wystarczy większość bezwzględna w gronie trzydziestu kilku osób.
OLKUSZ Ustawa z 1999 zamiast chronić język, zezwoliła na sytuację odwrotną?
BAŃKO Rada Języka Polskiego to na szczęście poważne gremium, ale wyobraźmy sobie, że w jakichś fantastycznych, dystopijnych okolicznościach podobne ciało wpadnie na pomysł, by „córka” pisać przez „u” otwarte, a „rurka” przez „o” z kreską. Nikt nie mógłby z tym nic zrobić, bo ustawodawca nie przewidział ścieżki odwoławczej. Chyba jakiś masowy bunt społeczny musiałby wybuchnąć, by bronić starej, racjonalnej pisowni.
BIEDRZYCKI Gdy pan profesor mówił o autorytarności tej decyzji, pomyślałem, że w sumie każda młoda osoba ucząca się ortografii ma poczucie, że pisownia jest narzucana bez trybu odwoławczego. Więc i twórcom tej ustawy, w końcu wcale nie językoznawcom czy pisarzom, nie przyszło do głowy, że z ortografią można dyskutować. Wszyscy w trakcie nauki szkolnej wkuwaliśmy, że „chór” piszemy przez „ch” i „ó” z kreską, a „huk” – przez samo „h” i „u” otwarte, choć wydawało się to zupełnie pozbawione sensu, bo u ogromnej większości użytkowników i użytkowniczek polszczyzny obecnie nie ma żadnej różnicy w wymowie odpowiednich fonemów. Być może niewiele osób w ogóle się dowiaduje, że te różne sposoby zapisu kiedyś oznaczały trochę różne dźwięki.
Ale jest też tak, że niektórzy, nie tylko językoznawcy czy pisarze, z biegiem czasu zaczynają dostrzegać pewne zależności, na przykład etymologiczne, i wówczas ortografia staje się mniej autorytarna.
Moja własna droga do postrzegania polszczyzny w ten sposób była o tyle nietypowa, że polski w zasadzie nie jest moim pierwszym językiem: zaczynałem od słoweńskiego, w którym na przykład nie nastąpiła palatalizacja niektórych głosek i polska „rzeka” w moich uszach zawsze rozbrzmiewała jednocześnie jako słoweńska „reka”, więc było dla mnie całkiem jasne, że trzeba ten wyraz zapisywać przy użyciu litery „r”.
OLKUSZ Sam, jako romanista, cenię ten paradoks: zrozumienie jednego języka pomaga w zrozumieniu drugiego.
BIEDRZYCKI Bo nic w tych sprawach nie jest wyryte w kamieniu. Język, jego rozwój, w tym reformy ortografii, to płynny proces. Może nie rwący jak potok czy rzeka/reka, ale płynny – i znajomość ewolucji jednego języka pomaga w odkrywaniu ewolucji drugiego.
BAŃKO Reforma, o której mówimy, jest wynikiem raczej arbitralnych decyzji niż naturalnego rozwoju. Nie wiemy jeszcze, czy w całości się przyjmie. Na przykład Ministerstwo Edukacji na razie nie zajęło stanowiska wiążącego. Mówi się o tym, że do roku 2030 uczniowie nie będą rozliczani ze stosowania nowych reguł, czyli mamy swoiste dwuwładztwo: można pisać tak i można inaczej. Co będzie potem? Losy tej reformy są w rękach wydawców: jeśli ją wdrożą, to szanse, że nowa pisownia zacznie obowiązywać, będą większe.
OLKUSZ „Jeśli ją wdrożą”? To znaczy, że nie muszą? Dopuszcza pan sytuację, że wydawnictwa świadomie będą pisały inaczej, niż chce Rada? I nie można będzie ich za to karać?
BAŃKO Takie precedensy już były. Jedna z gazet międzywojennych ignorowała zapisy reformy z roku trzydziestego szóstego. Był też okres, gdy obowiązywały różne zasady pisowni wyrazów z jotą, tak zwana pisownia krakowska i warszawska.
O karaniu za ortograficzne nieposłuszeństwo nie pomyślałem, nie lubię karania, zwłaszcza za takie lub inne używanie języka. Chyba że chodzi o szkodzenie słowem, na przykład obrazę, hejt, szerzenie fałszywych i społecznie szkodliwych wiadomości, tu rzeczywiście przydałaby się ochrona prawna, co nie jest łatwe, bo gdzie kończy się wolność słowa i przekonań, a zaczyna nadużycie wolności? Wracając do reformy ortograficznej: dla wydawców słowników i podręczników ona jest żyłą złota. W Polsce mamy ponad dwadzieścia tysięcy szkół, niechby każda kupiła choć jeden egzemplarz słownika. Do tego dochodzi kilka tysięcy bibliotek publicznych, urzędy państwowe i samorządowe… Jeszcze większe możliwości stają przed wydawcami podręczników. Tu mówimy już o milionowych nakładach, dotowanych przez państwo, czyli przez nas. Mam nadzieję, że te nowe podręczniki będą się różnić czymś więcej od poprzednich niż tylko łączną czy rozdzielną pisownią lub użyciem wielkiej albo małej litery.
OLKUSZ Korzystam z drukowanych słowników, ale jestem regularnym użytkownikiem bezpłatnego Wielkiego słownika języka polskiego PAN.
BAŃKO No właśnie, powstaje pytanie, czy ten słownik, liczący wiele tysięcy haseł i wciąż nie ukończony (w nowej pisowni „nieukończony”, co dawniej znaczyło: nie dający się ukończyć), zostanie dostosowany do nowych zasad. Mówimy o słowniku elektronicznym, dostępnym online, od takich publikacji oczekujemy, że będą aktualizowane.
OLKUSZ Ha!art zbojkotuje niektóre zapisy tej reformy czy przyjmie wszystko, jak leci?
BIEDRZYCKI Nie jestem głęboko osadzonym w strukturach decyzyjnych członkiem zespołu Ha!artu. Jestem raczej częstym współpracownikiem. Ale chcę zaznaczyć, że zawsze sobie cenię eksperyment. Lubię badać możliwości przekraczania granic, jeśli stoi za tym powód artystyczny. Mówiłem o szarej strefie, teraz mogę powiedzieć o tym, że pracuję w obrębie pewnego językowego spektrum. Jako redaktor czy korektor inaczej podchodzę do tekstu wiersza albo prozy poetyckiej, inaczej do prozy artystycznej, inaczej do prozy tak zwanej gatunkowej. I choć nie mam takich zleceń, to gdybym dostał zamówienie na korektę instrukcji obsługi wiertarki, to starałbym się, by jak najmniej z tego języka wystawało: starałbym się, żeby zapis był jak najbardziej zrozumiały, może nawet – przeźroczysty.
OLKUSZ Istnieje coś takiego?
BIEDRZYCKI Przeźroczysty język? Nie. Dlatego mówiłem o spektrum. Nie istnieje coś takiego jak przeźroczysty język, podobnie jak nie istnieje coś takiego jak niewinne oko i bezkarna obserwacja. Nauczył mnie tego Werner Heisenberg, odkrywca (czy może twórca? to też poniekąd kwestia filozoficzna) zasady nieoznaczoności: istnieją takie wielkości, których jednoczesny pomiar z dowolną dokładnością jest niemożliwy. Upraszczając: im więcej wiemy o jednej wielkości z takiej pary, tym mniej możemy powiedzieć o drugiej. Zasada nieoznaczoności Heisenberga pozwala zrozumieć, że nie istnieje coś takiego, jak bezkarna obserwacja. To oczywiście kolejna kwestia filozoficzna, na ile nasze wyobrażenia o prawach fizyki odpowiadają światu, który jest wokół nas, a na ile je konstruujemy, ale ważne jest, żeby pamiętać, że zbliżenie się do wiedzy o jednym, może doprowadzić do zatarcia wiedzy o drugim. To właśnie nazywam nieistnieniem przeźroczystego języka.
OLKUSZ Równolegle, ucząc się nowych reguł ortografii, musieliśmy w „Dialogu” i innych pismach patronackich Instytutu Książki odpierać zakusy działu zamówień publicznych naszego wydawcy, by przeprowadzić przetarg na jedną, odgórną korektę, która zajęłaby się wszystkim, co wydaje Instytut. Wspierała nas w tym oporze dyrekcja Instytutu Książki, a i dział zamówień też nie wykazywał się złą wolą: po prostu prosił, by go przekonać, dlaczego – skoro jest norma ortograficzna – nie można zrobić outsourcingu korekty. Przecież każdy korektor powinien zrobić korektę tak samo.
BIEDRZYCKI A jakich argumentów użyły zespoły pism Instytutu?
OLKUSZ Poza organizacyjnymi, które koniec końców – obawiam się – okazały się skuteczniejsze, mówiliśmy właśnie o tym, że nierzadko, z powodów artystycznych celowo kwestionujemy językowe normy, bo misją naszych pism jest zapewnienie językowi żywotności, a nie jego petryfikowanie. Że korektorki i korektorzy tych pism stają się faktycznie osobami redagującymi, nierzadko konsultującymi swoje propozycje z twórcami. Zwracaliśmy uwagę, że często nasze pisma próbują znaleźć sensowne rozwiązania dla tych kwestii, których reguły jednak do końca nie rozwiązały. No i że często staramy się także – celowo użyję mocnego słowa – jakoś modelować język.
BIEDRZYCKI To znaczy?
OLKUSZ Na przykład „Dialog” często myśli o języku z perspektywy jego wypowiedzenia – w końcu drukujemy sztuki, które mają być zagrane. Czasami przejawia się to w drobiazgach związanych z naszą normą edytorską – liczby piszemy słowem, a nie cyframi, by żaden aktor nie miał wątpliwości, jak tę liczbę odmienić, ani by nie wpadł na pomysł powiedzenia „półtorej procenta”. Czasem, gdy możemy wybierać z dwóch poprawnych form zapisu, wybieramy taką, która zdaje się bardziej logiczna w warstwie brzmieniowej. Piszemy zatem „śpieszyć się”, bo przecież mówimy „pośpiech” a nie „pospiech”.
BAŃKO A ja bym też dodał, że przeciwko formie przez „s”, w kontekście, do którego się pan odnosi, przemawia jeszcze argument z dziedziny wojskowości. O ile się nie mylę, można „spieszyć” brygadę zmotoryzowaną – czyli kazać tym ludziom ruszyć piechotą.
OLKUSZ Sprawdzę, jak się śpieszą w magazynie „Polska Zbrojna” – przez „s” czy przez „ś”.
BAŃKO Ale nawet jeśli śpieszą się inaczej niż w „Dialogu”, to nie wiem, czy to jest aż taki wielki problem, bo język radzi sobie dzięki kontekstowi. Choć oczywiście jeśli można w jakimś szczególe usprawnić komunikację i przyporządkować różne formy różnym znaczeniom, to chyba lepiej.
Generalnie jestem za wariancją w języku. Uważam, że warianty są czymś naturalnym i warto je podtrzymywać, bo nie zagrażają komunikacji.Niektóre w zaskakujący sposób podlegają procesowi dywergencji, to znaczy oddalają się od siebie. Niedawno zwróciłem uwagę, że „baseball” pisany z angielska oznacza grę, natomiast w spolszczonej pisowni „bejsbol” jest przede wszystkim nazwą kija używanego w tej grze, nie przez graczy jednak, lecz zwykle przez chuliganów.
BIEDRZYCKI Zastanawiam się, jak sam mówię. Chyba jednak, że się śpieszę. Może pod wpływem piosenki Kory, którą bardzo lubię: „Tak się śpieszę, tak się śpieszę / Lecę, pędzę coś mnie gna…”.
Ale z drugiej strony, jakby mi ktoś kazał przełożyć wyrażenie „festina lente”, to pewnie odruchowo powiedziałbym „spiesz się powoli”. Ta różnica objawia się wraz z różnicami rejestru, w którym w danym momencie operujemy. Też jestem wielkim zwolennikiem wariancji, tak jak jestem wielkim zwolennikiem regionalizmów. Mówię z dumą, że ubieram buty, kiedy rano wychodzę z domu na pole… Tak jak dużo zależy od kontekstu, równie dużo zależy od rejestru i formy komunikatu językowego. Do tego są jeszcze intuicje, mody językowe. Norma językowa nie powinna tego unieważniać. A jeśli unieważnia, to warto zaryzykować podważenie takiej normy, choć wiem, że z perspektywy działu zamówień publicznych i wyobrażeń o mechanicznej korekcie może to brzmieć jak herezja.
OLKUSZ Czego panom zabrakło w tej reformie pisowni? Wielu liczyło na jakąś wypowiedź w sprawie feminatywów. Ja, znów z perspektywy codzienności „Dialogu”, liczyłem na jakieś wskazówki, co zrobić z transliteracją nazwisk pisanych innymi alfabetami niż łaciński. Regularnie drukujemy autorki i autorów z Ukrainy czy Białorusi, a oni proszą, żeby ich nazwiska zapisywać transliteracją „angielską”, a nie słownikową polską, bo inaczej nie da się ich wygooglować. Liczyłem na dokładniejsze wskazówki, jak odmieniać podwójne imiona francuskie pisane z kreską. Teraz robimy to trochę na słuch…
BIEDRZYCKI Ale robienie tego na słuch nie musi być złe. Słownik ortograficzny PWN podaje reguły, choć zgodzę się, że nie uwzględnia wszystkich przypadków. I czasem ta dowolność też mi przeszkadza, ale co, gdyby jej nie było? Czy zawsze byłoby lepiej? Redaguję ostatnio bardzo grubą biografię Edvarda Muncha. On miał kolegę, który nazywał się Jonas Lie. Tłumaczka, pani Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, miała intuicję, żeby tego nazwiska nie odmieniać, ale mnie jakoś zapadło w pamięć, że na studiach uczyłem się o grupach Liego, od norweskiego matematyka o tym samym nazwisku, w związku z czym zaproponowałem, żeby nazwisko Jonasa jednak odmieniać. Jeszcze innym przyjacielem Muncha był Henry van de Velde. Ale tu, inaczej, pisanie za każdym razem „Henry’ego van de Veldego” raczej by mnie uwierało – z powodu rymu.
Pytanie, czy ten rym przeszkadzałby też komisji zamówień publicznych…
BAŃKO Co do nazwisk, to będę bronił Rady Języka Polskiego, bo przypadki, o których tu mówimy, są raczej z obszaru fleksji, nie ortografii. Angielskie zapisy nazwisk ukraińskich w polskich tekstach? Tak, podobnie to widzę, choćby gdy oglądam nazwiska moich studentów w uniwersyteckiej bazie USOS zapisane według transliteracji angielskiej, wydają mi się trudne i nienaturalne, ale może to też wynikać z zapisów w paszportach. A czy czegoś mi w reformie ortografii zabrakło? Przede wszystkim jawności, bo Rada przygotowała reformę w tajemnicy przed opinią publiczną i nawet bez konsultacji w środowisku językoznawców. Chyba tylko jedno mi się w nowych zasadach podoba: decyzja, by spójników i partykuł, poza nielicznymi wyjątkami, nie pisać łącznie z cząstką „by”. Dotychczas kazano nam pisać na przykład „leczby” lub „zatemby”, choć w zasadzie nikt takich zapisów nie używał.
OLKUSZ Marzyłem, że Rada Języka Polskiego powie mi, co robić z końcówkami -x mającymi odrodzajowić nazwiska. Że ktoś podejmie za mnie decyzję, co zrobić, gdy zobaczę napisane „Biedrzyckix” albo „Olkuszx”. Może powinienem poprosić Radę o rozstrzygnięcie.
BAŃKO Gdyby takie pismo trafiło do Rady, to prawdopodobnie sformułowano by odpowiedź, że stanowienie takich reguł nie leży w jej kompetencjach, że trzeba pozwolić, aby język się ewolucyjnie zmieniał. Ale możliwe też, że Rada przygotowałaby jakieś rekomendacje.
OLKUSZ Nie sposób zliczyć wypowiedzi, w których bronił pan feminatywów, często zresztą powołując się na historię języka polskiego.
BAŃKO Ale mam na przykład problem z tak zwanymi neutratywami: żeby nie mówić „student” lub „studentka”, proponuje się neutralne „studencie”. Dziwne, ale adwokaci takich form nie słyszą, że mają one wydźwięk deprecjonujący, na przykład. „(to) studencie” brzmi jak „beztalencie”, a „(to) profesorze” jak „niebożę”. Mniej drażnią mnie tak zwane osobatywy, ale kiedy dostałem zaproszenie na konferencję, na której na pytania osób studenckich miały odpowiadać osoby eksperckie, to też poczułem się nieswojo. Taki jest efekt unikania za wszelką cenę form określonych płciowo. Mógłbym zapytać: jak się pan czuje jako osoba redaktorska lub redaktorze?
OLKUSZ Odpowiedziałbym, że ja się świetnio czujo… Nie, oczywiście, że czuję się źle, dlatego też liczyłem na Radę Języka Polskiego. Może z lenistwa, bo przecież blisko mi do pana słów, że językowi trzeba pozwolić zmieniać się ewolucyjnie. Już w tych osobatywach widzimy ewolucję. Kiedyś częściej mówiono, jakże koślawo brzmiące, „osoba reżyserska”, teraz już częściej słyszymy „osoba reżyserująca”. Może z czasem powstanie coś jeszcze innego, co zupełnie przestanie nas razić. Teraz jednak staramy się jakoś modelować język, który zmienia się często wolniej niż nasza świadomość.
BIEDRZYCKI Proponuję, żebyśmy przerwali rozmowę o tych konkretnych przykładach, bo jeszcze ktoś źle odczyta nasze intencje. Wróćmy do bardziej systemowej refleksji. Dla mnie problemem nie są takie czy inne słowa, ale sytuacje, w których funkcja komunikacyjna języka schodzi na dalszy plan wobec myślenia o języku jako narzędziu dystynkcji, wynoszenia się nad innych.
Intencja wspomnianych tu poszukiwań jest zacna: nikomu nie sprawić przykrości, wszystkich uszanować. Z takiego powodu jestem w stanie wytrzymać wiele form, nawet tych, które sam odbieram jako nielogiczne czy wręcz pokraczne, z nadzieją, że z biegiem czasu one jakoś się uklepią czy też – jak to pisał wieszcz – ucukrują. Wśród moich najróżniejszych zajęć jest również aktywność w krakowskiej Spółdzielni Ogniwo. To takie miejsce spotkań, dyskusji. Przychodzi do nas sporo osób, które życzą sobie być nazywane w sposób, który dla mnie nie zawsze jest oczywisty, ale przez chęć uszanowania tych osób jestem gotówprzełamywać swoje przyzwyczajenia. A przecież i te określenia podlegają zmianom. Jedne się sprawdzają, drugie nie. Sam wspomniał pan o tym, że częściej dziś słychać o „osobie studiującej” niż „studenckiej”. To właśnie ten naturalny proces, któremu podlega język.
On nie zmienia się siłą nakazu. Zmienia się w użyciu; od tego zresztą zaczęliśmy naszą rozmowę. Teraz wprowadzono niebagatelną reformę ortografii, która być może ułatwi życie jednym, natomiast innych w jakimś zakresie pozbawi możliwości zabawy językiem, a może i pełniejszej ekspresji. Niektóre z jej zapisów wydają się nietrafione; pan profesor mówi, że prawie żaden nie był potrzebny. I zobaczymy, co teraz z tym poczniemy jako użytkownicy.

