Konrad Swinarski

Trudno mi w tej chwili stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, czy recepcja dwóch przedstawień Konrada Swinarskiego – Smaku miodu z 1959 roku w Teatrze Wybrzeże i Wszystko dobre, co się dobrze kończy z 1971 roku w Starym Teatrze – była czymś absolutnie wyjątkowym w dziejach powojennej polskiej kultury. Nie ulega jednak wątpliwości, że była nietypowa. W tych dwóch spektaklach pojawiają się homoseksualni bohaterowie. Homoseksualni mężczyźni.

Recenzja Leonii Jabłonkówny z Sędziów i Klątwy Swinarskiego pozornie nie różni się bardzo od innych jej tekstów, ale właśnie ta recenzja zdaje mi się szczególna i symptomatyczna.

1.
Wyjątkowo obrzydliwy był to czas: między Marcem 1968 a Grudniem 1970. W  interesie sowieckiego imperium dyktatura ciemniaków odbierała Polakom nadzieje na godne życie. Nic albo nic – tytuł książki Tadeusza Konwickiego dobrze oddawał powszechne nastroje. Ale przecież nawet wtedy wielcy artyści potrafili nam ciemności rozjaśniać.

Konrad Swinarski pojawił się w Krakowie w 1965 roku. Był mocno sfrustrowany aktorskim środowiskiem stolicy, mimo że dzięki swoim warszawskim prapremierom dramatów Bertolta Brechta i Friedricha Dürrenmatta otaczał go awangardowo-zagraniczny nimb współpracy z teatralną chlubą „obozu socjalistycznego”, autorem Matki CourageOpery za trzy grosze.